brett sutton
Home Blogi Tajemniczy zakon Triathlonariuszy

Tajemniczy zakon Triathlonariuszy

Kwiecień 04, 2014 11 Komentarze Triathlon Marek Strześniewski

W życiu nie ma nagrody ani kary – są jedynie konsekwencje podjętych decyzji. W ubiegłym roku, w stanie lekkiego odurzenia adrenaliną po ukończeniu zawodów na dystansie ½ IM postanowiłem, że nadszedł czas na pełny dystans – cel Kopenhaga 2014. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że każdego może ponieść fantazja.

 

Konsekwencją tej (niedojrzałej, pochopnej, przedwczesnej, lekkomyślnej – nic nie wykreślać) decyzji była decyzja kolejna – o wyjeździe na obóz na Majorkę. Próbowałem jakoś rozłożyć odpowiedzialność i zaprosiłem żonę – sprawdziła średnie temperatury i..... podziękowała. Zostałem sam. Obawiałem się śniegu w kwietniu w Polsce, a tymczasem pogoda w Warszawie jest ładniejsza niż tu. Morska bryza z hiszpańskim wdziękiem i nonszalancją bębni deszczem o moje szyby i dzięki temu mam chwilę na refleksję.

 

Już na Okęciu można było rozpoznać uczestników krucjaty – tajemniczych rycerzy zakonu Triathlonariuszy. Ponadnormatywnie szczupłe sylwetki (reguła zakonu wymaga przestrzegania diety), krótkie fryzury na wzór amerykańskich marines oraz odpowiedni strój. Przynajmniej jeden z jego elementów musi być przyozdobiony charakterystycznym „M" z kropką. Nieodzowny jest bidon z wodą lub napojem izotonicznym - krucjaty często prowadzi się w warunkach pustynnych a odwodnienie może przyjść znienacka jak Saracen, w najmniej oczekiwanym momencie.

 

W Berlinie czekały na nas kolejne zastępy Triathlonariuszy rytu niemieckiego oraz gromada bractwa pośledniejszego gatunku – Roweriuszy. Tych rozpoznać można było po przytroczonych do juków kaskach bojowych. Wszyscy w drodze na wiosenną krycjatę na Majorce.

 

Prawdziwe celebrowanie reguł i obrzędów zakonu rozpoczęło się na miejscu. Pierwszym objawem było gorączkowe ustalanie porządku nadchodzących dni. Najpierw pływanie, czy może bieganie? A jeśli rower to z trenerem polskim czy niemieckim. Bo jeśli niemiecki - to która grupa? – jest ich chyba z pół tuzina? A Niemcy trwogi nie znają - czy deszcz, czy wiatr punky 11-ta dosiadają swoich karbonowych rumaków i ruszają na zwiady. Strach czy im się pola dotrzyma.

 

Niektórzy zdecydowali się rozpoczynać swój dzień mocno przed 6-tą rano pływając w nieoświetlonym basenie. Wiem, bo pierwszej nocy obudził mnie trudno identyfikowalny chlupot i bulgotanie. Przez sen wydawało mi się, że stado morsów dokonuje nieoczekiwanej inwazji. Potem usłyszałem ostre komendy w języku niemieckim i omal nie doświadczyłem syndromu Protasiewicza.

 

Jeśli ktoś zdecydował się rozpocząć dzień biegiem, to obowiązkowym elementem stroju są podkolanówki. Specjalne. Takie, co to wzmacniają, wspomagają i ułatwiają. Bez nich biegnie się około 10% wolniej i wygląda jak ciura obozowa a nie prawdziwy Triathlonariusz po chrzcie bojowym. Bo niestety, są też przypadki podszywania się, które na szczęście wytrawni i zaprawieni w wielu bojach mocarze szybko wyłapują. Dekonspirują ich odpowiedzi na proste pytania. O najlepszy czas z ubiegłego sezonu, o ostatni ukończony pełny dystans lub życiówkę w maratonie. Nie jest trudno oddzielić żelazną gwardię od młokosów i uzurpatorów. Jedynym wyjściem w takim przypadku jest szukanie ratunku w opowieściach o przewlekłych kontuzjach, rozlicznych i długich delegacjach i kataklizmach rodzinnych.

 

Kwintesencją życia rycerskiego i prawdziwym sprawdzianem jest obiado-kolacja. Obowiązują oczywiście stroje wieczorowe. Koszulki z zawodów, które się ukończyło. Lub te zakupione w sklepach internetowych. Z odpowiednimi napisami. Luźne i luzackie bluzy o trudnym do określenia kolorze – świadczą o poziomie wtajemniczenia i latach spędzonych na zlotach, turniejach i krucjatach. Dobrze jest przynieść ze sobą coś na kształ relikwi, co wzbogaci posiłek, a czego nie ma konkurencja. Tajemnicze suplementy wyczerpujące zawartość tablicy alchemika Mendelejewa, witaminy o magicznym działaniu, ziarna „chi" lub wodorosty z Mórz Południowych. Albo przynajmniej wyciąg z buraka.

 

Najwyższa kasta rycerstwa śpi, je i chodzi non-stop w filuternych czapeczkach, które mają chronić przed wychłodzeniem krótko ostrzyżone głowy, a tak naprawdę świadczą o przynależności do elity. Po posiłku, na kanapach można rozkoszować się dobrze przepracowanym dniem. Rzucić od niechcenia objętości, jakie się zrobiło. Te setki kilometrów, te godziny i te obciążenia. Rozkoszować się przychylnością weteranów, podziwem nowopasowanych Triathlonariuszy i przerażeniem giermków i aspirantów. Moment zasłużonego odpoczynku i chwały.

 

O , widzę, że przestało padać – wciągam swoje uciskowe podkolanówki i lecę zrobić jednostkę treningową, bo wieczorem nie będę miał o czym opowiadać.

O autorze

Profesjonalny amator z lekką nadwagą szukający równowagi między siłami napędu a oporu. Najwyżej sklasyfikowany przez IRONMAN/WTC zawodnik w Polsce w kat. wiekowej w latach 2012 - 2015. IRONMAN Silver All World Athlete 2016
Zobacz inne wpisy tego autora

Komentarze (11)

Bogna B. 2014-04-07 10:53:53

Świetny tekst! Czekam na dalszą relację;)

trombalski 2014-04-05 22:00:24

No ale tego buraka, to którego mam wciągać? Normalnie z warzywniaka?

Łukasz Grass 2014-04-05 20:42:22

Uśmiałem sie do łez!! Rewelacyjny opis całej bandy wariatów! Pozwól, ze wyrzucę na pierwsza stronę i ozdobie zdjęciami Zakonu Triathloniuszy.

Piotr Papierz 2014-04-05 16:41:28

Mogę dodać ze zamiast Świętego Grala strzeżemy tylko Grassa, ale chyba nie za bardzo
Nam wychodzi, ponieważ król Filip Piękny Szołowski w przyszłym tygodniu
rozwiązuje Zakon, a niektórych już jutro wyrzuca do domu!!

Marek Strześniewski 2014-04-05 13:57:56

Reakcje na tekst wśród braci rycerskiej, hm… mieszane. Na pojedynek - na szczęście - nikt mnie jeszcze nie wyzwał. A pogodę dziś mamy marzenie i objeżdżaliśmy trasę 1/2 IM Majorka.

Daśka 2014-04-05 09:13:59

hahahah świetny tekst! Uśmiałam się niemalże z każdego zdania. Już Was widzę, moja dość dobrze wyćwiczona wyobraźnia działa :D naprawdę świetny tekst i czekam na kolejne wieści, wszak My tu w skromnej Polsce czekamy na wieści z podróży od Niesamowitego Zakonu Triathlonariuszy!!! :D pozdrowienia

arkadiusz cichecki 2014-04-05 07:05:21

Ślubów ubustwa to raczej nikt z towarzystwa nie składał ale umartwianie i katowanie sie na porządku dziennym.... ;-)

Grzegorz Markowicz 2014-04-04 18:31:02

:):) Nie daj sie trzymam kciuki....a w trudnych chwilach przypomnij sobie Grunwald 1410r:):):)...zazdrosze

Marek Strześniewski 2014-04-04 17:10:21

Już myślałem, że te skarpety faktycznie dają czadu - byłem szybki jak wiatr. Ale kiedy wracałem, okazało się że mam pod górkę, czyli wcześniej było z górki. Jutro wypróbuję czapeczkę.

Plati 2014-04-04 12:40:37

świetny tekst :)
Zaloguj się aby komentować

Blogi

Ostatnie wpisy Pokaż wszytkie

stat4u
Website Security Test