Berlin – cud nad Szprewą! Felieton Macieja Dowbora.

6
17

Kiedy zacząłem swoją przygodę z triathlonem, gdzieś tam, w dalekich planach sięgających końca obecnej dekady świtało mi marzenie, że kiedyś może powalczę o awans na MŚ. Hawaje wydawały się zupełnie nierealne. Slot na finały w połówce też abstrakcyjny, ale chociaż dystans bardziej przyziemny. Jeszcze dwa tygodnie temu wyjazd do Las Vegas w mojej świadomości wiązał się co najwyżej z turystyką i hazardem. Mam nadzieję, że to co mnie spotkało będzie inspiracją i motywacją dla wszystkich, którzy mają marzenia, codziennie walczą, żeby je zrealizować i nie tracą nadziei. Bo….

To nie miało prawa się udać. Zawody Berlin IM 70.3 od początku skazane były na niepowodzenie. Co prawda zapisałem się na nie już 1 listopada i właściwie wokół nich budowałem cały kalendarz triathlonowy na 2013 rok, ale wydarzenia z ostatnich tygodni miały cały misterny plan mocno skomplikować. Jeszcze podczas Elemental Olsztyn Marcin Waniewski powiedział mi o zmianach trasy kolarskiej w Berlinie. Moje wątpliwości potwierdzili później w rozmowie Andreas Realert i jego dziewczyna Julia. Do ostatniej chwili zastanawiałem się, czy z tego startu nie zrezygnować. Na te zawody chciałem jechać z prostym, ale konkretnym celem. Pobić życiówkę z Borówna co najmniej o 5 minut. Plan minimum – 4:55. A tu organizatorzy niemal cały odcinek rowerowy przenoszą na lotnisko. Wychodzi prawie 30 nawrotów plus niezliczona liczba zakrętów. Ostatecznie z braku innych terminów musiałem pozostać przy pierwotnym założeniu i do Berlina jednak pojechać. W międzyczasie zdążyłem w ostatniej chwili wyleczyć się z zatrucia. Udało mi się też dostać na gwarancji nowe tylne koło. Co ciekawe do wymiany doszło na środku autostrady A2, bo dystrybutor akurat jechał z Niemiec do Łodzi. Niestety okazało się, że i tak muszę na miejscu odwiedzić serwis i ustawić hamulce oraz przerzutkę. Stolica Niemiec zawodami światowej serii specjalnie nie żyła. Właściwie miała to w kompletnym poważaniu. Poza główną areną – lotniskiem Tempelhof nigdzie nie było nawet najmniejszej wzmianki, plakatów, czy chociażby ulotki o zbliżających zawodach, nie licząc tabliczek informujących kierowców, że w niedzielę ich samochody zostaną odholowane, bo znajdują się na trasie kolarskiej IM.

Całą sobotę zajęło mi szukanie serwisu, który miał być w strefie. Niestety panie z Helpdesku,. jak sama nazwa wskazuje nie umiały mi w żaden sposób pomóc, bo nie wiedziały ani od kiedy serwis miałby działać, ani na której strefie się znajduję. W ogóle dwie strefy zmian generowały nie lada zamieszanie. Oddalone od siebie o prawie 10 km, na wiecznie zakorkowanym odcinku miasta, doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Samochodem przejazd tego odcinka zajmował 30 minut. Do tego całe zamieszanie z pozostawieniem sprzętu w T1 dzień przed zawodami. Rower to normalna sprawa, ale zapakowanie się do różnych worków to już wyższy poziom wtajemniczenia. Niby jakieś doświadczenie mam i stresu z przygotowaniem być nie powinno, ale świadomość, że w sobotę do 19tej muszę zapakować worek RUN nieco mnie zestresowała. Z pięć razy sprawdzałem czy na pewno o niczym nie zapomniałem i nie mogłem wyjść ze zdumienia, że tych rzeczy jest tak mało – daszek, buty, jakiś żelik i malutka woda… W końcu znalazłem serwis, dodam, że bardzo profesjonalny, wstawiłem rower i wreszcie mogłem odpocząć przed startem.

Noc przed zawodami to jak zwykle koszmary. A to zapomniałem pianki, pękły mi okularki, zeszło powietrze z kół, czy też wylał się izotonik z bidonu. No i koszmar nad koszmarami, po którym zawsze budzę się zlany potem – wchodzę to toalety i blokują się drzwi. W tle słychać początek rywalizacji, a ja siedzę uwięziony w Toitoi’u. Czy komuś zdarzyło się to naprawdę??? Na szczęście rano wszystko szło nadzwyczaj gładko. Wstałem w dobrej formie. Poczytałem jeszcze stronę IM i przez przypadek wszedłem na zakładkę o slotach. W mojej kategorii tym razem było wyjątkowo mniej zawodników i tylko 4 sloty na MŚ w Vegas. „Co mnie to obchodzi” – pomyślałem i wyszedłem z hotelu. W strefie powoli budził się dzień. Schodzili kolejni zawodnicy. Moje stanowisko było bardzo blisko elity i z dziecięcym zaciekawieniem chłonąłem wszystko, co robili zawodowcy. Wśród nich Mikołaj Luft, dla którego takie zawody to chleb powszedni. Zawodnicy startowali falami w grupach wiekowych, począwszy od PRO. Moja grupa M35 godzinę po najlepszych. Niby tylko 130 osób, ale tłumek spory. W końcu pozwolono nam się zanurzyć w ciemnych i nieco cuchnących wodach Szprewy. Z pozoru rzeka wydawała się stać w miejscu, ale po kilkunastu minutach miałem się przekonać, że to tylko złudzenie. W pierwszej linii ustawiło się zaledwie 20 zawodników. Rozumiem, że Niemcy to naród subtelny, spokojny i zdystansowany, ale za niemal 300 Euro można by spodziewać się odrobiny entuzjazmu i pompy, choćby w postaci wyraźnego znaku START. A tu jakiś spiker w przerwie między żartami w iście niemieckim stylu, niemal niezauważenie przemycił delikatne GO i cała wiara poszła naprzód.

 

Trasa ustawiona przeciwnie do wskazówek zegara sprawiła, że cały czas mogłem oddychać na moją ulubioną, lewą stronę. A ponieważ ustawiłem się najbliżej osi, to właściwie nikogo nie widziałem, poza bojami kierunkowymi. Po 300-400 metrach postanowiłem trochę rozciągnąć prawą stronę ciała i zmieniłem stronę oddychania. Ku mojemu zaskoczeniu po prawej stronie nikogo nie było. Na chwilę się zatrzymałem, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie zabłądziłem. Ale nie. Z przodu pusto, a dopiero jakieś 20 metrów za mną sunęła grupa pościgowa.

 

dowbor berlin7

„O ja pier…, jestem pierwszy. Jasna cholera” pomyślałem i dopadł mnie paniczny strach, bo przecież tradycyjnie nie sprawdziłem, jak przebiega trasa i na której boi robimy nawrót. Taktyka była zgoła inna. Miałem jak zwykle wejść komuś w nogi i się powieźć do mety. A tu taki klops. Nagle spostrzegłem, że przede mną płynie na desce surfingowej sędzia i rozpędza maruderów z wcześniejszych grup, wrzeszcząc coś o jakimś liderze. Namiastka Hawajów. Ale fajnie. Krzyknąłem tylko do niego, gdzie mam dalej płynąć, a on odpowiedział, że jest pilotem mojej age grupy i mam się jego trzymać. A więc to o tego lidera chodziło. No tego się nie spodziewałem, tym bardziej, że płynęło się stosunkowo lekko. Po nawrocie mogłem policzyć ile mniej więcej wynosi moja przewaga. Nie była wielka, ale z 15- 20 sekund nadwyżki miałem. Wtedy pierwszy raz zaczęło do mnie dochodzić, że albo coś jest nie tak, albo to właśnie dziś jest ten dzień. Po chwili przypomniałem sobie, że już parę razy zarżnąłem się w wodzie i potem powłóczyłem nogami. Postanowiłem zwolnić i na 400 metrów przed metą poczułem, że ktoś regularnie wali mnie po stopach. No tak, miałem ogon. Już chciałem oddać prowadzenie i trochę odpocząć, szczególnie, że droga powrotna pod prąd, z coraz bardziej upierdliwą małą falą, okazała się bardziej męcząca. Jednak tuż przed wyjściem z wody uświadomiłem sobie, że to być może będzie jedyny powód do dumy na tych zawodach i utrzymałem pierwsze miejsce. Przebiegając przez strefę usłyszałem tylko jak spiker wywołał moje nazwisko i dodał „ Leader Men 35”. „No to by było na tyle” – zdawałem sobie sprawę, że teraz będzie tylko gorzej. Rzuciłem jeszcze okiem na Garmina, a tu szok. Czas słabiutki – aż 31 minut, ale tętno ledwie w początkowym drugim zakresie – 155. Coś tu nie gra?!

 

No i nie grało. Szczególnie, że podniecony sukcesem w wodzie minąłem swój rower. Zanim go odnalazłem, mój towarzysz z pływania już dawno opuścił T1. Po chwili też siedziałem na rowerze, ale ledwo położyłem się na lemondce, jakieś babsko, na oczach wolontariuszy, wpakowało mi się niemal wprost pod koła. Ledwie ją wyminąłem wściekły na cały świat. Tu warto dodać, że mieszkańcy Berlina byli w najlepszym wypadku kompletnie obojętni na to, co się dzieje w ich okolicy, a w wielu przypadkach wręcz poddenerwowani, że ktoś im tu śmiał zablokować ulicę. Po minięciu kilku pań, chcących zakończyć swój żywot na mojej kierownicy, postanowiłem wykorzystać swoją dogłębną wiedzę z zakresu literatury oraz kina wojennego, ze szczególnym uwzględnieniem klasyki gatunku czyli „Czterech pancernych i psa”. Przez kolejnych kilka kilometrów jadąc przez miasto darłem się przeraźliwie „RAUS!!!!”, co w przypadku przechodniów odnosiło zaskakująco pozytywny efekt psychologiczny. W ten sposób do lotniska dotarłem bez większych kłopotów, no może nie licząc niekończącego się podjazdu i wiatru w pysk. Lecz z prawdziwym wiatrem miałem się dopiero zmierzyć. Po drodze jeszcze przekonałem się, że przejazd niemal 40 km/h po nierównych płytach chodnikowych wyciska łzy z posiadacza roweru.

 

dowbor berlin6

Wreszcie znalazłem się na płycie lotniska Tempelhof. Pierwsza pętla jeszcze jakoś poszła, chociaż miałem poważne wątpliwości czy uda mi się utrzymać średnią w okolicach 36 km/h. Przez niemal dwie pół godziny krążenia po lotnisku gruntownie zgłębiłem wiedzę z zakresu budowy pasów startowych, a także przy wykorzystaniu wrażeń empirycznych obaliłem teorie o tym, jakoby wiatr na pasie wiał tylko w przód lub w tył. Otóż wieje z każdej strony. Jedno się zgadza na pewno. Mianowicie wieje cholernie mocno. A w przypadku wspomnianych zawodów, z każdą minutą siła wiatru się zwiększała. Co do budowy lotnisk, odkryłem, że pas startowy nie jest płaski, tylko ma kształt stożka, ze szczytem w połowie drogi. Z perspektywy kolarza oznacza to kilometr delikatnego podjazdu, potem chwilę rozpędzania i hamowanie przed kolejnym nawrotem. Gdzieś po godzinie nie miałem już pojęcia, czy robię drugą czy trzecią pętlę i na którym nawrocie jestem.

W pewnym momencie wydawało mi się, że zaczynam słabnąć, bo znacznie wolniej pokonałem kolejną mini prostą. Tymczasem nadal wyprzedzałem innych zawodników jadących na równoległych prostych, więc coś tu nie pasowało. Okazało się, że wiatr zaczął wiać jeszcze mocniej i na niektórych odcinkach, żeby utrzymać się na rowerze musiałem się nieźle nagimnastykować. Na domiar złego, krótki fragment pętli poza lotniskiem był najpierw szybkim zjazdem, następnie kolejnym nawrotem z krawężnikiem do pokonania i ponad kilometrowym podjazdem pod wiatr, gdzie prędkość spadała do 25km/h. Cały czas próbowałem kontrolować swoją pozycję w zawodach. Nie było to łatwe, bo na trasie kolarskiej grupy się wymieszały. Z moich wyliczeń wynikało, że byłem w okolicy 4-5 miejsca. Już wcześniej Mikołaj Luft ostudził mój zapał słusznie stwierdzając, że tego typu trasa ma wyjątkowo ciężki interwał, podobny do jazdy w górach i szansa na wybitny wynik jest znikoma. Nie spodziewałem się cudów i rzeczywiście do T2 dotarłem nieco umęczony ciągłymi nawrotami i przyspieszeniami. W samej strefie znów spotkały mnie niespodzianki. Najpierw jakiś facet chciał mi zabrać rower. W pierwszej chwili, chyba z racji niedotlenienia mózgu, nie chciałem go oddać. Dopiero gdy zorientowałem się, że wszyscy tak robią, grzecznie puściłem ramę.

Do T2 nas nie wpuszczono przed zawodami, dlatego wszystko było nowością. Walcząc o każdą sekundę wpadłem na wieszaki z workami, wrzeszcząc po angielsku „six-two-seven” czyli mój numer startowy. Niestety starsze panie wolontariuszki najwyraźniej znały tylko swój ojczysty język i z ogłupiałymi minami wskazały mi jakiś bliżej nieokreślony kierunek. Okazało się, że chciały mi pokazać gdzie się wybiega na trasę. Zmęczony i wściekły obiegłem strefę ze trzy razy w kółko aż wreszcie znalazłem wieszak z moim zakresem numerów. Zerwałem torbę z haczyka i szybko ubrałem buty i czapkę. Znów wyszły moje małe niedociągnięcia organizacyjne. W Berlinie, za namową bardziej doświadczonych zawodników, pierwszy raz startowałem w stroju dwuczęściowym, który miał inaczej umiejscowione i mniejsze kieszenie na plecach. Podczas próby włożenia do nich żeli, wszystko mi wypadło. Uznałem, że trzeba się po cały ten towar wrócić. Zresztą podobna sytuacja powtórzyła się jeszcze w połowie dystansu.
Sam bieg zacząłem nieźle, po ok.4.30/km. Początkowo trochę pobolewało mnie udo, ale po kilku minutach wszystko przeszło. Trasa znów na lotnisku. Nieco nudna, raczej bez kibiców, nie licząc Berlińczyków, którzy jak w każdy weekend wpadli na Tempelhof pogrillować, pograć w piłkę i polatać na kite’ach. Niewątpliwie atmosfery wielkiego triathlonowego święta to nie uświadczyliśmy. Z większych atrakcji było spotkanie z Jensonem Buttonem, który już na swojej ostatniej pętli wyprzedził mnie adekwatnie do swojej profesji. To znaczy ja byłem osobówką klasy średniej za przystępną cenę, a on bolidem F1 w pełni mocy. Na 10 km miałem zupełnie przyzwoity czas – 46 minut. Wiedziałem, że zdążyłem już sporo spaść w klasyfikacji mojej grupy wiekowej i marzyło mi się utrzymać pozycję w Top10. To i tak powyżej założeń. Najważniejszy cel na cały sezon 2013– złamanie 4.50, wydawał się całkiem realny.

 

Mimo, że nogi i płuca były całkiem w niezłej formie, chyba podświadomie zwolniłem w drugiej części dystansu. Spory zapas czasowy i strach przed ewentualną ścianą, sprawiły, że zacząłem biec bardzo zachowawczo. Chyba psychicznie nie udźwignąłem tej sytuacji. Na slota do Vegas, który i tak był mrzonką, szans nie było. Mój humor siadł kompletnie, kiedy wyprzedzali mnie z dużą lekkością kolejni zawodnicy. Nie wiem dlaczego, ale na dwa kilometry przed metą coś mnie tknęło i przyspieszyłem. Ku wielkiemu zaskoczeniu, chyba pierwszy raz w życiu wyprzedziłem zawodników, którzy wcześniej mnie wyprzedzili. Cóż. Ciężki rower i mocny bieg nie jednemu wszedł w nogi i koledzy zwyczajnie mieli kryzys. Na ostatnich metrach spotkałem się jeszcze z naszym rodakiem Łukaszem Potapczukiem, który najpierw pięknie mnie pociągnął, a przed metą elegancko wypuścił na finisz.

 

dowbor berlin5

4.45 i ósme miejsce w kategorii- tego się nie spodziewałem. Ale jeszcze bardziej się zdziwiłem, kiedy ściskając się na mecie z kilkoma świeżo poznanymi kolegami z M35, dowiedziałem się, że w naszej grupie ostatecznie jest 5 slotów na MŚ, a co najmniej dwóch zawodników przede mną miało już kwalifikacje z zawodów w Zell am See. Mimo, że awans do Vegas był niemal pewny, to do samego końca nie wierzyłem, że to dzieje się naprawdę. Owszem, Mistrzostwa Świata były moim celem, ale znając swoje możliwości i wysoki poziom zawodów serii IM, sądziłem, że walczyć o slot będę najwcześniej w 2015 roku, a może i później, bo moja obecna grupa wiekowa uchodzi za najtrudniejszą. Tymczasem tu taka niespodzianka. Tu muszę dodać, że niezależnie od kwestii organizacyjnych, atmosfera i relacje między zawodnikami były fantastyczne. Podczas ceremonii wręczenia nagród i slotów zakolegowałem się z moimi przeciwnikami, którzy bardzo mi kibicowali i gratulowali zdobytej w debiucie kwalifikacji.

 

dowbor berlin3

 

Szczególnie, że wszyscy z czołowej 10tki (poza mną), są doświadczonymi zawodnikami, z nieosiągalnymi dla mnie życiówkami na średnim i długim dystansie. Kiedy spiker wreszcie wyczytał moje nazwisko, ugięły się pode mną nogi, a koledzy z trasy szczerze wyściskali. Na koniec jeszcze jedne miłe zdarzenie. Odbierając swój sprzęt po zawodach spotkałem Julię (od Realerta) i odebrałem gratulacje za niezły wynik od… samego zwycięzcy Michaela Realerta.

Nie taki zły ten Berlin, jak się zapowiadał.

 

dowbor berlin1

6 KOMENTARZE

  1. Zakwalifikowac sie na Mistrzowstwa Swiata do Las Vegas z wynikiem 4:45 to faktycznue cud… 😉 Szkoda p. Grassa, bo pomimo ze wynik az (!) o 15 minut lepszy dzisiaj w Ironman 70.3 Norway, to dopiero 15 w Div Rank. Lukasz zawsze powtarze, ze wygrywa sie w biegu, ale jak w takim razie wytlumaczyc, ze Lukasz wszystkie 3 konkurencje ukonczyl szybciej, niz p. Maciek w Berlinie… A Beko Elk Triatlon, to chyba nie bedzie zadnej rywalicji, co Panie Macku? 😉

  2. gratulacje i szacun, że takie wyniki już po roku trenowania. w Ślesinie i Gdyni ciężko będzie z Tobą wygrać 😉

  3. jeszcze raz wielkie gratulacje. Takie wyniki tylko motywują do dalszych, co raz to bardziej wymagających treningów. Jednocześnie w niewiarygodny sposób podbudowują człowieka psychicznie i pokazują, że wszystko jest możliwe jeśli się tylko czegoś pragnie.

  4. Gratuluję Panie Maćku! To piękny przykład, że marzenia się spełniają jeśli się w nie wierzy i dąży do nich 🙂

  5. Ponownie gratuluję! Miejmy nadzieję, że Łukasz Grass do Ciebie dołączy! Będzie rewanż za Ełk w Las Vegas!!! 😀

  6. Jeszcze raz ogromne gratulacje Macku! Czy wywalczenie slota zmieniło Twoje plany startowe na pozostała część sezonu? Czy teraz realizujesz nowy program treningowy pod start w MS? Felieton jak zawsze bardzo realistyczny i barwny, przenoszacy czytajacego na trasę zawodow:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here