Indoor – tak też można

6

W sobotę 28 lutego miałem okazję uczestniczyć w zawodach Triathlon In Da House w Gdańskiej Alchemii. Start w biurowcu gdzie na co dzień pracuje kilkaset osób, w którym znajduje się 25 metrowy basen i sala sportowa z siłownia, był odświeżającym oderwaniem od monotonii zimowych treningów.

 

Na zawody zapisałem się dwa tygodnie wcześniej. Od jakiegoś czasu byłem chory i treningi ograniczałem tylko do moralnego minimum. Nic mi nie dawały, a moje tempo tlenowe spadło o 30%. Byłem pewny, że skoro już zapisałem się na start, organizm od razu wróci do równowagi. Rozpisałem sobie bardzo precyzyjnie dwa tygodnie treningów w sposób, który miał pomóc mi wrócić do gry. Niestety choroba nie odpuszczała, więc ostatecznie poległem na polu walki i uległem lekarzowi, który pierwszy raz od 5 lat wcisnął we mnie antybioryk. Byłem załamany swoją formą, stanem fizycznym, a psychicznie nie byłem w stanie zaakceptować trucia ustroju ohydną chemią. Ostatnią dawkę leku przyjąłem w poniedziałek, stanąłem na nogi i od razu rzuciłem się do wypełnienia skróconego – 5 dniowego planu treningowego przed startem. Z dnia na dzień czułem jak wracam do tempa, pulsu i radości z treningu.

 

Wydarzenia, których byłem uczestnikiem w ostatniej serii startowej przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Planowo wyszedłem z wody, choć czułem niedosyt z powodu zbyt dużej świeżości po tej konkurencji. Mogłem mocniej i z perspektywy czasu żałuję, że nie zaryzykowałem. Zresztą praktycznie cały start miałem spory dystans do swoich możliwości spowodowany przebytą chorobą. Dopiero na ostatnim kilometrze biegu mój puls zaczął wskazywać, że dystans to sprint. Rower ewidentnie mi nie przeszkadzał. Nie wiem, czy to kwestia sprzętu, czy wytrenowania. Z boku wyglądało, jakby niektórym strasznie ciężko szło pedałowanie i to niekoniecznie przez zakwasy, przetrenowanie, czy słabą formę. Ale to tylko moje subiektywne zdanie … Bieg już bardzo wymierny, każdy w swoim najlepszym tempie. Na koniec sprint do bramy oznaczającej metę i dziki uścisk mojej 6 letniej córeczki. W sumie całkiem niezły czas i wynik jak na okoliczności, bo przegrałem tylko z zawodnikami „PRO’.

 

Triathlon zimą pod dachem to super zabawa. Szczególnie rozgrywany w konwencji bez zatrzymywania czasu, z normalną strefą zmian i dodatkowo z metą z prawdziwego zdarzenia. Zawody pod względem praktycznym bardzo niewiele różniły się od tych klasycznynie „outdoor’owych’. Dały możliwość sprawdzenia się w warunkach bojowych i odpowiedzi na pytanie, gdzie jestem w przygotowaniach do sezonu i co trzeba dalej dopracować. Pewnie niektórym pozwoliły też „skapitalizować’ pracę wykonaną od listopada i wypełnić serce optymizmem w kontekście przyszłości. Wreszcie doping kibiców i ich bliskość – zupełnie inny wymiar wysiłku. Moja 6 letnia Tosia przez cały odcinek biegu krzyczała jak oszalała, bo stała pół metra ode mnie i przeżywała każdą wspólną sekundę wysiłku.

6 KOMENTARZE

  1. Gratulacje Radek! Żałuję, że mnie nie było 🙂 tym bardziej, że moje tętno tlenowe na pewno spadło o 30% w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku 😉 Forma idzie! Trzymam kciuki, żeby przyszła nie za wcześnie, a idealnie w punkt najważniejszych zawodów.

  2. Panowie Radek i Marcin są wymownym przykładem nie tylko wykorzystywania zawodowych umiejętności na sobie ale i ich posiadania. Gratulacje i podziw !

  3. Super wynik Radek! Brawo! Warto zauważyć, że pokonałeś samego Wanię, no no, ogień pasztetowa niedowierzanie;)))

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here