brett sutton
Home Blogi Jak Fenix z popiołów.....

Jak Fenix z popiołów.....

Sierpnień 27, 2015 29 Komentarze Triathlon Jakub Masiuk

     Po siedmiu tygodniach od upalnego Frankfurtu przyszło mi się ponownie zmierzyć z dystansem Ironman. Trochę się tego obawiałem nie wiedziałem czego mogę się spodziewać, niby to trzeci start na pełnym, ale dopiero piąty w ogóle w tri, a po za tym dwa pierwsze nie poszły tak jak chciałem, gdzieś coś zawiodło a nie bardzo jest czas na to aby sprawdzać co i gdzie. Dlatego też każdy mój start to poligon doświadczalny, kopalnia wiedzy i temat do kolejnych analiz. Czas pomiędzy zawodami wykorzystałem w miarę dobrze, był odpoczynek ale również kilka zakładek, dłuższa jazda na rowerze, no i łapanie świeżości przed startem, choć tutaj to chyba lekko przesadziłem :-)

 

Tak czy inaczej w sobotę udałem się do Bydgoszczy, tam umówiony byłem z Jackiem, ksywa z AT Human i jego żoną, supportem, jak się później okazało nie tylko dla Jacka ale dla mnie również. Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy rowerami na mały rekonesans trasy, Już na samym początku niespodzianka, jak to ja, średnio zorientowany z profilami tras, doznałem szoku przy wyjeździe z Bydgoszczy górka, ale nie byle jaka podjazd o długości ponad 1km z dużym nachyleniem, niestety na znaku nie zaznaczyli ile procent. Co oznaczało, że podczas wyścigu trzeba będzie się na nią wspinać 4 razy. Reszta całkiem ok, asfalt w małej części złej jakości ale da się przeżyć, minusem mogą być tylko dwie nawrotki gdzie trzeba było zwalniać praktycznie do 0 żeby móc wykonać manewr,  a i tak ciężko było się zmieścić na wąskiej nitce asfaltowej.  Trzecia nawrotka 180 stopni była w Bydgoszczy przy stadionie, ale tam już było szerzej więc łatwiej było to wykonać i nie trzeba było tak mocno hamować.

 

Po odstawieniu rowerów i sprawdzeniu dobiegu do T1 wróciliśmy do Bydgoszczy na pasta party. Tu plus dla organizatorów, po pierwsze za organizację i lokalizację pierwszego etapu, kibice mogli przyjechać rano nad jezioro i bez konieczności przecinania trasy wrócić do Bydgoszczy. Po drugie za  makaron w wersjach vege i mięsnej. Przy stadionie spotkałem jeszcze trzy znajome osoby z którymi znam się tylko i wyłącznie z basenu, również przychodzą na 6 rano popływać. Po krótkiej wspólnej biesiadzie rozeszliśmy się do hoteli, ja musiałem jeszcze wrócić pod stadion zostawić rzeczy na bieg, ale jakoś te 200m jeszcze przeżyłem tego dnia.

 

W nocy jak zwykle kłopoty ze spaniem, adrenalina robi swoje, choć muszę przyznać, że odważyłem się na pierwszy eksperyment. Czytając opis Arka z Ostseeman, wyłapałem, że pozwolił sobie na małe piwko przed snem, słyszałem o tym również od innych osób, ale dopiero taki autorytet mnie do tego „przekonał" ;-)

Raniutko przyjechała po mnie ekipa z Piaseczna i wspólnie udaliśmy się na start. Szybko wskoczyliśmy do T1 sprawdzić rowery, dorzucić jedzenie i picie, załatwić to i owo i po ok. 30 minutach udaliśmy się nad jezioro na rozgrzewkę.  Chwilkę popływałem, pobiegałem i rozciągnąłem się.

 

    7.01 start z brzegu, nie było najgorzej „pralka" utrzymywała się tylko do pierwszej boi kierunkowej, więc jakieś 300m później dało się już w znaleźć miejsce dla siebie. Po drugiej nawrotce, powrót w kierunku linii startu wyjście z wody i kolejne kółeczko i tak 4 okrążenia. Problemem była boja na brzegu w kolorze czarnym, zlewała się z otoczeniem lasu i ciężko było nawigować. Przy wyjściu z wody dostrzegłem znajomą sylwetkę, to Jacek, kurka całkiem nie chcąco i nie zależnie udało nam przepłynąć pierwsze okrążenie tak samo

Zresztą dwa kolejne również w miarę podobnie dopiero na czwartym odpadłem, ale lekko się ugotowałem nie było dobrym pomysłem płynąć w pełnej piance przy takiej temperaturze wody. Zresztą czytając felieton Marka, na temat startu w Budapeszcie, tutaj też widziałem parę osób w przetartych piankach więc moda powoli i do nas dociera.

472

 

Co straciłem w wodzie odrobiłem w T1, tzn. względem Jacka tylko, choć uważam, iż spędziłem tam za wiele czasu   ponad siedem minut, ewidentnie do poprawy.

Rower bez większych niespodzianek, tu wszystko szło swoim tempem, bez specjalnego rwania tempa. Starałem się pracować na zjazdach, spokojnie własnym tempem pokonywać podjazdy, no ok 4 razy podjazd przy wyjeździe z Bydgoszczy ;-) Kolejnym testem było odżywianie, postanowiłem przetestować to co mówią najlepsi i bardziej doświadczeni zawodnicy (Arek C., Rafał H. , Artur P. i inni) i jadłem co 30 minut, na zmianę baton- żel-baton-żel itd. W między czasie jakieś żelki i sporo picia, izo, cola, elektrolity. Całe szczęście, że miałem zapakowane swoje tabelki z elektrolitami, bo po wypiciu swoich zapasów izo, postanowiłem pobrać te rozdawane przez organizatorów ale kompletni mi nie przypasowały, musiałem wylać całą zawartość bidonu i później brałem już tylko wodę. W sumie wypiłem ponad 4litry, w tym ok. 2 litrów izo, ok. 1,5 elektrolitów i 1 coli. Pilnowałem się też aby nie przesadzić z colą i żelami z kofeiną, żeby znów nie mieć problemów na biegu. Udało mi się też trochę poprawić do zeszłego roku, choć trasa była bardziej wymagająca technicznie od tej w Malborku, a i wiatr robił swoje.

 

IMG 2541

 

     W T2 nie zabawiłem długo niecałe 2minuty, główna zasługa obsługi, która odbierała rower od ciebie i odstawiała na hak, więc można było się skupić tylko na ogarnięciu worka.

Bieg to jak zwykle dla mnie wielka nie wiadoma, tutaj mam największe obawy i zawsze najwięcej tracę. Założenie było proste nie przesadzić za mocno na początku, a później zobaczymy.  Na pierwszym okrążeniu mocno się hamowałem, miałem tutaj nie przekroczyć tempa poniżej 6min/km, poszło w miarę gładko. Wybiegając na drugie kółko dostałem zastrzyk energii w postaci gorącego dopingu oraz żelu od Anety, żona Jacka, oznaczało to, że i on ukończył rower i zaczął swoją walkę z ostatnim etapem.

Na trasie były trzy punkty odżywiania, co miało spore znaczenie i dawało psychiczny komfort, bo słonko grzało dość mocno, było ponad 26stopni, a mój organizm średnio reaguje na ciepło, o czym dobitnie przekonałem się we Frankfurcie. Jakież było moje zdziwienie gdy z utęsknieniem dobiegałem na trzeci z nich a tu zonk, wody brak. Całe szczęście Aneta stała z bidonem w którym miałem elektrolity i  który to rzuciłem jej przed wyjazdem na ostatnie kółko rowerowe. Stała na skraju lasu, czyli dość  strategiczny punkt, kilometr przed i za pierwszym punktem odżywiania, który znajdował się na stadionie. Biorąc pod uwagę, że na punktach piłem tylko wodę oraz się nią oblewałem żeby się schłodzić + wlewałem ją w spodenki, rada Artura P., co jak zwykle wywoływało konsternację a później salwy śmiechu u wolontariuszy :-)   szybko zaczynało brakować mi energii. Zapas w bidonie i żele skończyły się na szybko się skończyły, głowa zaczęła wolniej pracować tzn. zacząłem się poddawać, Jacek mnie wyprzedził, normalnie dramat.  Myśli zaczęły krążyć wokół jednej idei: poddać się czy nie ? Nic mi się już nie chciało, dodatkowo zacząłem gubić się już  w obliczeniach w jakim czasie skończę, a tempo było zabójcze 7-8min/km! Byłem chyba już tak zmęczony, że z obliczeń wyszło mi, iż skończę gorzej niż w Malborku w końcu miałem jeszcze 4 kółka do zrobienia, a w takim tempie to kółko wychodzi po 70-80min, załamka! Nie chciało mi się już nic, w myślach zacząłem układać już sobie wymówki dla mojej klęski, dreptałem tak bez woli walki, aż do 28km gdy przy wbieganiu na 5 kółeczko dostałem energetycznego kopa z puszki, żona kolegi (tego którego czasem spotykam na basenie rano) nie miała nic innego do picia, wody miałem już dość, rozcieńczonej i ciepłej coli również, więc brałem w ciemno. Po wypiciu wróciło trochę energii, nie tylko do mięśni, ale również do mózgu, przełączyłem zegarek na czas ogólny zawodów i tu eureka, jest szansa na poprawę wyniku, chyba, ponieważ jak zwykle płynąłem bez osprzętu, ale co tam z grubsza znałem wynik więc chyba dam radę. Tempo wzrosło do 5:50min/km wiedziałem, że koło stadionu jest zegar, więc tam dokładnie sprawdzę moje przypuszczenia. Przed wbiegnięciem na ostatnie okrążenie szybkie spojrzenie na metę a tam czas 11:15! kurka co jest grane przecież ja mam szansę na złamanie 12h! Zostało 7km więc wystarczy biec po 6min/km i złamię pierwszą magiczną barierę w IM, ale jak to jest możliwe, przecież  3 kółka wcześniej wydawało mi się, że nie dam rady poprawić wyniku 12:43 a tu takie rzeczy? Olśniło mnie po raz drugi, z tego zmęczenia pomieszały mi się dystanse kółek, policzyłem jak dla Frankfurtu 10km jedno okrążenie a nie 7, nie załapałem nawet tego, że robiąc obliczenia pod koniec drugiego kółka, czyli faktycznie na 14km musiałbym przebiec jeszcze 40 kolejnych :-) Teraz nie miało to już żadnego znaczenia, siły wróciły, chęci również, dodatkowo motywował mnie zakład z Proffesore, czyli ..... (tajemnica) ale mam nadzieje, że opłacało się tak męczyć ;-) W takim tempie kilometry uciekały jakoś szybko, zagłuszyłem wszystkie złe myśli, odliczałem czas który pozostał do osiągnięcia celu i wizualizowałem sobie rzeczy które zrobię po jego zdobyciu. 4,3,2,1km nawet podbieg przed stadionem nie był dla mnie wyzwaniem, wiedziałem, że nic mnie już nie zatrzyma – powstałem jak Fenix z popiołów, choć za metą padłem ponownie...

 

547

 

   Zmęczony choć szczęśliwy osiągnąłem cel na który po cichu liczyłem. Tu minus dla organizatorów nikt prócz Jacka nie zainteresował się za mocno czy nic mi nie jest. We Frankfurcie w 10sekund byli medycy, z folią i noszami, bez pytania zabierali do namiotu medycznego, tu suche czy nic Panu nie jest? Proszę się odsunąć biegną następni... Całe szczęście Jacek z holował mnie do namiotu na leżak przyniósł piwko i izo, można było zacząć świętować. Chwilkę odpocząłem i poszedłem do namiotu ratowników bo lekko kręciło mi się w głowie, myślałem że dostanę kroplówę, ale nie należała mi się, tętno 82, ciśnienie 126 chyba na 60, trząsłem się z zima więc dostałem folię i miałem iść zjeść coś ciepłego oraz poleżeć.

 

556

 

  A co tak naprawdę osiągnąłem? Nowy PB 11:56:12. Poprawiłem się przez rok w każdym elemencie: pływanie 1min, ale zawsze coś, rower o około 10 min, no i bieg ponad 30min.

Nie udałoby mi się to gdyby nie pomoc osób, których tydzień temu nawet nie znałem, Jackowi, a przede wszystkim Anecie która ze stoickim spokojem pomagała mężowi oraz mnie. Nie było dla niej rzeczy nie do zrobienia: prowadziła samochód, odbierała sprzęt, podawała jedzenie i picie, dodatkowo robiła zdjęcia no i dopingowała, normalnie cyborg, a to ponoć my jesteś ludźmi z żelaza? Nie wiem czy będę wstanie kiedyś się odwdzięczyć, ale jestem ich dłużnikiem. Pani która dała mi „baterię w płynie" po której wróciły siły nie tylko do mięśni. Zapamiętałem również kilka osób stojących przy trasie, które przez ponad 5h dopingowały każdego zawodnika dodając mu otuchy i zagrzewając do dalszej walki.

Jak zwykle na koniec pada fundamentalne pytanie co dalej, pierwszy most pod tytułem 12h runął, drugi – 2IM w jednym roku również, a jakby liczyć rok od pierwszego startu to nawet 3 :-)  Co teraz? Teraz przyszedł czas na poprawę biegania, co ma zaowocować utrzymaniem stałego tempa przez cały maraton i może kiedyś zejść poniżej 4h na tym etapie. Co jeszcze? Hm... reszta to już moja słodka tajemnica, ale może kiedyś o niej usłyszycie...

PS.

Do organizatorów. Po mimo wszystko ja tu jeszcze kiedyś wrócę, zapamiętajcie to :-)


IMG 2613

Komentarze (29)

Bogna B. 2015-09-02 12:31:42

Nie ma co, jesteś chłopem z żelaza;) Gratulacje!!!

Piotr Papierz 2015-09-02 09:08:03

WaTRIactwo zupelne! Gratulacje

Sebastian Witek 2015-09-02 08:31:57

Kuba, Gratulacje!!!

Sebastian Witek 2015-09-02 08:31:57

Kuba, Gratulacje!!!

Bogusław Pergoł 2015-09-01 14:00:04

Mega walka. Gratulacje, Kuba!

Marek Strześniewski 2015-08-31 14:36:56

Kuba, gratulacje! Dałeś czadu!!

human 2015-08-31 08:49:44

Hej, na odprawie rzeczywiście było pytanie o pomoc z zewnątrz i odpowiedź była, że można, ale nie w strefach wyznaczonych, żeby nie przeszkadzać innym startującym. Małe sprostowanie co do punktów na trasie biegowej - to banany i chyba jakieś ciastka (nie korzystałem więc nie wiem co to dokładnie było) to były na 2 punktach. Ten "dodatkowy" punkt z wodą, który zniknął na naszym 2 czy 3 kółku to naprawdę był niezły "zonk" dla niektórych. Ja akurat biegam z bidonem więc miałem zapas, ale Kuba i wielu innych liczyli na ten punkt i wiem, że to "trochę" zaburzyło plan na dalszy bieg.
Dałeś radę stary i to się liczy, pomimo "małego " kryzysu na koniec była MEGA MOC !!!
P.S. Moje odczyty długości trasy to: 181km (licznik rowerowy - co prawda ustawiany dzień przed wyjazdem ) i 42,2km Garmin. Wody nie mierzyłem, może ktoś podrzuci odczyt ?
pozdrowionka

Grzegorz Kędzior 2015-08-30 19:21:00

Jeśli nic nie przegapiłem to pierwsza czwórka Polaków na mecie wyglądała następująco:
1. Daniel Formela 4:22:42; miejsce w kat 13; overall 66
2. Mkon 4:26:37; 8; 101
3. Filip Przymusiński 4:29:51; 25; 141
4. Michał Podsiadłowski 4:31:01; 31; 164
Gratulacje dla wszystkich, nie tylko tych wymienionych powyżej :-)

Marcin Stajszczyk 2015-08-30 17:23:20

mkon 8 w AG! Michał 31 w swojej ale czas nie dużo gorszy od Marcina

Jakub Masiuk 2015-08-30 13:54:08

Arku wiem i dla mnie każda uwaga jest cenna tym bardziej od kolegów doświadczonych :) dajcie znać jak tam mkon i reszta wyszła bo jestem w trasie i ciężko mi sprawdzić
Zaloguj się aby komentować

Blogi

Ostatnie wpisy Pokaż wszytkie

stat4u
Website Security Test