„Czas na pierwszy sprawdzian!” – Maciej Dowbor w Olsztynie.

9
3

Strony oficjalne zawodów triathlonowych mają jedną podstawową zaletę…zegar odliczający czas do startu. To pozornie banalne urządzenie w ciężkie zimowe dni trzymało mnie przy życiu (czyt. przy treningach), a ostatnio nieubłaganie przypomina, że rozpoczynamy sezon. Dla mnie to już tylko godziny pozostałe do olimpijki w Olsztynie, gdzie na własnej skórze przekonam się, jaka odległość dzieli jednego z najszybszych triathlonistów na świecie od przeciętniaka w grupie wiekowej 35-39 na poziomie krajowym. Niemniej jednak w najbliższą niedzielę wraz z innymi adeptami triathlonu przyjdzie mi wymoczyć swoje wątłe ciało w zimnych i nieprzyjaznych wodach jeziora Długiego. Po raz pierwszy myśl o części pływackiej podczas zawodów nie napawa mnie nadmiernym optymizmem. W dotychczasowej „karierze” największym problemem, z którym musiałem się mierzyć były saharyjskie upały. Teraz po raz pierwszy zastanawiam się, czy nie przygotować na trasę kolarską ciepłych ciuszków, czapki i termosu z herbatą. Ale dość narzekania.

 

Tak naprawdę jestem cholernie podniecony, bo w końcu doczekałem się pierwszego startu. Uczciwie przyznam, że od kilku tygodni o niczym innym nie myślę, tylko ciągle mam przed oczami ten poranek. Od wielu dni analizuję, czy cały sprzęt już jest skompletowany, czy niczego nie brakuje. Zastanawiam się, jaki rodzaj suplementacji wybrać na zawody, czy biegać w wypasionych, ale cholernie niewygodnych butach startowych, czy może pozostać przyjemnych rozklepanych treningowych kapciach. Niezależnie od moich wewnętrznych rozterek, zegar niebezpiecznie zbliżył się do godziny „0”. Na dodatek przed treningiem pływania przeżyłem kolejny szok. Mój karnet na basen wyświetlił brak środków. Dla wyjaśnienia pod koniec roku wykupiłem pakiet za 1000 złotych. Jest to idealny moment, żeby podsumować ostatnich 6 miesięcy treningów.

Podejrzewam, że każdy na początku stawia sobie jakieś cele, które chce zrealizować przez zimę i liczy na efekty widoczne na zawodach. Ja pierwsze postanowienia zacząłem konstruować jeszcze podczas poprzedniego sezonu, konkretnie w trakcie biegu na połówce w Borównie, kiedy wiedząc, jak blisko jestem granicy 5 godzin i jak bardzo nie mam szans tej bariery złamać tego dnia. Swoją drogą, to chyba jakaś choroba zwana ambicją, bo zamiast się cieszyć z progresu, ja już się zastanawiałem, dlaczego zabrakło mi 45 sekund. Już po ochłonięciu na mecie, po kilkunastu tygodniach przemyśleń, dyskusji i po przeczytaniu niezliczonej ilości artykułów oraz blogów triathlonowych, w końcu spisałem listę postanowień na sezon 2013. Oto właśnie one, z krótkim opisem realizacji:

 

1) Będę w 100% realizował plany treningowe od Piotrka Nettera, zarówno w kwestii objętości jak i dokładności – taaaaak, prawie się udało. A jak wiadomo prawie robi wielką różnicę. Najpierw życie ( czyt.obowiązki plus wrodzone lenistwo ) sprawiło, że z objętością było średnio na jeża, jakieś 80% założeń. Szczególnie ucierpiał rower, bo jajogniot w postaci trenażera podświadomie omijałem szerokim łukiem, a przydługa zima skróciła przygotowania na świeżym powietrzu. Na szczęście im bliżej startu, tym bardziej byłem zmobilizowany. W końcu doszedłem do 100% objętości, a raz nawet wyszedłem przed szereg i zrobiłem trening, którego nie było w rozpisce.

2) Wykonam całe przygotowanie ogólnorozwojowe, gimnastykę siłową, rozciągającą etc. – taaak, na pewno. Tu nawet o prawie nie ma mowy, chyba, że za rozciąganie można uznać trzy skłony na krzyż po bieganiu i zakończone fiaskiem próby dotknięcia rękami palców stóp. O gimnastyce siłowej nawet nie wspomnę, bo za każdym razem znajdowałem sobie jakieś wytłumaczenie, przy którym brak karimaty pod ręką był najmniej absurdalnym.

3) Poprawię technikę biegową – chociaż coś się udało. Z drugiej strony w moim przypadku, co bym nie zrobił, to i tak była poprawa, biorąc pod uwagę, że dotychczas podczas biegu wyglądałem jak siedem nieszczęść. Duża zasługa w tym progresie Ani Jakubczak, która podczas zimowej szarugi przebiegła ze mną Las Kabacki wzdłuż i wszerz. Poprawa techniki i realizacja planów treningowych przełożyły się na wyniki. Ale o tym za moment.

4) Przygotuję się zawczasu sprzętowo – to jeszcze jakoś poszło. W końcu tu nie trzeba się aż tak spinać fizycznie, a jedyne co boli to dusza, kiedy na naszych oczach portfel chudnie jak triathlonista w BPS-sie. Wreszcie dobrałem rower do mojego wzrostu i nie będę czuł się, jakbym dosiadał psa średnich rozmiarów. Ale nie wszystko jest takie proste. Moja wielka stopa to nie lada problem i powód frustracji dostawców sprzętu. Na buty rowerowe do triathlonu czekałem do ostatniej chwili, a na idealne buty biegowe w moim rozmiarze wciąż muszę czekać. Ale i tak jest lepiej niż w zeszłym sezonie.

5) No i najważniejsze. Do startów schudnę i to sporo. Konkretnie z 95 zjadę do 88-86 kg. No cóż. Ze wszystkich wyzwań to okazało się najtrudniejsze. Miłość do słodyczy i wieczornego podjadania wygrała ze zdrowym rozsądkiem i sportową ambicją. Owszem zrzuciłem sporo, ale nie wystarczająco dużo. Poza tym za spadek wagi bardziej odpowiedzialna była ostra infekcja, aniżeli moja ciężka praca. Przez chwilę nawet udało mi się osiągnąć magiczne 88,9 kg zarejestrowane podczas wizyty kontrolnej, ale przyznaję bez bicia, że była to grubymi nićmi szyta mistyfikacja. Na wagę wszedłem na czczo po dwóch treningach, podczas których z premedytacją nie piłem i nie jadłem żeli ani batonów. Ok. Może to ściema, ale satysfakcja z rekordowego wyniku…bezcenna. Ostatecznie w przede dniu pierwszego startu utrzymuję wagę w okolicach 91 kg. A więc raczej umiarkowany sukces.

6) Postawiłem sobie też konkretne cele jeśli chodzi o wyniki. Półmaraton poniżej 1.40 udało się zaliczyć już w marcu i to z dużą rezerwą. Punkt dla mnie. Dyszka dookoła Zoo w Warszawie zrobiona z treningu, a właściwie jako zakładka, bo na start przyjechałem na rowerze, także satysfakcjonująca, chociaż marzy mi się złamanie 40 minut. Wciąż nie wiem, ile mogę popłynąć i jak szybko jeżdżę na rowerze. Na pewno śni mi się złamanie 4.50 w IM 70.3 i musi to nastąpić najpóźniej w Gdyni. Jak nie to chyba…. sam nie wiem, co się stanie.

7) No i cel ostatni, ale niezwykle ważny. Pokonać Grassa w Ełku. Do tego startu zostało jeszcze sporo czasu, ale jutrzejsze zawody w Olsztynie będą preludium do tych wszystkich założeń, których realizacja będzie dowodem na to, że ostatnich 6 miesięcy nie poszło na marne.

 

Na koniec jeszcze takie podsumowanie, które może pozwoli co niektórym porównać obciążenia treningowe. Dzięki sprytnemu urządzeniu mam dokładne statystyki, z których wynika, że od końca grudnia :
-przebiegłem prawie 712 km (70 h treningu)
-przejechałem 860 km (50 h treningu) + średnio 2xgodznina tygodniowo treningów na trenażerze lub na spiningu ( od początku stycznia do połowy kwietnia i w deszczowe dni ciepłego sezonu)
-przepłynąłem 180 km (80 h treningu).

 

To daje w sumie ok. 220 godzin przez 20 tygodni czyli średnio ponad 10 h tygodniowo. Dodam, że od stycznia miałem 3 dni wolne od treningu, nie licząc dziesięciu dni infekcji leczonej antybiotykami, podczas której i tak już od piątego dnia kręciłem na trenażerze, oczywiście po konsultacji z lekarzem. Generalnie od drugiej połowy lutego wykonuję od 10-14 treningów tygodniowo poświęcając na nie mniej więcej 2-3 godzin dziennie, przy czym od czasu kiedy doszedł trening rowerowy, czas zajęć nieco się zwiększył. Żeby nie traciły na moim hobby rodzina i praca, zazwyczaj zaczynam wcześnie rano, czasem nawet przed 6. Drugi, najczęściej krótszy trening staram się wkomponować w okolicach popołudnia lub wieczorem, kiedy moja córka już śpi. I tu pojawia się pytanie, które zresztą ostatnio zostało postawione przez jednego z naszych forumowiczów. Czy to jest jeszcze amatorskie i hobbystyczne uprawianie sportu, czy może już namiastka profesjonalizmu?! Gdzie jest cienka granica między zabawą a wyczynem?!

To temat, z którym mam zamiar rozprawić się już niebawem w moim kolejnym felietonie, na który serdecznie zapraszam. A tymczasem zegar na stronie Olsztyna pokazał magiczny 1 dzień do zawodów. Do zobaczenia na starcie. 

 

P.S. A po starcie z pewnością pojawi się na stronie AT krótka relacja! 

9 KOMENTARZE

  1. Ale widzę pływanie i wiem, że będę musiał mocno pracować na rowerze i biegu. A draftingu nie cierpię…to nie dla mnie. Po pierwsze – bezpieczeństwo, po drugie i najważniejsze – sprawiedliwe ściganie :-))

  2. Nie ma czego gratulować – spójrz na wynik biegu. Myślałem, że umrę. Jedyny sukces, że nie zabiłem Maćka Michalskiego, kiedy po nim przejechałem. Swoją drogą drafting to zabawa dla ludzi o mocnych nerwach.

  3. Gratuluję wyniku, to już chyba nie jest amatorstwo!. Redaktor Grass będzie miał ciężki orzech do zgryzienia, zapowiada się niezła rywalizacja.

    Wyniki z Olsztyna nie są jeszcze na stronie, ale można je znaleźć tutaj http://w.sts-timing.pl/pliki/2013olsztynolimpijski.pdf

    Nie wiem czy czytał Pan biografie Chrissie Wellington, ale ona pierwsze mistrzostwo świata zdobyła po niecałym roku profesjonalnego treningu, wcześniej była amatorką 😉 Miała bodajże 29 lat. Z telewizją jako pracodawcą nigdy nie wiadomo. co im strzeli do głowy.. 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here