Marabana, czyli bieganie po Hawanie

0
265
Fot. Wojtek Masalski

Zacznę od tego, że jestem paskudnym biegaczem. Po prostu, słabo mi to wychodzi, męczy i ogólnie jest do bani. No ale cóż… Biegać trzeba, bo sport to zdrowie, a co więcej, bez biegania i maratonu nie da się dotrzeć do mety Ironmana. Tak na marginesie, na ostatnich zawodach na królewskim TRI dystansie, postanowiłem, że muszę zrobić coś z moim bieganiem, bo przecież aż tak konkurencja ta boleć nie może. Zacząłem więc biegać więcej, no i postanowiłem zrobić jeszcze dwa maratony w końcówce bieżącego roku. Pierwszym był Budapeszt – w sumie fajna i godna polecenia impreza – a na zakończenie sezonu doszła jeszcze egzotyczna Marabana czyli Maraton Habana.

Maraton Habana
Jak pojawił się pomysł właśnie na Marabanę? Jak to w życiu bywa najczęściej, był to 100% spontan. Jakiś czas temu zaplanowaliśmy z żoną wypad na Kubę. Traf chciał, że nasz pobyt w Hawanie zbiegł się w czasie z rozgrywanym tu maratonem. W konsekwencji nie było wyjścia i zdecydowaliśmy się na zwiedzanie przez bieganie. Co prawda na bieg zarejestrowałem się jeszcze w Polsce, ale nie byłem pewien czy wystartuję, zwlekałem z opłatą startową, a na koniec, jak już chciałem zapłacić, to okazało się, że jest po terminie. Tak naprawdę jednak to nic straconego. Do Hawany dotarliśmy w piątek wieczorem, a w sobotę wybraliśmy się do biura zawodów po pakiety startowe. Ja mając w planie maraton, a Edyta 10 km. No właśnie, poznajcie Edytę czyli moją kochaną żonę i zdecydowanie najwierniejszego kibica.

Warto tu zaznaczyć, że Marabana to lokalne święto biegaczy i że każdy może wybrać coś dla siebie. Mamy więc klasyczną dyszkę, połówkę, no i rzecz jasna królewski dystans. Biuro zorganizowane w luksusowym hotelu blisko Maleconu, obsługa w kategorii „maniana” z mało komunikatywną w języku angielskim panią przyjmującą zapisy, ale to akurat nie stanowiło ani problemu, ani powodu do narzekania. Po prostu, taka jest Kuba i trzeba nauczyć się z tym żyć. Dane z paszportów trafiły na formularz, 150 Euro (75 za maraton i 75 za dyszkę, czyli ta sama opłata niezależnie od dystansu) do rąk organizatora, a pakiety startowe (koszulka, czapeczka, numer startowy i mapka z zaznaczoną trasą) w nasze ręce. Wszystko odbyło się w miarę sprawnie. Drobnym zgrzytem było przekręcenie nazwisk na listach startowych, ale to nie ma znaczenia. Po prostu, taka jest Kuba. Można więc powiedzieć, że byliśmy gotowi do startu. Oczywiście, przeddzień biegu przeznaczyliśmy na zwiedzanie miasta, a w ramach nazwijmy to rozgrzewki przeszliśmy około 15 km. No cóż, „don’t panic, we are from Poland”, no ale przecież nie o bieganie tutaj biegało.

Fot. Wojtek Masalski

No dobra, najwyższy czas na kilka usprawiedliwień i wymówek, tak jak przystało na prawdziwego “trajlonistę”. Wynik chluby nie przyniósł, a dość powiedzieć, że to był czasowo najdłuższy z 11 dotychczasowych maratonów (7 biegów i 4 w ironmenach) w mojej biegowej karierze. Zapewne nie pomógł długi spacer po Hawanie w przeddzień zawodów. Pogoda, a konkretnie bezchmurne niebo i żar lejący się z tegoż, nie sprzyjał bieganiu. Nie wspierała też chęci biegania i wyników „klątwa Fidela” czyli odpowiednik „klątwy Faraonów”, tyle że na ziemi kubańskiej, jaka to dopadła mnie i trzymała w uścisku przez trzy dni przed startem. Tak naprawdę jednak, forma wymaga ciężkiej pracy i nieustannego szlifowania. No cóż, tego dnia było mnie stać na wynik w granicach 5 godzin, a maraton ten stał się kolejną lekcją pokory.

Przejdźmy jednak do konkretów czyli samego biegu. Ponieważ Marabana skierowana jest do rannych ptaszków – start zaplanowany na 7:00 – byliśmy zmuszeni do pobudki około 5:00. Po lekkim śniadanku i kawce, no i rzecz jasna tym na co biegacze czekają rano szczególnie, opuściliśmy hotel i udaliśmy się taksówką na start zlokalizowany pod historycznym budynkiem El Capitolio. Logistycznie trzeba odnotować, że ceny w Hawanie do najniższych nie należą, a komfort około 5-cio kilometrowej i 10-cio minutowej jazdy kosztował nas blisko 50 zł. Pomijając ten szczegół, trzeba przyznać, że czuło się tu fajną i elektryzującą atmosferę. Muzyka, tłumy biegaczy i spora grupa kibiców towarzyszyły nam w drodze na start. Zaczepiło nas kilku młodzików z prośbą o oddanie im naszych butów, no ale na to niestety nie byliśmy gotowi. Kolejną logistyczną ciekawostką jest fakt, że na starcie były tak przydatne w rozładowaniu przedstartowego stresu toi-toiki. Niestety, w sile sztuk czterech nie były w stanie sprostać wszystkim oczekiwaniom. Co ciekawe, był to jedyny punkt na trasie z tego typu wygodami. No nic, jeszcze kilka minut oczekiwania, krótkie przemówienie jakiegoś rewolucjonisty i można było rozpocząć przygodę.

Fot. Wojtek Masalski

Wspólny start trzech dystansów spowodował, że spotkało się tu naprawdę sporo osób. Najwięcej biegło na 10 km, a więc stawka znacznie przerzedziła się już po 5 km biegu, kiedy to dyszka miała nawrót. Reszta biegaczy pozostała na pętli 21 km po Hawanie, przy czym maraton pokonywał dwie rundy. Na dwie rundy czyli dystans maratonu zdecydowała się garstka kilkuset biegaczy. Statystycznie odnotować można, że 10 km ukończyło blisko 2500 osób, 21 km zaliczyło blisko 1400 osób, a maraton tego dnia pokonało 338 osób. Trasa jak najbardziej ciekawa. Pierwsze 10 km to start w Starej Hawanie oraz bieg wzdłuż słynnej nadmorskiej promenady Malecon. Wspaniałe budynki i architektura przykuwały uwagę, a czas i kilometry mijały. Mniej więcej od 7 km biegłem wspólnie z Hiszpanem, ucinając z nim biegową pogawędkę. Tempo spokojne, tzw. konwersacyjne, ale tak miało być. To był klasyczny run for fun. Marabana to naprawdę świetna okazja do zwiedzania Hawany i zobaczenia długiej listy atrakcji tego miasta. Lista jest naprawdę bardzo długa, a z kronikarskiego obowiązku wspomnieć należy: El Capitolio wzorowany na gmachu Kongresu w Waszyngtonie, Gran Teatro, Parque Central z pomnikiem Jose Martiego oraz słynnym hotelem Inglaterra, Muzeum Rewolucji mieszczące się w dawnym Pałacu Prezydenckim, twierdze Castillo de San Carlos de la Cabana i Castillo de los Tres Reyes del Morro, słynny plac Rewolucji czyli Plaza de la Revolucion z monumentalną 109 metrową wieżą i pomnikiem Jose Martiego, położony w dzielnicy Centro Habana Parque de Fraternidad, kilka hoteli na czele z luksusowym Hotel Nacional czy też Habana Libre, dawny Habana Hilton, który to swego czasu był największym i najwyższym tego typu obiektem w Ameryce Łacińskiej. Po prostu turystyczne WOW.

Na międzynarodowej pogawędce i podziwianiu tak pięknych i niepowtarzalnych okoliczności, minęła pierwsza runda. Szczerze mówiąc tutaj powinienem był postawić kropkę i na tym etapie zakończyć występ. Niestety, maraton to były dwie rundy, ambicja nakazała biec dalej, a druga pętla potwierdziła po raz kolejny, że boleć zaczyna po 25 km. Opuścił mnie mój hiszpański kolega, ale na szczęście spotkałem Maćka. Tak, tak, Polak z krwi i kości, maratończyk z Wrocławia, który stał się moim towarzyszem na ostatnie 15 km boju. To chyba rozmowa i motywacja ze strony Maćka pozwoliły pokonać słabości i dotrzeć do mety, a łatwo nie było. Prawdziwa pogodowa gorączka, pewne obawy przed przegrzaniem organizmu, na stałe towarzyszyły na drugiej pętli. Trzeba przyznać i pokłonić się organizatorom, zadbali oni o dostateczną liczbę punktów z wodą i jakimś soko lub iso podobnym napojem. Na niektórych bufetach był nawet lód, a to było prawdziwe ukojenie rozgrzanego do czerwoności ciała. Żelki energetyczne i żelazny zapas wody miałem w plecaku i tak oto krok po kroku dotarłem do mety na której powitała nas moja najwierniejsza fanka. Medal od organizatorów, buziak od Edyty i Marabanę można uznać za zaliczoną.

Fot. Wojtek Masalski

Reasumując, Marabana to naprawdę fajna przygoda biegowa, o ile oczywiście maraton w ekstremalnie gorących warunkach pogodowych można rozpatrywać w kategorii fajnych przygód. Była to dobra okazja do biegowego zwiedzenia znacznej części przepięknej i jakże barwnej Hawany. Ciekawym doznaniem był widok kubańczyków biegnących boso, w dżinsach czy innych, nie do końca sportowych wdziankach. No ale w Hawanie, w przeciwieństwie do wielu, w szczególności TRI-imprez na rodzimym podwórku, bieganie to nie sportowa rewia mody, a każdy biega w tym co ma lub w czym się po prostu dobrze czuje. Żałowałem jedynie, że nie zabrałem ze sobą kilku par butów biegowych, tych które zalegają w szafie lub piwnicy, a które jak mi się wydawało zużyły się i zbiegały. Tutaj z pewnością dostałyby drugie życie od lokalnych biegaczy. No cóż rewolucja nie zapewniła Kubańczykom dobrobytu, a zaopatrzenie i możliwości kupna sprzętu sportowego są mocno ograniczone. Liczba pytań i deklaracji gotowości przejęcia naszych butów czy koszulek biegowych przeszła najśmielsze oczekiwania i muszę przyznać, że było to raczej smutne i refleksyjne doświadczenie. Cieszmy się więc, że tego typu problemy nas nie dotyczą, a wszelkie rewolucje mamy już, przynajmniej miejmy taką nadzieję, za sobą.

Fot. Wojtek Masalski

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here