brett sutton
Home Blogi Wasz człowiek w Hawanie

Wasz człowiek w Hawanie

Styczeń 24, 2014 3 Komentarze Inne Marek Strześniewski

            W połowie grudnia sytuacja zaczęła się komplikować. Miesiąc po ostatnim maratonie powinienem zacząć się lekko ruszać, ale ciągle brakowało mi motywacji, która wynika z pewności celu. Mimo że zapisałem się i opłaciłem swój pierwszy start w IM w Kopenhadze, to nadal nie miałem od żony zielonego światła na start. Postanowiłem sprawę rozegrać strategicznie – zaprosiłem ją na 14-go stycznia na mojito, aby uczcić jej urodziny. Zaproszenie zostało wstępnie przyjęte, a kiedy się dowiedziała, że mojito będziemy pić w Hawanie i to nie jest lokalny klub tylko miasto na Kubie zrobiła duże oczy a ja wiedziałem, że może być dobrze. Co prawda była lekko podejrzliwa - „Czy tam jest jakiś maraton?", - „A czy ja będę musiała startować w jakimś biegu?" Uspokoiłem, że nic z tych rzeczy.

 

             Było mi łatwiej ją przekonać, bo parę dni przed wyjazdem byłem u ortopedy – jakieś małe problemy z prawą stopą. Lekarz zrobił USG, potem mądrą minę, coś przepisał i powiedział, że przez dwa miesiące nie mogę biegać. Aż się popłakałem ze śmiechu. Na dwa tygodnie to ja mogę trochę odpuścić, ale za dwa miesiące to ja będę w pełnym cyklu przygotowań i nie mam czasu na takie medyczne pierdoły. Pierwszy raz lekarz próbował zablokować moją karierę sportową 43 lata temu, kiedy to z powodu wysokiego ciśnienia nie chciał mi dać zaświadczenia potrzebnego do zapisania się do sekcji zapaśniczej lokalnego LZS-u. Po kilku dniach zaświadczenie miałem, ale chociaż czyn się przedawnił, to nie będę podawał szczegółów.

 

            Co do Kuby i Hawany to nie będę się rozpisywał bo nie jest to portal turystyczny. Może jedynie kilka spostrzeżeń natury ogólnej i dwa natury sportowej. Otóż Kubańczycy żyją w rzeczywistości mocno zdeformowanej. Są dumni z kutra, którym przypłynął Castro z bratem i z 80-cioma kolegami, żeby zadać bobu Batiście. Wybudowali nawet dla niego przeszklony hangar (dla kutra, nie dla Castro), przed którym stoi warta honorowa i nazywają to Muzeum Rewolucji. Poza tym są dumni z dwóch knajp, w których notorycznie i od rana upijał się Hemingway, znany pisarz imperialistyczny oraz kilku budynków, które wybudowali im Hiszpanie-kolonialiści 400 lat temu. Są również dumni ze starych samochodów produkcji amerykańskiej. Do tego stopnia, że uznali je za bogactwo narodowe i nie wolno ich wywozić z wyspy.

 

           Wiele z tych aut wygląda jak z katalogu, a to dzięki częścią zamiennym przysyłanym są przez producentów amerykańskich, którzy traktują to jako inwestycję w marketing. Inne mają silniki „zdiełane w CCCP" lub koreańskie a malowane są farbą olejną w mocno karaibskie kolory. Na początku oglądając te auta odczuwamy fascynację, która następnie przechodzi w poczucie jakiegoś groteskowego żartu. Bo to nie jest ani Rajd Aut Klasycznych czy historyczna rekonstrukcja – to jest ich życie codzienne, w którym używają muzealnych narzędzi.

             

            Tu się pojawia pierwsza refleksja sportowa. Zdałem sobie sprawę, że wiele z tych aut to moi rówieśnicy. Czyli, przy dobrym serwisie i codziennej dbałości można mieć piękną karoserię, a nawet niezłe przyśpieszenie. I to jest krzepiąca myśl dla nas 50+ latków.

 

             Kończąc wątek motoryzacyjny informuję, że Kubańczycy nie wynaleźli jeszcze benzyny bezołowiowej skutkiem czego na ulicach czuć nie zapach cygar ale śmierdzi spalinami.

              Kulinarnie Kubańczycy mocarzami nie są. Kuchnia lokalna nie powala, raczej tę robotę muszą robić drinki. Większość z nich jest oparta na rumie i tego smakołyku nie żałują. Mięta użyta do mojito ma zbawczy wpływ na żołądek, choć moja żona twierdzi, że bez mojito byłaby jeszcze skuteczniejsza. Od czasu do czasu zdarzały się muszki zamrożone w kostkach lodu jak w bursztynie, ale maleństwa były nieszkodliwe bo neutralizowane alkoholem. Zauważyłem też, że ich herbaty (sprowadzają je z... Hiszpanii) są odporne na parzenie, a mydła się nie mydlą..

 

             No i muzyka... Co prawda wbrew stereotypowym wyobrażeniom tubylcy nie chwytają na widok każdego turysty za tamburyny czy inne grzechotki i nie gibają się spontanicznie na każdym rogu w rytmie son czy rumby. Jest za to mnóstwo miejsc, gdzie utalentowani zawodowcy dają taki czad śpiewając często bez mikrofonów, że zapiera dech. Każdy szanujący się klub ma w zespole co najmniej jednego oldtimera, który najlepiej jak jest rówieśnikiem żyjących członków Buena Vista Social Club. Taki kubański Połomski czy Sępoliński nie jest jedynie maskotką ale pełnoprawnym członkiem zespołu. W jednym z klubów wokalista pytał gości z jakiego są kraju. Byli Francuzi, Kanadyjczycy, Argentyńczycy, Rosjanie i kilku reprezentantów mniejszych nacji. Dla każdej z nich zespół grał kilka taktów utworu kojarzonego z tym krajem. Wymiękli przy Irlandczykach i przy nas.

 

              Na zakończenie spostrzeżenie sportowe. Otóż jednym ze sposobów podróżowania po Hawanie jest ryksza rowerowa znana w Polsce już tylko z filmów o II wojnie światowej. Wbrew pozorom nie jest to jedynie atrakcja turystyczna – tak podróżują również tubylcy, chociaż oczywiście najlepszymi płatnikami są turyści. Hawana jest raczej płaska, ale wysoka temperatura (około 30 C) i na przykład para dobrze wykarmionych turystów z Zachodu z zakupami może być wyzwaniem. Ryksze nie mają przerzutek i na ogół są topornymi wytworami rękodzieła. Proporcje użytych zębatek i przekładni wynikają z wieloletniego i wielopokoleniowego doświadczenia i pozwalają im większość czasu pedałować z kadencją około..... 90. Czy to nam coś mówi?

 

P.S. Żona nadal się zastanawia, czy zezwolić mi na start, ale jestem dobrej myśli.

O autorze

Profesjonalny amator z lekką nadwagą szukający równowagi między siłami napędu a oporu. Najwyżej sklasyfikowany przez IRONMAN/WTC zawodnik w Polsce w kat. wiekowej w latach 2012 - 2015. IRONMAN Silver All World Athlete 2016
Zobacz inne wpisy tego autora

Komentarze (3)

Marek Strześniewski 2014-01-24 20:57:49

Melduje, że w ciągu 11 dni widziałem 2 "maluszki": jeden zaparkowany, kolor kanarkowy, drugi w ruchu, wściekły orange. Czyli mniej niż 1\% wszystkich widzianych pojazdów - chyba nie służyło im morskie powietrze i niewiele z nich przetrwało. "Zrzędzenia" żona się nie przestraszy ale snuję wizję, że przestanę trenować, roztyję się i mając 10-14 godzin wolnych do zagospodarowania tygodniowo wpadnę w nałogi i złe towarzystwo. Będzie dobrze.

Bogusław Pergoł 2014-01-24 20:56:27

Genialny plan!!! Może moja żona też pozwoli mi na start w maratonie. Chociaż ona już w Hawanie była... ;-)

Łukasz Grass 2014-01-24 20:34:10

Marek, a małego Fiata tam widział, czy nie widział? To był nasz towar eksportowy na Kubę, więc pewnie sporo tam tego się wala. Powiedz żonie, że jak Ci nie pozwoli, to będziesz zrzędził godzinami pod nosem i będziesz nie do wytrzymania :-))) będzie sporo Polaków, kibiców również, więc nie będzie się nudziła. Poza tym jadzie spora ekipa z AT, więc będzie wesoło! :-)
Zaloguj się aby komentować

Blogi

Ostatnie wpisy Pokaż wszytkie

stat4u
Website Security Test