brett sutton
Home Blogi byłem, zobaczyłem, zwyciężyłem

byłem, zobaczyłem, zwyciężyłem

Wrzesień 08, 2014 10 Komentarze Triathlon Marek Paluch

Jako tri-amator - planowałem pełny dystans na swoje 40 urodziny, pech chciał, że Labo wysokoczyło ze swoim Casteltriathlon - pomyślałem: taniej, blisko - a co tam. Niestety pogodzenie treningów z codziennością nie było łatwe. Akurat trochę niezapalanowana operacja córki i od października co tygodniowe rajdy Giżycko - Poznań (900 km w jeden dzień) do kliniki. Potem czas na remont, ale wiara pozostała. Między czasie OWM, dwa triathlony Ełk i Gołdap. No i przyszedł 6 września kiedy to strach sparaliżował nawet moją niewyparzoną prawniczą gębę. "Wspaniały hotel Majewski w Malborku - zapewnił atrakcję w postaci Disco-Łupu-Cupu do 3 rano. Czwarta minut 20 pobudka, pakowanie, śniadanie i 5:20 w strefe zmian, jeszcze ciemno, a ja mam wrażenie, że wszystko we mnie się zabetonowało. Wejście do wody - koszmar, jestem nie wyspany jest mi zimno. Start - od pierwszych metrów mam wrażenie, że stoję w miejscu, nie wiem o co chodzi nie potrafię zmusić się do wysilku, macham rękoma i to tyle. Rewizja czasu po wyjściu z wody utwierdza mnie w przekonaniu, że nie pływałem - już szybciej było na treningach z dużą boją. Kolejna wtopa to t1 - pomysł  przebrania się w suche body na cialo po piance, to jakiś koszmar, męczę się, wszystko się skręca - załamka. Wypadam na trasę rowerową - o rety jak tu płasko, u mnie nie ma nawet 1 km płaskiej trasy, a tu ...!!!. Po chwili pomysł by pędzić 36 km/h szybko rewiduję, trzymam się swoich 33 km/h i ma wrażenie spaceru - jednak to 180 km - dystans którego nigdy nie przejechałem. Pierwsza wpadka to przejazd kolejowy. Bidon z moim żelem wyskakuje z koszyka, nawrót, zejście z roweru - no i średnia to już tylko 30 km/h - dobra i tak nie walczę o wynik. Sytuacja z bidonem powtarza się jeszcze trzy razy!!! W tym momencie klepię się w czoło - przecież mogłem sobie zrobić punkt żwywieniowy przed tym cholernym przejazdem i przejechać go z bidonem w ręce. Ok, potem jeszcze jeden pech - kraksa przede mną, dwóch gosci leży na środku asfaltu. Zwalnianie do niemal 0 - kolejne sekundy uciekają. Potem jest dobrze, nogi nie bolą za bardzo, choć zmęczenie daje znać o sobie - a przede mną jeszcze 60 km. Na ostatnich dwóch pętlach swoje dokłada wiatr przez 15 km. Strefa zmian, siusiu i jest ok 5 min to przyzwoicie. Bieg - w planach i marsz, i słanianie, i skurcze. Pierwsze 20 km zgodnie z planem to jest ok 5:40 min/km  tempo, tylko te cholerne podłoże i nie dopasowne do niego buty - trzeba było czytać wcześniej o trasie. Moje Newtony - i ich sytem wspomagający wybicie (twarde klocki pod śródstopiem) tylko przeszkadzają na szutrze i dają sobie niemiłosiernie znać na zamkowym bruku. Od 22 km zaczynają się schody, nie zatrzymuję się, ale czuję, że nie daję rady przebierać nogami. Nie ma skurczy tylko uczcie "ołowiu w butach". Wiem, że bieg po niżej 4 h jest już nie realny, do tego tuziny wymiękających zawodników nie podnoszą morali. Dalej biegnę, padło 30 km, nie ma ściany jest tylko ból. Na 35 km nogi już nie biegnie tyko głowa. W pewnej chwili czuję, że prawe kolano "leci" mi do środka. Myślałem, że się o coś potknąłem. Niestety drugi raz to samo, uświadami mi, że nogi odmawiają posłuszeństwa, a została jedna pętla. Z komentarza na nawrotce zrozumiałem tyle, że jestem w stanie przy nawet powolnym biegu zmieścić się w 12 h. Coś odżywa we mnie - przecież  o 6:00 cieszyłbym się z 13 h. Zaczynam biec czuję, że nieco szybciej. Po wbiegnięciu na Zamek czuję, że nie mam stóp tylko marmoladę. Jeszcze tylko 3 km, 2, 1, - już widzę kładę prowadzącą do mety. Pani chce dać mi kolejną gumkę na rękę - chyba krzyczę do niej, że to koniec nie się ode mnie odwali (przepraszam od razu). Słyszę swoje nazwisko, zapinam body - META !!!  Po chwili w uszach cisza nie słyszę niczego. W głowie dziwna myśl - fajna zabawa - tylko zabawa - prawdziwą ironwomen jest Moja Córeczka, która żyje od operacji do operacji i cierpi niemiłosiernie cierpi. Może to właśnie Ona pozwoliła mi zostać człowiekiem z żelaza???

Komentarze (10)

Marek Paluch 2014-09-12 12:29:33

Dzięki za słowa otuchy, i gratulacje (ależ się zrobiłem próżny) - z ciekawostek jeden z ortopedów zajmujący się Moją Córką to też amator tri nijaki dr. Koczewski z Poznania :)

Marcin Stajszczyk 2014-09-09 16:43:17

Pokazales Komuś na gorze ze trzeba walczyc do konca i na pewno Twoj przyklad pozwoli "opacznosci" podjac wlasciwa decyzje ws coreczki bedzie dobrze:)

Bogna B. 2014-09-09 10:33:41

Gratuluję! Ironwomen też zwycięsko wyjdzie z tego.

jarek 2014-09-09 07:23:03

Gratulacje , fajny opis :) no i oczywiście dużo dużo zdrówka dla Córeczki!

Arkadiusz Cichecki 2014-09-09 06:55:04

Dobry wpis i świetne zawody! Zazdroszczę (ale pozytywnie! :-)) tytułu Żelaznego! Brawo!!!

Dawid Bielewicz 2014-09-09 06:23:16

Gratulacje:) takie wpisy to inspiracja dla wielu osób:) również życzę dużo zdrowia dla córki

Tomasz Kacymirow 2014-09-08 20:45:27

zabawa przednia to fakt, ale z takim obciążeniem to ironman razy kilka a ile to tylko wie ten kto to osiągnął. gratuluję z pokorą. jak najszybszego powrotu do zdrowia dla còrki !!!

Bogusław Pergoł 2014-09-08 20:15:20

Robi wrażenie. Życie to jeden wielki triathlon. To pewnie nie koniec zmagań. Powodzenia!

tomek wnuk 2014-09-08 19:11:38

wielkie gratulacje!!! zdrowia dla córeczki!

Grzegorz Markowicz 2014-09-08 19:01:49

Duży szacun..mam nadzieje ze za rok dane mi bedzie przeżyć to samo.... I ucałuj córeczke:):):)...jestem pewien ze wszystko bedzie dobrze. Powodzenia gratuluje!!!
Zaloguj się aby komentować

Blogi

Ostatnie wpisy Pokaż wszytkie

stat4u
Website Security Test