Hero of the heroes!

1
25

27 sierpnia 2011 był dniem, który na długo zapadnie w mojej pamięci. Takiej dawki, tak skrajnie różnych emocji, jeszcze chyba nie miałem. Wszystko to za sprawą wydarzeń, jakie spotkały mnie podczas Mistrzostw Polski w Crosstriathlonie w Ostrzycach, gdzie broniłem tytułu Mistrza Polski zdobytego przed rokiem. Start ten był też finałem całego cyklu MTB WHEELER TRIATHLON TOUR, którego byłem liderem. Moim największym rywalem był Przemysław Szymanowski. Nasza rywalizacja w tym roku była dość szczególna. By to zrozumieć trzeba spojrzeć nieco na sezon 2011. Mistrzostwa Polski Crossduathlon – Przemek zdobywa złoto, wygrywając ze mną na końcówce biegu, identycznie Puchar Polski W Środzie Wielkopolskiej. Crosstriathlon Wałcz – tym razem to ja triumfuję, co daje mi prowadzenie w cyklu Triathlon Tour. Mistrzostwa Polski w sprincie – znów Przemek, ja 4 bez Medalu. Płock, drugi z cyklu Crosstriathlonów – moja wygrana. MP w Górznie na dystansie Olimpijskim także dla mnie (ale miejsce 4 – bez medalu). Puchar Polski w Konopiskach – Przemek ogrywa mnie na końcówce biegu. Olsztyn (3 start cyklu MTB), tym razem po drobnych problemach z rowerem, kończę jako drugi, za Przemkiem. MP Aquathlon Gdynia – 500 m przed metą złoto zabiera mi Przemek… w końcu przyszły Ostrzyce.

 

Był to start typu „zwycięzca bierze wszystko”, bo w zasadzie liczyła się już tylko nasza dwójka. Stawka była duża: 3 tys zł za Wygranie Cyklu, 1.5 tys zł za Mistrza Polski, rower górski wart 5 tys. złotych + nagrody za kategorię wiekową. Po przegranej w Olsztynie stwierdziłem, że tym razem wygram, Crosstriathlon to przecież mój konik. Trenowałem bardzo ciężko. Rano basen, potem rower górski, w południe bieg, wieczorem jak miałem siły to jeszcze raz rower górski i siłownia przed pójściem spać. I tak dzień w dzień. Przeszedł wreszcie moment startu. Cel był jeden – WYGRAĆ. Taktyka – prosta, urwać się Przemkowi w wodzie, powiększyć przewagę ile się da na rowerze i już spokojnie kontrolować sytuacje na biegu.  Pierwszego małego pecha miałem wchodząc do wody, podkręciłem lekko kostkę, ale działanie adrenaliny i zimnej wody sprawiło, że szybko o tym zapomniałem (za to na drugi dzień pojawiła się opuchlizna i prawie nie mogłem chodzić).

{gallery}hero_f{/gallery}

Po pierwszym okrążeniu mój największy rywal był blisko, ale widziałem, że stracił parę metrów, „zgubił moje nogi”, to spowodowało, że jeszcze bardziej przyśpieszyłem. Wbiegając do boksu rowerowego miałem 15 sekund przewagi. Czy wystarczy??? Musi wystarczyć! Wsiadłem na rower i zacząłem jechać najmocniej jak potrafiłem. Nie oglądałem się do tyłu, jedynie po większych zakrętach, po których wychodziło się na prostą, kątem oka starałem się dostrzec jakiś ruch za mną w oddali, ale było całkowicie pusto. Po przejechaniu pierwszej pętli wsłuchiwałem się w głos komentatora, jadąc  liczyłem po cichu sekundy i wyczekiwałem, kiedy usłyszę jakąś informacje o Przemku. Głos komentatora stawał się coraz cichszy, a ja doliczyłem już do 60. Czy to możliwe? Może czegoś nie dosłyszałem, ale jeśli faktycznie się nie mylę, to mam już co najmniej minutę przewagi i to po pierwszym okrążeniu. Było wspaniale i jak się później okazało moja przewaga wynosiła półtorej minuty.

 

Sytuacja, w której wszystko idzie zgodnie z planem uskrzydla, ból znika, nagle odkrywa się nowe pokłady energii, wpada się w euforię, a w żyłach szaleją endorfiny. Nie chciałem spocząć na laurach, jeszcze przyśpieszyłem…tyle razy przegrałem w tym roku z Przemkiem i to przeważnie w końcówce, ale dziś jest ten dzień! Zrewanżuję się raz, a dobrze i to w jakim stylu… no i te nagrody…  kupię nowy pulsometr, pojadę z żoną i synkiem do Turcji na zawody w Alanii i już na pewno zostaniemy tam na drugi tydzień; wygrany, nowy rower – od mojego gorszy, sprzedać, zostawić na treningi, a może przełożyć do mojego części, które będą lepsze? Uda się, dziś się uda! Tyle pracy, ale było warto, trenerzy będą ze mnie dumni, zrobię na rowerze nie minutę, a 5 minut przewagi i już nikt mi nie zarzuci na żadnym forum, że nie umiem jeździć na rowerze.

 

W głowie miałem miliard myśli, a każda jedna dodawała mi sił. Mijałem co chwila zdublowanych zawodników, bawiłem się w jak najszybsze doganianie ich. Jednemu ze dublowanych zawodników udało się na płaskim odcinku wskoczyć mi na koło, ale to przecież nie istotne, jadę. Ostry zjazd, lekkie dohamowanie na końcu, zaraz skręt w lewo i znów rozkręcenie. Składam się w zakręt i nagle czuję jakby ktoś mnie szarpnął, kopnął w tylne koło. Czas nagle stanął w miejscu, a każda sekunda trwała minutę. Jadący za mną „dubel” zahaczył moją tylna przerzutkę, dociskając ją do szprych, odbił w bok i pojechał, a ja w zwolnionym tempie widziałem jak rozpędzone, tylne koło zasysa przerzutkę, jak zaczyna powoli ją mielić, jak pęka wózek, gnie się łańcuch, łamie hak, strzelają kolejne szprychy.

{gallery}fp1{/gallery} 

W tym momencie czułem się trochę jak w kinie – niby wdziałem co się dzieje, byłem zaangażowany w cała akcję, ale przecież to tylko film, to się nie dzieje naprawdę. Zsiadłem z roweru, a w głowie miałem promyczek nadziei, może jeszcze naprawię, może to tylko koło, dojadę do końca pętli zmienię koło, jeszcze wygram. Nadzieja prysła jednak błyskawicznie, jak mydlana bańka, podobnie jak moje wcześniejsze marzenia. Rower był w strzępach. Instynktownie nacisnąłem stoper. Pierwsza myśl: „Idź do mety”. No tak, ale co dalej? Mijają mnie kolejni zawodnicy. Z każdą upływającą sekundą docierała do mnie rzeczywistość i robiła to w sposób mało subtelny, niczym uderzenia młotkiem w głowę. To miał być mój dzień, przecież już praktycznie wygrałem, tyle pracy, tyle treningów, tyle wyrzeczeń, inwestycja w rower, walka przez cały cykl i przegrana w taki sposób. Przynajmniej będę drugi… zaraz, zaraz! „Nic nie będę!”. Nie przegrywam tylko dziś. Jeżeli nie ukończę – przegram cały cykl, nie tylko zwycięstwo, ale wszystko. Według formuły zawodów liczą się 4 starty. Nie ukończysz jednego, spadasz w rankingu na łeb na szyję. Tego pecha jest za wiele. Rok temu złamałem w czasie tego cyklu rękę, tydzień temu straciliśmy medal drużynowy, bo na ostatniej zmianie nasz zawodnik zerwał łańcuch, moja najlepsza zawodniczka na obozie zderzyła się z drugą najlepszą, przez co obie straciły sezon. Wszystkie moje jasne myśli zastąpiły te najczarniejsze z czarnych, a z mojej pamięci wypełzały same bolesne wspomnienia, jedno po drugim.

 

Jednak najbardziej bolesny był włączony zaraz po wypadku stoper, jedynym pocieszeniem była myśl, że może i tak bym nie wygrał, jednak stoper tę nadzieję zabił. Gdy mijał mnie Przemek zegarek pokazywał już 3 minuty. Przemek krzyknął kilkukrotnie: Nie, Nie, nie! Nie cieszył się z mojego pecha. Chciał wygrać tak samo mocno jak ja, ale nie w taki sposób. W tym momencie było to dla mnie  jedyne pocieszenie. Szedłem w stronę mety, nie płakałem, po prostu nie byłem wstanie, wszedłem na wyższy poziom rozpaczy, gdzie łzy już niczego nie koją. Krzyczałem z całych sił Nieeeeeeeeeeeee, Nieeeeeeeeeeeeee, Nieeeeeeeeeeeee! Gardło bolało mnie potem jeszcze dwa dni, ale była to jedyna racjonalna forma ujścia emocji, bo w mojej głowie skrywały się znacznie czarniejsze rozwiązania. W takich momentach jest się złym na cały świat, wszystkich i wszystko, chce się skopać rower i zniszczyć go do reszty, jest złość na organizatora, zawodnika, który spowodował kolizje, na innych zawodników za to, że oni jadą, a ty nie. Gdy już się godziłem z myślą, że wszystko stracone nagle stało się coś, czego naprawdę się nie spodziewałem.

 

Jeden z zawodników zatrzymał się. Nie znałem go z imienia i nazwiska. Dopiero na mecie dowiedziałem się, że za numerem 35 kryje się Marek Jasik. Zapytał co się stało i czy można jakoś pomóc. Cieszyłem się, że ktoś się zainteresował, ale spojrzałem na mój sprzęt i powiedziałem, że już się nic nie da zrobić, rower zdewastowany. Myślałem, że powie szkoda, nie łam się, będzie dobrze i pojedzie dalej, ale on spojrzał na mnie i rzekł: to weź mój. Nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Już miałem jechać, ale nagle dostrzegłem, że moje buty kolarskie nie pasują do pedałów Marka. Wtedy do roweru dostałem jeszcze jego buty. Były na mnie za duże o dwa rozmiary, rower był naprawdę dobry, ale ustawiony zupełnie nie pode mnie. To wszystko nie było istotne. Wracałem do gry, chciałem dojechać do końca, musiałem dojechać do końca. O wygranej nie było już mowy, ale była szansa obronić chociaż drugie miejsce w całym cyklu. Poza tym nie mogłem zmarnować tego, co zrobił dla mnie Marek. W momencie gdy wróciłem na trasę, emocjonalnie byłem wymieszany jak koktajl, załamany i szczęśliwy zarazem. Marka spotkałem na trasie jeszcze dwa razy, gdy na trzeciej pętli szedł z moim rowerem i podał mi bidon, który został przy moim sprzęcie. Było bardzo gorąco, a ja nie miałem nic do picia. Można powiedzieć, że tym samym już drugi raz mnie uratował. Trzeci raz spotkaliśmy się w boksie podczas zmiany na bieg. Marek czekał tam aż zakończę cześć kolarską, po czym wziął z powrotem swój rower i wrócił na trasę dokończyć to, co przerwał kiedy mi pomagał. Niesamowity człowiek! Zaskoczył mnie trzykrotnie w ciągu jednych zawodów. Ostatecznie ukończyłem start na czwartym miejscu. Na mecie czekał już Przemek, widział, że targają mną emocje, zwłaszcza złość na sprawcę wypadku.

{gallery}fp2{/gallery}
Podszedł do mnie i powiedział, „Nie martw się, dziś byś wygrał, więc bądź jak mistrz i weź to na klatę”. Pomogło i to bardzo. Zaraz po Przemku podeszła moja żona z niespełna rocznym synkiem, ten przykleił mi się do nogi wyciągnął łapki, żeby go podnieść i się przytulił… wystarczyło. Odzyskałem spokój i równowagę. Niektórzy twierdzą, że żona, dziecko przeszkadzają sportowcowi w treningach… cóż nie zawsze jest lekko, ale w takich momentach są niezastąpieni. W Ostrzycach jeszcze jednym trudnym momentem dla mnie była dekoracja i widok, tego co mi uciekło, ale widziałem też Przemka i jego radość z nagród i wszystko to sprawiło, że jednak nie czuje się przegrany. Spotkała mnie tragedia, ale i wielka ludzka życzliwość. Z Ostrzyc wracam o wiele silniejszy. Nieraz zawodników, których szkolę, spotykały kontuzje i awarie sprzętu. Pocieszałem ich, mówiąc, iż tak jest w sporcie i pokazywałem przykłady z mojej własnej kariery – teraz mam kolejny do kolekcji. Takie doświadczenia dają też motywację do jeszcze cięższej pracy. Gdy zimną jest plucha, ciemno, pada, a jest trening do wykonania, na który za nic nie chce się iść, to powracają właśnie takie wspomnienia i kłują jak szpilka: „Pamiętasz jak przegrałeś, pamiętasz? I co? Nadal planujesz odpuścić dzisiejsze zadanie?”

{gallery}fp3{/gallery}

Nie, nie planuję. Ubieram się i idę robić to, co do mnie należy. Czasami trzeba tysiąc razy przegrać, żeby raz wygrać, ale wtedy ta wygrana ma naprawdę smak. Moją rywalizację z Przemkiem uznaliśmy za nierozstrzygniętą i zapewne wrócimy do niej za rok. W drodze powrotnej z Ostrzyc zrobiliśmy sobie jeszcze małą rodzinną wycieczkę, zwiedziliśmy między innymi „Dom do góry nogami”. Po powrocie do domu zrobiłem jeszcze jedną, ale bardzo ważną rzecz, która w takich chwilach jest niezbędną, by się nie podłamać i znów chcieć walczyć: włączyłem komputer, przejrzałem kalendarze startowe, duathlony, triathlony, biegi uliczne… i postawiłem sobie kolejne cele. Już w poniedziałek wróciłem do regularnego treningu.

1 KOMENTARZ

  1. Zgadzam się z Łukaszem Grassem – to najlepszy opis zmagań sportowca, jaki czytałem w ostatnich latach. Jest w nim wszystko, emocje, tragedia, wzruszenie, radość! Ogromny szacunek dla Marka. Po tym tekście chylę czoła Filipowi i dumny jestem że mogłem rywalizować w Płocku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here