„Gorący prysznic w T1. 30 lat minęło” – Dariusz Strenziok

5
11

Od Redakcji: Z Darkiem poznałem się lepiej w sieci niż w realu, ale całe szczęście to jedno spotkanie na trasie zawodów Herbalife Triathlon Gdynia, a w zasadzie kilka sekund, wystarczyło, aby nawiązać kontakt, który dziś zaowocował pierwszym, ale mam nadzieję nie ostatnim tekstem. Ponieważ w tym roku obchodzimy 30-lecie polskiego triathlonu, znaleźliśmy z Darkiem wspólny temat, bo okazało się, że z racji wieku i doświadczenia sportowego należy on do tych, którzy współtworzyli historię tej dyscypliny od samego początku. Historia to jeden z moich ulubionych przedmiotów – nieważne, czy dotyczy sportu, polityki czy świata w ogóle. Z historii zdawałem maturę i do dziś pamiętam temat, jaki o 8 rano napisano nam na tablicy. Kiedy Darek w internetowej rozmowie zaczął pisać o swoich doświadczeniach, wiedziałem, że taki tekst musi pojawić się na AT. Nie czekałem ani chwili i zaproponowałem, aby spisał krótko swoje wspomnienia. Oto one. Miłej lektury.

P.S. (Marcin Stajszczyk, nie jesteśmy jedynymi wczasowiczami w strefie zmian! Jedni suszą włosy w T1, a inni brali gorący prysznic! Jeszcze wiele przed nami)

Łukasz Grass 

Redaktor Naczelny

 

 

darek s4

 

Herbalife Triathlon w Gdyni na dystansie długim był dla mnie szczególnym przeżyciem. Z jednej strony miałem to szczęście być świadkiem historycznej chwili – IRONMAN 70.3 Gdynia 2015 – a z drugiej strony spotkałem w gdyńskiej Hali Areny osoby, które są pionierami tego pięknego sportu w Polsce. Jerzy Górski, Jarosław Łabus czy Cezary Figurski, którzy opowiadali o początkach Triathlonu w Polsce, przypomnieli mi o moich początkach jako triathlonisty. Aż się wierzyć nie chce, że od mojego pierwszego Triathlonu minęło już 27 lat. 15 sierpnia 1987 zaczęła się moja triathlonowa przygoda. W tym dniu odbyły się I Mistrzostwa Polski w Triathlonie w Poznaniu na dystansie długim (Red. A pierwszy triathlon odbył się 14 lipca 1984 w Kiekrzu). Mieliśmy wtedy do pokonania 2 kilometry pływania, 90 kilometrów na rowerze oraz trasę półmaratonu. Przypominam sobie, że woda w Jeziorze Kierskim była w tym dniu dosyć zimna – około 15-16 stopni – a o piankach nawet nikt nie marzył. Zapach histoderminy i innych maści rozgrzewających, jaki roznosił się w szatni, pamiętam do dzisiaj. A i tak po wyjściu z wody było mi tak potwornie zimno, że pamięć i czucie w nogach i rękach wróciły mi dopiero po paru kilometrach na rowerze. Nie pamiętam, ilu nas wtedy wystartowało, ale nie było nas więcej niż 100 zapaleńców.

 

strezniok2

 

Część rowerowa odbyła się w strugach deszczu w temperaturze poniżej 20 stopni Celsjusza, co po lodowatych przeżyciach w wodzie humoru mi nie poprawiło. Dopiero na biegu zaświeciło słońce i nas strochę osuszyło. Mój rower z tychże zawodów różnił się paroma szczegółami od sprzętu, na którym startuję i trenuję dzisiaj. Był to rometowski Huragan, 2 blaty z przodu i 5 biegów z tyłu, to wszystko. Waga to jakieś –naście kilogramów, do tego zwykłe opony 27×1 ¼ i dętki. Na czas zawodów odmontowałem dynamo oraz światła, aby rower był lżejszy oraz nie było obciachu (a i tak był). Nie znałem wtedy jeszcze dobrze przepisów obowiązujących w triathlonie, dlatego po części pływackiej oraz rowerowej zafundowałem sobie regenerację z gorącym prysznicem włącznie nie mając pojęcia o tym, że czas między konkurencjami pracuje na moją niekorzyść. Łezka się w oku kręci, jak sobie o tym przypominam. Odżywki, izotoniki na trasie? Najwyżej woda z glukozą albo z sokiem owocowym, kawałki jabłek i tym podobne. Pojawiały się już wtedy proszki rozpuszczane w wodzie typu Isostar, z zakładu w Kutnie jak się nie mylę, ale ja ich nie używałem.

 

strezniok1

 

W 1987 roku zaliczyłem jeszcze fajną imprezę triathlonową w Warszawie: Triathlon Warszawski o Puchar Naczelnika Miasta i Gminy Góra Kalwaria. Impreza kameralna – 25 startujących, ale bardzo udana, miałem okazję poznać na niej Pana Jurka Górskiego. Przypominam sobie, że pływanie odbyło się w Jeziorku Czerniakowskim, a trasa rowerowa oraz biegowa to już rejony Góry Kalwarii. Na zawody przyjechałem z Katowic późnym wieczorem i błądziłem na rowerze z plecakiem przez pół Warszawy, aby znaleźć umówioną kwaterę na Czerniakowie, gdzie dotarłem totalnie wykończony oraz odwodniony około północy. Rano podczas pływania łapały mnie z tego powodu co chwila kurcze w łydkach, ale po ponad 50–ciu minutach udało mi się jakoś dotrwać do końca. O taperingu czy carboloading nie miałem wtedy zielonego pojęcia, na szczęście organizm był młody i te moje fanaberie dzielnie znosił.

 

{gallery}strezniok1{/gallery}

 

Moje trzecie zawody triathlonowe to start w Triathlonie Książąt Pomorskich w Szczecinie 10.07.1988 na jeziorze Głębokie. Wystartowało nas wtedy 66 zawodników a ja z czasem 6:26:16 zająłem 61 miejsce. W tym roku w Gdyni wykręciłem czas 6:11. Progresja na przestrzeni tych lat jest jednak widoczna, ale o tym może innym razem. Na 34 miejscu uplasował się wtedy Pan Jan Nowak ze Szczecina, rocznik 1931. Z Panem Janem wiąże się taka mała anegdota. Jadąc po zawodach w tramwaju z całym ekwipunkiem oraz sprzętem, wdałem się z nim w rozmowę i od słowa do słowa okazało się, że czeka mnie jako biednego wtedy żaka nocowanie na dworcu w Szczecinie, gdyż mój następny pociąg na Śląsk był w godzinach rannych. Pan Jan, znając mnie od paru minut,  spontanicznie zaproponował mi nocleg u siebie w domu, gdzie spędziłem wspaniały wieczór w kręgu jego rodziny. Już wtedy przekonałem się, że triathloniści to fajni ludzie, może trochę zwariowani, ale wspaniali.

 

strezniok3

 

Mój ostatni Triathlon z tego okresu to III Mistrzostwa Polski w Poznaniu w 1989 roku (25.06.1989). Tym razem punktem startu było malownicze Jezioro Rusałka. Temperatura powietrza: prawie 40 stopni, tylko pływanie było w tym dniu przyjemne, reszta to była męka. Podczas części biegowej, wokół jeziora, ludzie wypoczywający tam z dziećmi polewali nas wodą z jeziora, którą czerpali w takich małych, dziecięcych wiaderkach. Zadziwiające, jakie szczegóły pozostają nam czasem w pamięci. Dzięki tej ochłodzie udało mi się jednak wtedy te zawody ukończyć. Lata między rokiem 1989 oraz 2011 spędziłem w całości w Niemczech, biorąc okazjonalnie udzial w imprezach triathlonowych oraz biegowych (min. Roth, Heidelberg, Ladenburg, Luxemburg itd.). Równolegle do triathlonu uprawiałem również karate (Kyokushinkai), gdzie miałem zdecydowanie lepsze wyniki aniżeli w triathlonie. Po kontuzji ręki oraz stawu barkowego w roku 2011 zakończyłem moją ”karierę” w karate. Od tego też roku mieszkam znowu w Polsce, w moim rodzinnym mieście Tarnowskie Góry. Zawodowo zajmuję się tekstem reklamowym (w jęz. niemieckim), piszę również artykuły związane z szeroko pojętą tematyką fitness dla niemieckich czasopism. Wracam powoli do triathlonu, moim skromnym celem jest czas w granicach 5:30 do 5:45 na Ironman 70.3 Gdynia w przyszłym roku, w AT Team jestem od maja tego roku i bardzo mi się u Was podoba. Do zobaczenia na trasie!  

 

darek s

5 KOMENTARZE

  1. Fajnie jest poczytać jak to kiedyś było. Na Silesiaman miałam okazję się z Panem ścigać. Na pierwszym okrążeniu biegu, prawie skrobałam Panu marchewki:) ale z metra na metr ja zostawałam w tyle, choć w zasięgu wzroku:) Szkoda, że nie udało się porozmawiać. Do zobaczenia na kolejnych zawodach.

  2. Zwroccie jeszcze prosze uwage na moj jednorazowy stroj na pierwszym zdjeciu (czarno-biale): Opaska na glowie wykonana z bandazu elastycznego, zwykly podkoszulek na ramiaczkach oraz – wisienka na torcie – spodenki kolarskie zrobione na drutach wlasnorecznie przez moja Mame (z wszyta wkladka z irchy, a jak), a zeby nie spadaly, dorobilem wlasnym sumptem „szelki” ze zwyklej gumy majtkowej :))) To byly czasy, dzisiaj wszystko jakos tak za latwo przychodzi 😉

  3. Super…i dziekuje. To między innymi dzieki takim zapaleńcom jak ty mozemy teraz realizować dalej swoją pasje. Do zobaczenia na trasie:):):)

  4. Uwielbiam takie historie! Gratuluję poczucia humoru i wytrwałości. Jurek Górski mi opowiadał, że w pionierskich czasach triathlonu w Polsce w T1 zawodnicy mieli miski z wodą do obmycia nóg i ręczniczki. Myślałem, że Jurek trochę koloryzuje, ale epizod z prysznicem (dwukrotnym!) przebija historię z miską.
    Pomysł dla Ojca Dyrektora – warto by zebrać takie wspominki pionierów/prekursorów i wydać w oddzielnej książce. Jeśli potrzebujesz współpracownika to deklaruję pomoc.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here