„Demaskując Grassa” – felieton Dowbora!

20
1

No dobrze. Już dość tego milczenia. Mam nadzieję, że chociaż trochę podsyciłem Waszą ciekawość. Zapewne jest kilka osób, które się zastanawia – „no to jak z tym Dowborem??? Trenuje, czy tylko wcina pączki i lansuje się na eventach?!”  To może najpierw słów kilka o redaktorze Grassie. Wiem, wiem. Na łamach tego portalu, jak i zresztą w prawie całym środowisku triathlonowym (no może poza ciemnymi korytarzami siedziby PZTri ) to postać nieskazitelnie czysta, wzór cnót, zasad i bezwzględnego profesjonalizmu – zarówno w sferze dziennikarskiego warsztatu jak i podejściu do kariery triathlonisty-amatora. I tu od razu pragnę wyprowadzić Was z błędu. Żaden z niego amator, bo co to za amator, co na treningach spędza 30 godzin tygodniowo. Wyczynowiec, ale… cichociemny.

 

Naczytałem się ja ochów i achów na temat redaktora Grassa ostatnio. A że szybki w bieganiu jak Emil Zatopek, a że kopyto do roweru ma niczym Szurkowski. Od jakiegoś czasu docierają do mnie nawet opinie o jego postępach w pływaniu, jakoby zrobił takie, że ledwie Otylia mu daje radę. Znosiłem tę PR-ową kampanię mojego vis-a-vis z godnością i stoickim spokojem. Ale do czasu. Kiedy na AT zaczęły się pojawiać kipiące od zachwytów komentarze dotyczące nadzwyczajnej linii i pięknej budowy szanownego redaktora G., to mi normalnie pączek w gardle stanął. A należy mieć na uwadze, że nie był to mój pierwszy pączek owego dnia, wszak zdarzenie miejsce miało w tłusty czwartek. Nie muszę chyba dodawać, że był to najgorszy tłusty czwartek w moim 34 letnim życiu, a nie ma chyba nic bardziej nieludzkiego niż obdzieranie z tradycji i tożsamości kulturowej. To zresztą nie koniec moich nieszczęść i nikczemnej próby wyniszczania przeciwnika poprzez działania propagandowe. Już szczytem bezczelności i braku zasad była niby niewinna i przypadkowa wizyta w „mojej” siłowni, w której to JA się przygotowuję do nowego sezonu. Słowo „wizyta” nie oddaje zresztą w najmniejszym stopniu tego przedstawienia, które odstawił tam red.Grass. Był to „one man show” ze spektakularnym biegiem na 10 km po automatycznej bieżni, z jeszcze bardziej efekciarskim zatarciem niewinnej maszyny, która została poddana nieludzkiej próbie. No bo kto normalny biega w klubie fitness poniżej 4 min/km????!!!!!!! I po co ????

Ja Wam powiem, po co!! Żeby nasikać na teren przeciwnika, zerwać jego flagę, utytłać w psich odchodach i spalić. Upokorzyć i osłabić morale. Redaktor sabotażysta dla tej niecnej intrygi był gotów poświęcić pół niedzieli i nadrobić 20 km, chociaż równie dobrą siłownie ma tuż pod domem. Nie muszę chyba nikomu wyjaśniać, w jakiej atmosferze przychodzi mi teraz trenować, kiedy odpalam bieżnie i drepczę sobie powoli w tym moim tempie 6 na km, a obok już od ponad tygodnia stoi zmasakrowane urządzenie, przy której zatrzymują się najpiękniejsze dziewczyny z fitnessu i wspominają bohatera, który odwiedził ten przybytek i tak szybko jak się pojawił, zniknął pozostawiając za sobą zgliszcza. Romeo od siedmiu boleści. Oczywiście oficjalnie to przecież inni rozsiewają te legendy, bo sam redaktor to chodząca skromność. Skromność i kurtuazja. W rzeczywistości dobrze wiem, że wszystko ma tam już dawno policzone, przekalkulowane i jak nic wyszło mu, że jest lepszy.

Zapewne to właśnie te kalkulacje sprawiły, że mimo naszych wcześniejszych ustaleń dotyczących naszego pojedynku, w ostatniej chwili zmienił podstępnie plany. Otóż mieliśmy zmierzyć się na dwóch dystansach – w Ełku na olimpijce i w Suszu na połówce. Niestety nasza rywalizacja w połówce odpadła, bo red. Grass wykręcił się sianem, tłumacząc, że w tym czasie ma zagraniczny wyjazd z okazji 10tej rocznicy ślubu. Też mi powód! Jakby nie mógł jej przełożyć na inny termin, albo w ogóle na przyszły rok. Też będzie uroczyście, a jeszcze żona się ucieszy, że ją o rok odmłodziliśmy. A ja byłem nawet gotów zrezygnować z mojego już opłaconego startu na zawodach serii IM w Berlinie. I kto tu więcej poświęcał?! Tak oto pozostał nam tylko jeden termin na podjęcie rywalizacji. W tym sezonie zmierzymy się podczas Beko Ełk Triathlon na dystansie olimpijskim.

Niech więc redaktor Grass sieje swoją propagandę i dopieszcza sylwetkę, ja wcinam pączki i dopieszczam siebie, a cała prawda wyjdzie 20 lipca. Nie mam nic do stracenia. Wszyscy i tak uważają, że nie mam najmniejszych szans z Ojcem Dyrektorem.

P.S. Stawkę pojedynku ustalimy już wkrótce.

20 KOMENTARZE

  1. ja tam się nie spinam – ważne chyba najważniejsze zdać sobie sprawę z własnych ograniczeń, a zarazem jej pokonywać, natomiast mając – z uwagi na zawód – skostniały umysł racjonalisty, wręcz słuchać nie mogę rozmów amatorów, którzy godzinami analizują swoje „krzywe” „proste” itd, itp. do tego kosztem kilku tysięcy PLN (często ciężko zarobionych i okupionych dobrem rodziny) urywają te 2 s na km, bo wtedy nawet pytanie „po co?” przestaje mieć sens. Swoje zdanie umieszczam na forum, bo w bezpośredniej rozmowie (tak tak) to nie mam żadnych szans być nawet wysłuchanym, więc się tylko uśmiecham.

  2. Ale to jeszcze trzeba miec mózg i mierzyć siły na zamiary 🙂

    Nie spinaj się, każdy traktuje sport po swojemu.

    Nie jestem najmłodszy, ze sportem jestem związany niemalże od urodzenia. Wiem, że nie zostanę (chyba) mistrzem świata ale wyznaczam sobie rózne cele do których dążę i aby je osiągnąć jestem w stanie poświęcić temu 120% swoich możliwości, 90% wolnego czasu, 70% finansów.

    A jak sie nie uda ? No cóż, przynajmniej nie będę miał do siebie pretensji, że nie spróbowałem 🙂 Liczy się przygoda !!!

  3. do Springboks – na 100% czego?: możliwości organizmu?, czasowych?, finansowych? dla jednych sport to są wyniki, dla innych sposób na zrzucenie wagi, jeszcze dla innych sposób na stres – znam kilku amatorów marzycieli, którzy muszą być na 100% i są bliscy depresji, bo dobrze wiedzą, że ich 100% nie znaczy nic, nie mają żadnych szans na jakikolwiek sukces i co? zamiast się cieszyć tym co robią to męczą się z własnymi założeniami, marzeniami itd.

  4. Ale jak sie coś chce robić, bez względu na to czy ma sie lat 18 czy 40, to trzeba to robić perfekcyjnie i na 100%.
    Sport, to sport, tu nie ma miejsca na lipę 🙂

  5. Jak ja lubię te wasze przegaduchy. Świętnie się czyta jednego i drugiego. Zawsze poprawiacie mi humor, bo czytając śmieję się od ucha do ucha. No i dajecie kopa do treningu:)

  6. @ MArek Paluch i Łukasz Grass. Zgadzam się z wami w 100%, że musi chodzić o fun, szczególnie w okolicach 40-tki. Gorzej jednak, ze dla każdego z nas ten „fun” co innego oznacza. Dla jednego ściaganie się dla innego uczestnictwo. Ale prawda jest jedna. To ma być dodatek a nie cel sam w sobie…

  7. Jestem zawiedziony. Nic tylko bieganie, pływanie, rowerowanie. A gdzie prawdziwy duch tri? Gdzie troska o rozwój dyscypliny? Zapomnieliście o korzeniach? Chyba już pora na sformułowanie nowych, obiektywnych kryteriów rywalizacji. Moje typy:
    1. watowanie bezpiecznika (1,9min)
    2. czytanie na głos (90 stron)
    3. rozdawanie autografów (jakieś 2000)

  8. Zgadzam się z Panem Łukaszem, jako orbitujący około 40 amator, za każdym razem jak chcę wydać naście tysięcy na rower, ustawić w szafce buty do biegania po asfalcie, kolce do stadionu i jeszcze trialowe, a także jak się wkurzam że nie urwałem kolejnych 10 s na 10 km itd. jakiś głos mówi mi, „przecież igrzysk już i tak nie wygrasz, a zmęczyć się dasz rady na starym rowerze i w starych butach”, może moja wypowiedź nie zachwycie dystrybutorów sprzętu, ale w moim wieku najważniejszy jest „fun”

  9. Stąpa Pan po cienkiej linie Panie Maćku. Mógł Pan właśnie stracić rzesze wiernych kibicek Matek Polek w okolicy 10 rocznicy ślubu, co to do tej pory miały rozdarte serce miedzy obu Panów.

    Szczęście, że tę rocznicę trochę mi Pan osłodził pączkami. Wiec ja ciągle się waham 🙂

    Matka Polka Triathlonistka

  10. 30h na trening…musiałbym rzucić pracę i rodzinę, a tak idiotyczne pomysły nie chodzą mi po głowie :-)) Kocham ten sport, ale bez przesady. Jest dodatkiem, a nie całym życiem. Pamiętajcie, że fanatyzm to kiepski pomysł, a znam kilku takich, co powoli tracą panowanie nad sytuacją :-)) Mnie wystarczy połowa z tych 30h i jak słusznie zauważył Maciek jestem szybszy na basenie niż Otylia, a na rowerze to nawet Armstrong na dopingu nie jest mi straszny :-)) bawcie się dobrze na treningach i do zobaczenia w Ełku.

  11. 30 h tygodniowo???? fajnie mieć taką pracę, bo ja przy swojej i trójce dzieci szczęśliwy jestem jak przekraczam 12, to tak na marginesie, ale właśnie kim jest Ł.Grass??? może te urwane sekundy będą przyczynkiem jakiegoś kontraktu??? więc tak się spina (bo nie wierzę, że tylko po to by wygrać z M. Dowborem), Panie Macieju i tak znając Pana pływanie, uważam że w Ełku „powiezie” Pan Pana Łukasza
    Ps. On doskonale wie, że jak będzie chciał urwać w wodzie chociażby minutę z tego co normalnie pływa to wyjdzie niemal nieprzytomny (-:

  12. @AnnaKo – ciekawe wróżby się tu czyni na AT :-)) Ale kto wie, kto wie. Panie Maćku świetny tekst i życzę Wam obu dobrej zabawy oraz powodzenia. Niech wygra po prostu lepszy – w różnym tego słowa znaczeniu 🙂

  13. Myślę, że zwłaszcza Żona Sz.P. Redaktora aż piszczy, żeby oddać swą podróż poślubną na ten zacny cel jakim jest ganianie się 2 Fantastów po trasach triatlonowych ;). Ale może na skutek tego wyjazdu Sz.P. Redaktorowi powiększy się rodzina i w przyszłym roku będzie poświęcał mniej czasu na treningi? Może wtedy szanse na wygranie z Nim wzrosną? 🙂

  14. Maciek. Świetny tekst. Z całego serca Wam kibicuję. Obu. A walkę przyjade obejrzeć nawet jeśli nie zdecyduję na start 😉

  15. Maciek, coś mi się wydaje, że co jak co, że jak utrzymasz ten styl to kampanię psychologiczną przed Ełkiem wygrasz zdecydowanie:)

  16. Panie Macieju więcej pączków… ups,…wiary ;). Tak czy siak będzie widowiskowo bo trasa i zasady zawodów w Ełku (rower) pozwolą panom na prawdziwą walkę gladiatorów dopiero na trasie biegowej:). Stawiam butelkę mojej pysznej aroniówki za Pana zwycięstwo..

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here