„Ludzie triathlonu” – Andrzej Szołowski, ojciec wielu sukcesów.

3
4

W życiu spotyka się niewielu ludzi, którzy niemal diametralnie potrafią wpłynąć na nasze myślenie i ukierunkować nasze pasje. Gdy zaczynałem przygodę z triathlonem, moim jedynym „guru” były artykuły internetowe, oczywiście jeszcze wtedy tylko zagraniczne. Bardzo polubiłem rywalizacje w trzech dyscyplinach, na tyle, by na domowym podwórku otworzyć mały klub, który pomógłby młodym ludziom mierzyć się nie tyle z triathlonem, co własnymi słabościami. Wiele rzeczy, zwłaszcza organizacyjnych, robiłem na wyczucie. Nie wiedziałem, co robię dobrze, a co jest dobre jedynie ze względu na intencje. Potem kurs instruktora triathlonu i spotkanie z człowiekiem, który utwierdził mnie w przekonaniu, że to, co robię – jakkolwiek robię – jest warte wysiłku. Andrzej Szołowski, autor sukcesu wielu sportowców, a także wielu cytatów, które mam zapisane w swoim dzienniczku treningowym. „Najpierw trzeba wychować człowieka, a potem zawodnika”, czy „Jeśli już się w czymś jest, to nie wypada tylko narzekać, ale trzeba przede wszystkim próbować naprawiać” – to tylko dwa z tych, które przypominają mi, po co triathlon znalazł się w moim życiu i ja w triathlonie. Nigdy nie będę nawet półprofesjonalnym triathlonistą, ani wybitnym trenerem. Mam jednak nadzieję, że dzięki radom i wskazówkom Andrzeja, zarówno ja, jak i wielu mi podobnym, uda mi się cokolwiek naprawić i być „człowiekiem”.

Tyle tytułem trochę osobistego wstępu – bardzo ograniczonego tylko do najważniejszych kwestii o facecie, którego ze względu na zamiłowanie do spikerki i nart, można śmiało nazwać SHOWowSKI. Nie będę już rozpisywał się o poczuciu humoru Andrzeja, godzinach wiekowych filmów zgrywanych z VHS,  które oglądaliśmy, grze w koszykówkę (jedyne w czym jeszcze mogę nawiązać rywalizację z bohaterem artykułu), opowieściach o tym, jak w swoim bardzo pracowitym i zorganizowanym życiu docenia wsparcie  żony, czy o świniaku jako nagrodzie za zwycięstwo w zawodach. Zapraszam do przeczytania wywiadu z człowiekiem, którego nie tylko ja mogę śmiało nazwać swoim guru i mentorem. A poza tym, liczba jego….kochanek jest imponująca i jako młodszy kolega, bardzo mu zazdroszczę…

Andrzej Piotr Szołowski urodził się w 1949 roku w Kielcach, które od 1974 roku są jego domem. W latach szkolnych mieszkał w Białaczowie, blisko Opoczna. Studiował na WSWF w Gdańsku.  Jest trenerem klasy mistrzowskiej lekkiej atletyki, instruktorem pływania, triathlonu, judo, narciarstwa zjazdowego oraz sternikiem żeglarskim i motorowodnym. W multisporcie, jako trener, zdobył około 230 medali Mistrzostw Polski! Na arenie międzynarodowej pomógł naszym zawodnikom zdobywać krążki na Mistrzostwach Świata i Europy w duathlonie oraz na Akademickich Mistrzostwach Świata w triathlonie. Co więcej, również w lekkoatletyce jego podopieczni  wywalczyli aż 26 medali Mistrzostw Polski oraz jeden medal Mistrzostw Europy seniorów. Pracuje jako Starszy Wykładowca na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach od 1974 roku.  Wiceprezes Towarzystwa Sportowego Akwedukt Kielce od 1995 roku.  Dzisiaj również  odpowiada za przygotowanie kondycyjne  piłkarzy Korony Kielce, którzy miedzy innymi pod jego kierunkiem zajmowali czołowe miejsca w rywalizacji ligowej i pucharowej. Jego pasje to narciarstwo zjazdowe, żeglarstwo oraz spikerka. Jak już pisano o nim wcześniej, Andrzej to przede wszystkim człowiek, który lubi ludzi…

 

Moje dl. wlosy - 1

Ludwik Sikorski: Twoje dzieciństwo – mogę się założyć, że sporo czasu poświęcałeś na sport…
Andrzej Szołowski: Moje dzieciństwo to w większości zabawa i sport, a wszystko to za sprawą fantastycznych, prawdziwych nauczycieli wychowania fizycznego, którzy poświęcali dla nas czas całymi popołudniami. Nieustanne wyścigi rowerowe – każdy chciał zostać Królakiem, Szozdą czy Szurkowskim. Biegi w parku, mecze w hokeja na lodzie na łyżwach i na… butach. Wraz z rówieśnikami organizowaliśmy sobie turnieje siatkówki, a mój tata wybudował mi boisko do piłki siatkowej przed domem. Chciał mnie mieć „na oku”. Pamiętam, że jako jedyny wtedy  miałem prawdziwą piłkę do siatkówki. Na pływanie chodziliśmy nad pobliską rzekę, gdzie  w przerwach graliśmy również w piłkę nożną. To właśnie sport wypełniał mi całe dnie. No a wieczorami, jeśli mieliśmy siłę, to się trochę pouczyliśmy i  oglądaliśmy Bonanzę, Zorro i graliśmy w karty. Wtedy nie było komputerów i w związku z tym większość czasu spędzaliśmy aktywnie i poza domem.

Triathlon. Jakbyś zdefiniował ten sport?
Magiczny, dla poukładanych twardzieli, pozytywnie nakręconych, a w sumie możliwy do uprawiania przez każdego,  co widać już po ogromnej ilości startujących w Polsce i na świecie. Początkowo dla wielu wydawał się być czymś nie do zrobienia. Pamiętam, jak kiedyś mój zawodnik, Dawid  Zaraś  (a był to początek lat  90-tych) tak relacjonował Markowi Kalwatowi swoje  wyobrażenie o zawodnikach uprawiających triathlon: „Ja myślałem że to są ludzie mający 2 metry wzrostu, stopę nr 50, a ręce do kolan. Tacy „drwale”!  A tu widzę zawodników ok. 170-180cm, szczupłych i po prostu… normalnych”.

Kiedy „zaprzyjaźniłeś się” z tri?
Wyczytałem w prasie lokalnej, a to był chyba rok 1990, że w Kielcach organizują triathlon. Namówiłem na start moich zawodników,  lekkoatletę Marka Kalwata i jeszcze trzech innych. Dystanse były dość specyficzne: 1000m pływania w basenie, 38 kilometrów jazdy rowerem  i 7 kilometrów biegu. To wszystko bez przygotowania, na „przypadkowych” rowerach , w ciuchach kupionych od „Ruskich”.  Wszyscy ukończyliśmy, a Marek Kalwat był drugi i ja również drugi w swojej kategorii. To nas nakręciło. Zbieraliśmy wiedzę, kupowaliśmy lepszy sprzęt (znów od „Ruskich”) i za rok Kalwat wygrał, a ja poprawiłem swój wynik na tej samej trasie o 30 minut.

Co przekonało cię do tej dyscypliny?
Magia, o której już wspomniałem, celebrowanie treningiem. Wszystko, co osiągasz, zawdzięczasz swojej ciężkiej pracy. Poza tym na zawodach spotykasz się z ciekawymi, przyjaznymi ludźmi, rywalami, którzy szanują się nawzajem.

Czy oprócz pierwszych startów, brałeś jeszcze udział w triathlonach?
Jeszcze w VIPach na zawodach u Jurka Górskiego. Były to super sprinty i nie pamiętam dokładnie dystansów, ale ok. 100m pływania, 4km na rowerze i 1km biegu. Jak widać triathlonu spróbowałem na własnej skórze, ale początkowo koncentrowałem się na duathlonie. Prawie całą Europę zjeździliśmy z Markiem Kalwatem  i innymi. Uczyłem się duathlonu, a po rozpoczęciu współpracy z Kasią Gorlowską (żona wspomnianego wcześniej Dawida Zarasia ) na dobre zająłem się trenowaniem triathlonu. Przypomnę, że to Kasia, jako chyba jedyna w tamtych latach, pokonała na Mistrzostwach Polski w Suszu przyszłą olimpijkę Ewę Dederko.  W zasadzie dla mnie triathlon to trenerka.

Klub Akwedukt Kielce – czy można go uznać za Twoje „nieślubne dziecko”?
To był w sumie przypadek. To, że wyczytałem w gazecie o triathlonie, to, że namówiłem lekkoatletów do startu, to, że sam spróbowałem, to, że lubię wyzwania, to, że niektórzy mówili, że się nie da, to, że namówiłem Marka Kalwata, pierwszego zawodnika dla którego powołaliśmy Towarzystwo Sportowe Akwedukt Kielce, aby móc funkcjonować w systemach sportu no i to, że Pan Leszek Wrona, przyszły prezes Akweduktu, jak zobaczył i usłyszał takich dwóch zakręconych gości ( Kalwat i Szołowski), dołączył do nas. Zaczął nas wspierać finansowo i robi to do dziś. Dało to możliwość rozwoju mnie i moim przyszłym zawodnikom.

 

DSC01004

Jaką rolę odegrał triathlon w budowaniu relacji ojca z synem?
Lubię twardzieli, ludzi, którzy wiedzą czego chcą, przewidywalnych w realizacji treningów. Filip potrafił rozgraniczyć , kiedy jestem ojcem, a kiedy trenerem. Było ciężko, bo do łatwych charakterów nie należę. Ale się udało! No może z lekkim niedosytem, że nie udało się Filipowi zostać Olimpijczykiem. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby mieć pasję, być Człowiekiem i oprócz sportu dostrzegać jeszcze inne kwestie. Być ciekawym życia.

Z  Synem, Filipem Szołowskim, zawsze miałem poprawne relacje. Ja mu podstępnie(najpierw przez 3 lata pływał ) wymyśliłem ten triathlon, który bezgranicznie zaakceptował. Mogę śmiało stwierdzić, że dla niego oddał serce, nauczył się walki, pokory.  Pisanie dzienniczków treningowych, które na początku były mu „nie w smak” pozwoliło mu  na analizę  tego, co robiliśmy i można powiedzieć, że świadomie brał udział w procesie treningowym. Polubił fizjologię. Jego dwie prace licencjackie i jedna magisterska to właśnie prace z fizjologii. Język angielski szlifował startując na całym świecie w zawodach o Mistrzostwo Świata i Europy oraz w rywalizacji Pucharowej i biorąc udział z obozach między innymi w Australii, RPA i innych krajach. Byłem jego trenerem od początku do końca jego kariery. No i oczywiście duży wkład w to wszystko miał również Pan trener Piotr Netter , który prowadził Filipa w kadrze.

Czy pamiętasz jakąś specyficzną, śmieszną triathlonową sytuację z Tobą i Filipem?
W dniu matury jak zwykle przyszedł na trening na godzinę 6:00. Zapytałem: „Filip, czy ty czasem dziś nie masz matury z polskiego?”. On ze spokojem odparł: „Ale to dopiero o 9.00!”.

Obecnie Filip jest trenerem. Czy przychodzi do ojca po jakieś rady?
 Dużo rozmawiamy, nie tylko o trenerce. Ale najistotniejsze jest to, że nauczył się sam podejmować ważne dla siebie decyzje, a czy jest tam jakiś procent tego, co ja o nich sadzę,  to już trzeba by spytać Filipa.

Czy myślisz, że Filip będzie lepszym trenerem aniżeli był zawodnikiem?
Czas pokaże. Na tę chwilę robi to bardzo dobrze, z ogromnym wyczuciem i zaangażowaniem. Bardzo dobrze sprawdził się również  w roli organizatora zawodów.

A czy będzie lepszym trenerem niż jego ojciec?
Na moje wszystkie osiągnięcia z lekkiej atletyki, piłki nożnej i triathlonu, duathlonu, poświęciłem 40 lat pracy. Myślę że  Filip ma jeszcze wiele do zrobienia no i oczywiście życzę mu bardzo, aby był lepszym trenerem niż ja. Najlepszą wizytówką trenera są wyniki jego podopiecznych!

 

filip szolowski LPT

W rozmowach prywatnych zawsze chwaliłeś się swoją żoną. Jaką rolę odegrała w życiu trenera Andrzeja i zawodnika Filipa?
To jest wspaniała kobieta, także wuefistka  – zresztą my wszyscy jesteśmy po studiach WF.W młodości uprawiała łyżwiarstwo szybkie,  obecnie  2 razy tygodniowo chodzi na stepy, 2-3 razy biega, również na nartach biegowych. Poza tym pływa, tylko na razie nie wystartowała w triathlonie. Była i jest naszym najwierniejszym kibicem.  Te obiadki na których Filip tak dobrze startował to zasługa  Mamy Ewy. To co w tym najważniejsze, to fakt, że potrafiła zawsze łagodzić wszystkie napięcia pomiędzy Filipem zawodnikiem, a Andrzejem, ojcem, trenerem. Zawsze z szacunkiem i ogromną wyrozumiałością  odnosiła się do moich pasji życiowych, które ja nazywałem „kochankami”. A miałem ich kilka: lekkoatletyka, triathlon, żeglarstwo, narciarstwo i  umiłowany zawód trenera.

Twoja córka nie uprawiała triathlonu. Dlaczego?
Marta  wiele lat grała na pianinie, skończyła AWF Kraków, kierunek Turystyka  i Rekreacja. Miała duży potencjał wytrzymałościowy, ale nie wyrażała ochoty na rywalizację. Sport jest oczywiście obecny w jej życiu.  Najbardziej lubi narciarstwo zjazdowe i snowboard. Jest nawet instruktorką tej pierwszej dyscypliny.

Jesteś „maniakiem” nagrywania treningów, zawodów i obozów. Ile godzin tych unikatowych filmików masz na swoim komputerze?
Mam chyba największą udokumentowaną historię polskiego triathlonu od 1993 roku. Nagrywałem  zawody, treningi i obozy, kamerą  VHS (później przegrałem to wszystko na DVD i jest chyba tego 200 Giga, a z piłki nożnej drugie tyle). Z zawodnikami na bieżąco analizowaliśmy zapisy video, wyciągaliśmy wspólnie wnioski i wspominaliśmy to, co już było za nami.

 

W środę druga część rozmowy z Andrzejem Szołowskim, który odpowie m.in. na pytanie, jakie chwile w triathlonie wspomina najlepiej?

3 KOMENTARZE

  1. Moim zdaniem Pan Andrzej dla triathlonu jest tym co Zbigniew Boniek dla piłki nożnej.
    Boniek zabrał się za kruszenie betonu w PZPN, więc kto jak nie Pan będzie lepszym kandydatem na prezesa PZTri ?

  2. Dla mnie Pan Andrzej zawsze był wielki autorytetem, teraz pracuje treningowo z Filipem i bardzo dobrze to wszystko się układa. I zabawna historia: widziałem migawki z kilku filmów o których mowa na końcu artykułu i w środ nich ciekawa migawka: Filip Szołowski ćwiczy na ręcznej roboty Atlasie, a zamiast ciężarków worki z piaskiem 😀 Ojciec Pana Andrzeja zrobił synowi boisku, Pan Andrzej zrobił synowi siłownię, ciekawe co Flip zmontuje dla swojego syna 😀

  3. Ten wywiad mieliśmy w przygotowaniu od dawna. Cieszę się, że Ludwik przysłał mi go dziś – w momencie, kiedy rozpoczęła się „bitwa” o fotel Prezesa PZTri. Nie chciałem „wciskać” się w osobisty komentarz Ludwika, więc pozwolę sobie skomentować ten wywiad tutaj (pierwszą część wywiadu). Andrzej Szołowski nie kandyduje na stanowisko Prezesa, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo…chyba byś mi powiedział Andrzeju, prawda? :-)) A chciałem tylko napisać…tak od siebie, nie jako Ojciec Dyrektor AT, tylko jako skromny triathlonista, że z takich ludzi trzeba brać przykład :), bo są uczciwi i pracowici…jak cholera!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here