brett sutton
Home Blogi Czy nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki?

Czy nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki?

Lipiec 01, 2017 5 Komentarze Triathlon Jakub Kanarek

Po zeszłorocznych zawodach w Poznaniu, z jednej strony była euforia (złamane 10h), a z drugiej pozostał duży niedosyt z powodu krótszej trasy pływackiej (o 800m) i chyba taż biegowej (mój Garmin pokazał wówczas 40,7km). No ale o tamtych zawodach już pisałem. Jeszcze w zeszłym roku postanowiłem, że je powtórzę, a przyświecała mi myśl, iż organizatorzy drugi raz (to jak z tą rzeką) nie zrobią tych samych błędów. Sprawę mieli dosyć łatwą: dokładnie wymierzony tor regatowy, sprawdzona trasa rowerowa, no i 8 kółek wokoło Malty z niewielkim dobiegiem na metę.

 

Ostatnio opisywałem start w tegorocznym Great Manchester Marathon. 4 tygodnie przed Poznaniem rozpocząłem sezon tri w Sierakowie. Na „gorącej" połówce osiągnąłem czas 04:56:42, a więc kolejne zejście poniżej 5h. 2 tygodnie później powtórzyłem to w Charzykowach z czasem 04:54:18. Wiem, że niektórzy (szczególnie Arek) każą puknąć mi się w głowę z powodu 2 połówek i całego irona w przeciągu 4 tygodni, ale zeszłorocznych wyczynów Jakuba nikt nie przebije ;). Od razu muszę napisać, że wszystkie te sprawdziany wypadły nieco gorzej niż analogiczne w zeszłym roku (maraton ~8min wolniej, połówka w Charzykowach podobnie). W ostatnim czasie miałem ciut mniej czasu na treningi, no i trochę borykałem się z wyższą wagą startową ;).

 

Do Poznania przyjechałem z żoną i synem (córka tym razem została w Koszalinie, miała rozpocząć swoją pierwszą pracę sezonową) oraz przyjaciółmi. Zameldowaliśmy się około 14:00 na Starym Mieście. W sąsiedztwie były 2 knajpki z makaronem, w związku z czym nie miałem problemów z ładowaniem węgli. Około 18:00 podjechałem na Maltę odebrać pakiet startowy, wstawić rower, zaliczyć odprawę techniczną i zjeść kolejną porcję makaronu. Biuro zawodów i Expo było na trochę podmokłym terenie, lokalizacja strefy T1 i T2 (zrezygnowano z systemu workowego) podobnie jak w zeszłym roku. Pakiet startowy był uboższy po wycofaniu się głównego sponsora, ale w sumie nie startuję dla pakietów. Na odprawie technicznej standard, chociaż trochę się zagotowałem jak organizator wspominając zeszłoroczne zawody stwierdził, że pomyłka na trasie pływackiej leżała po stronie zawodników (myśl przewodnia – zawodnik jest odpowiedzialny za wszystko). Trzeba było zdyskwalifikować prosów, którzy się pomylili, a nie kazać wszystkim następnym płynąć na krótszej trasie. Pasta party – bywały lepsze :). Po tym wszystkim powrót do hotelu i po 22:00 byłem już w łóżku.

 

Niedziela 4:00 rano pobudka. W pierwszej kolejności tradycyjne śniadanie przed zawodami: kawa, owsianka z bananem (dużo owsianki), 2 jasne bułki z powidłami, odżywka białkowa, no i nawadnianie. Generalnie po tym wszystkim czułem się jakbym miał 2kg dodatkowy balast. Następnie prysznic i przejazd na Maltę. O 5:30 byłem w strefie zmian. 15 minut później rozpoczął się dramat. Zawody w Poznaniu były moimi 19 w niecałej 5 letniej karierze, a zachowałem się jak debiutant (chociaż ten może by odhaczał na liście potrzebne do wyścigu rzeczy). Obklejając rower żelami zauważyłem, że nie wziąłem z hotelu licznika na rower, a od kwietnia jeżdżę z pomiarem mocy. Panika, co robić!? Sparować zegarek, ale ten może pokazywać inne wartości (nawet nie wiem czy może :). Zadzwoniłem do żony, która trzeźwo myśląc zamówiła taksówkę i wysłała do mnie licznik. Taksiarz nie mógł jednak podjechać do strefy zmian, czego efektem była nieplanowana dosyć intensywna rozgrzewka biegowa na dystansie ~2km (Garmin pokazał mi średnie tempo tej rozgrzewki 5:10/km :). Na kilka minut przed zamknięciem strefy udało się wszystko zamontować, ale przyznam że kosztowało mnie to sporo nerwów.

 

Start opóźnił się jakiś 20 minut, dzięki czemu mogłem trochę ochłonąć, ale jak się okazało to nie był koniec moich problemów. Startowaliśmy z wody, co przy pewnym poślizgu czasowym jest trochę męczące (walka o miejsce, utrata energii, itd.). Sygnał startu, włączam zegarek (oczywiście wcześniej ustawiony i przetestowany), a tu... kolorowe paski na ekranie. O co chodzi. Pierwsza myśl zresetować (trwało to 20 sekund). Kolejna próba to samo. Myślę sobie co ty robisz? Płyń, przecież i tak nie patrzysz na zegarek podczas tego etapu. Z pierwszej linii przesunąłem się trochę do tyłu. Dzięki temu manewrowi dostałem dwa razy mocniej przy próbie wyprzedzania. Po drugie, zamiast skupić się na spokojnym płynięciu cały czas myślałem czy zegarek odpali przynajmniej na etap biegowy (na rowerze miałem już przecież licznik :). Jeżeli nie to będę w „czarnej...". Uspokoiłem się dopiero po ~1km. Z wody wyszedłem po 01:10:06 co dało mi średnie tempo 1:51/100m. Tu jest poprawa w stosunku do zeszłego roku (było 1:57/100m i to na krótszym dystansie). Gdyby nie nerwowy początek byłoby jeszcze lepiej. Po wyjściu z wody rzut oka na zegarek – dalej kolorowe paski zamiast cyferek. Postanowiłem go wyłączyć całkowicie na dłużej. Po drodze do T1 zjadłem batona. Teraz już wiem, że powinno być to coś płynnego, bo po jego zjedzeniu miałem kluskę w ustach. Wizyta w strefie T1 przebiegła sprawnie.

 

1

 

Rower w tym roku mam słabszy (w zeszłym roku w idealnych warunkach wykręciłem 4:56:27 z średnią ~36,4 km/h). O ile na pływaniu było bezwietrznie, o tyle na trasie rowerowej wiatr wzmagał sie wraz z kolejnymi okrążeniami. W pewnym momencie wiało już mocno. Było to szczególnie doskwierające na otwartym terenie na powrocie ze Kostrzyna, ale boczny wiatr generalnie odbierał siły podczas całego wyścigu. Zakładałem jazdę na poziomie IF = 0,75 – 0,8, a więc NP = 225 – 240W. Zacząłem mocniej (po pierwszym okrążeniu miałem IF ~0,8), a końcowo osiągnąłem IF = 0,752 (NP = 226W). Na drugim okrążeniu na trasie zrobiło się dosyć tłoczno, gdyż dołączyła do nas „połówka". Na różnych forach czytałem o draftingu, ale przyznam szczerze, że nie zauważyłem czegoś bardziej drastycznego niż na innych zawodach, gdzie na trasie jest sporo zawodników. Na tym okrążeniu pojawili się moi fantastyczni kibice w rejonie ronda Środka (najgłośniejszy był Rafał, który konkurs kibicowania wygrałby w cuglach :). Na czwartym okrążeniu trasa opustoszała i zrobiło się taka jakoś „smutno". Tu już mijałem tylko dublowanych przyszłych ironmanów lub niedobitki połówkowiczów. Tu moje tempo trochę siadło, ale miałem wrażenie, że wiatr był z godziny na godzinę mocniejszy. W tej części dnia wyszło słońce, które zaczęło groźnie grzać. W pewnym momencie mijaliśmy termometr drogowy, wskazujący temperaturę powietrza 26 stopni i asfaltu ~35 stopni). Nie napawało to mnie zbytnim optymizmem przed ostatnim etapem (mam jeszcze w pamięci zeszłoroczny bieg oraz afrykański Maraton Wrocławski). W trakcie jazdy zjadłem 6 moich ulubionych żeli 90g ISOSTARA, 1,5 banana, bidon skondensowanego izotonika z środkiem nawadaniającym oraz około 1,5 – 2,0 dm3 wody. Czas roweru to 05:16:34 (średnio 34,12km/h), a więc wolniej niż w zeszłym roku. A i najważniejsze, pod koniec uruchomiłem zegarek w trybie biegania :)

 

 2

 

Wizyta w T2 również bez większych problemów (trochę długa, ale musiałem sprawdzić stan tojtoja :). Zeszłoroczny bieg wspominam słabo (niezaleczona kontuzja, trudna trasa, momentami ciepło i duszno, rosnący ból nogi i problemy żołądkowe – kolka). Myślę, że było to trochę związane wówczas ze zbyt mocnym rowerem. Tym razem przed biegiem zażyłem 1 tabletkę nospy i trawisto (taki sam zestaw zaaplikowałem sobie przed startem) oraz 1 tabletkę przeciwbólowego dexaku (tak na wszelki wypadek, bo nic mnie nie bolało). Pierwsze okrążenie było mega przyjemne – taka fajna odmiana dla moich pachwin po siodełku. Na drugim okrążeniu znowu pojawili się moi kibice, co dało mi pozytywnego kopa. Trzecie przyniosło niestety pewien kryzys, ponieważ uświadomiłem sobie, że tych kółek jest jeszcze 6. Przyznaję, że osobiście wolę, żeby okrążeń było jak najmniej. Do 20 km trzymałem średnie tempo ~5:20/km, które potem trochę siadło i pomiędzy 35 a 40km wyniosło 5:56/km. Udało się przebiec cały dystans bez przechodzenia do marszu, a ostatni odcinek po 40km przebiegłem ze średnią 5:43/km. Na biegu również momentami naprawdę wiał silny wiatr, który nie pomagał. Gdyby trasa była puszczona w drugą stronę Malty byłoby inaczej, a tak to w jedną stronę wiatr rozpędzał się na zalewie i wiał nam w twarz, natomiast na powrocie, z uwagi na zabudowania nie oddawał w plecy. W rejonie trybun powietrze wręcz stało i robiło sie nieprzyjemnie duszno. Na trasie wciągnąłem 5 żeli ISOSTARA, 2 duże żele z kofeiną (nie wymagające popijania wodą), trochę żelek i pół banana. W drugiej części biegu do menu włączyłem odgazowana colę, którą miałem przygotowaną i przetestowaną przed zawodami, a na ostatnich 2 lub 3 okrążeniach RedBula (bałem się to zrobić wcześniej, gdyż nie miałem doświadczeń z latającym bykiem). Czas maratonu to 03:56:14 (średnio 5:36), a więc lepiej niż w zeszłym roku i co najważniejsze przebiegnięty w dobrym stanie. Nadmienię, że trasa maratonu była chyba nieco dłuższa (wszystkim na mecie wyszło ~500m więcej). Tym razem nie miałem żadnych problemów żołądkowych, skurczy, a jedynie chwilami straszyła mnie delikatna kolka.

 

3

 

Na metę wbiegłem w asyście syna (ten po lewej) i syna przyjaciół w czasie 10:33:23, co dało mi 28 miejsce OPEN i 4 miejsce w kategorii M40-49. Czas dłuższy niż zeszłoroczny (krótszy dystans), pozycja podobna. Ponieważ lubię się trochę pobawić danymi, to wyszło mi, że byłem pierwszym Polakiem w tej kategorii :). Wyprzedzili mnie Walijczyk, Szwajcar i Łotysz.

 

4

 

Zawody oceniam na duży plus, mimo zapowiadającej się na początku katastrofy (zegarek jest już w serwisie Garmina :). Ironman nie zniszczył mnie tak jak w ubiegłym roku (bieg). Chyba jestem już bardziej doświadczonym i świadomym zawodnikiem. Odbyło się bez żadnej kontuzji, pozostała chęć do trenowania, a w tamtym roku czułem się wypalony przez długi okres czasu). Piwko na mecie i kolejne na rynku (dodatkiem do piwka była przednia goloneczka) smakowało jak zwykle rewelacyjnie.

 

Piszę to pod koniec tygodnia regeneracyjnego (ale nie żebym leżał i nic nie robił). Teraz już nie mogę doczekać się kolejnych mocniejszych treningów i startów (na pewno będzie to IRONMAN 70.3 Gdynia i start w Przechlewie, a może coś jeszcze).

 

5

 

Banan na twarzy i bikol na mecie :). Pozdrawiam wszystkich i mam nadzieję na spotkanie na trasach.

O autorze

Triathlonista amator
Zobacz inne wpisy tego autora

Komentarze (5)

Jakub Kanarek 2017-07-03 15:58:07

@Arek i Andrzej, powiem wam że po tym IM czuję się rewelacyjnie. W tym roku włączyłem do treningu naprawdę dużo strechingu + odnowy biologicznej (masaże, sauna itp.). Myślę, że to mogło pomóc. Do tego doszło też chyba już spore doświadczenie w startach tri (chociaż jak przypomnę sobie nie zabranie licznika na rower...)

@Jarek, to oczekiwanie i przygotowania do IM chyba są najlepsze. Ja za to będę debiutował w Gdyni w zawodach ze znaczkiem IM :). Też sporo niewiadomych

@Jakub, tak 8 okrążeń. Znalazłem na stronie organizatora (dopiero po zawodach :)) trasę na stronie https://ridewithgps.com/routes/22132070 i im też wyszło 42.600

Jakub Masiuk 2017-07-03 15:23:01

Gartuluję! wynik super, zejście poniżej 11h jest na mojej liście do zrobienia, kiedyś tam póki co za cienki jestem. 500m więcej to normalka, juz o tym pisałem nie raz, praktycznie każdy mój maraton to minimum 300m więcej. (błędy gps itp.) Bieg był strikte w koło Malty 8 kółek?
Co do "wyczynu" to na pewno się ktoś znajdzie kto to przebije, w końcu to tylko 3xIM :-)

Jarosław Swiniarski 2017-07-01 19:02:27

Oj wchodzi się ;-) ja w Gdyni mam zamiar wchodzić 5ty raz :-) ale co najważniejsze gratuluję wyniku i przede wszystkim satysfakcji ze startu, bo to nie zawsze to samo. Poza tym w oczekiwaniu na debiut na pełnym czytam o tym wszystkim jak bajkę o żelaznym wilku.....

Andrzej Stepien 2017-07-01 18:12:03

Gratuluje super czasu i dzieki za wpis- ciekawy bylem jak Poznan po zeszlorocznej wpadce. Czwarte miejsce w kat to naprawde mega osiagniecie na tak licznej imprezie i wyglada ze podium w zasiegu jak najbardziej. Co do objetosci to przychylam sie chyba do opini Arka- nigdy pelnego dystansu nie zrobilem ale wiem jak to wyglada u mnie po maratonie. Tuz po jestem padniety, ale nastepnego dnia najczesciej calkiem ok. Dopiero dwa, trzy dni pozniej siedze w pracy i mysle 'oby tylko wytrwac do konca, niech nikt tu lepiej nie podchodzi' :). Mimo ze ciezko to rozpoznac patrzac na samopoczucie to wszystko kosztuje energii. Oczywiscie to tylko moje czysto filozoficzne rozwazania :).

Arkadiusz Cichecki 2017-07-01 16:41:25

Kuba, spoko, moje opinie bierz z przymrużeniem oka. Dziadki potrzebują więcej na regenerację! Gdzieś kiedyś napisałam, że każdy jest kowalem swojego tri. Te dwie połówki przed IM zawsze można traktować jako mocny trening. Teoretycznie 2 tyg na tapering i regenerację powinno wystarczyć... Gorzej po IM. wygląda jakbyś ,,guza szukał"... :-)))
Co do samego Poznania to naprawdę nie wiem co jest tam grane, a to za krótko a to za długo... Jakby orgi chcieli odwalić tylko robotę i skasować...
Niemniej gratuluję!!! Zawsze IM to cholerne wyzwanie ale dzika satysfakcja z ukończenia....
Zaloguj się aby komentować

Blogi

Ostatnie wpisy Pokaż wszytkie

stat4u
Website Security Test