Między rozczarowaniem a zachwytem, czyli dlaczego uważam, że Najlepszy” jest taki sobie…”

1
332

Stoję przed trudnym zadaniem etycznym. Uważam, że film „Najlepszy’ nie wykorzystał potencjału dramatycznego zawartego w biografii Jurka Górskiego. W przeciwieństwie do książki.

 

Czy wypada mi pochwalić książkę dobrego znajomego a wybrzydzać nad filmem zrealizowanym przez osoby mi obce? Czy przyjąć wygodną postawę konformisty? Czy zaryzykować, że stracę kilku znajomych i skłócę środowisko triathlonowe?  Czy dać kolejny argument żonie, która twierdzi, że się starzeję i nic mi się nie podoba?

 

Po obejrzeniu w poniedziałek, 13-tego listopada filmu „Najlepszy’, owładnęło mną przemożne uczucie rozczarowania i smutku. Bilety dostałem za darmo. Miałem zachęcać bliższych i dalszych znajomych do kupna biletu i przyłączenia się do chóru wielbicieli. Ale nie mogę. Zresztą uczestnictwo w kulturze powinno prowokować do dyskusję…

 

Najpierw o książce. Dostawałem ją we fragmentach. Bóg i autor są świadkami, że więcej było krytyki niż pochwał. Ale dotyczyła ona szczegółów stylistycznych, rozłożenia akcentów, doboru frazeologii. Od początku byłem pod dużym wrażeniem skrupulatności w badaniu źródeł, czyli tak zwanego „riserczu’, szczerości wypowiedzi głównego bohatera Jurka Górskiego, oraz ładunku emocjonalnego. Kiedy dostałem gotowy tekst w formie pdf-u, przeczytałem go w jeden wieczór. Momentami czułem ciary na plecach.

 

Oprócz historii nieprawdopodobnej metamorfozy głównego bohatera, lepszej od przemiany Babinicza w Kmicica, książka ma ładunek emocjonalny o mocy bomby wodorowej. Do tego bogaty w szczegóły obraz PRL-u z lat mojej młodości. Zawdzięczamy to wieloletniej, benedyktyńskiej pracy autora. Całość palce lizać i przewracać kolejne kartki. Polecam każdemu!

 

Na przedpremierowy pokaz filmu szedłem jak Napoleon na Moskwę. Film został dostrzeżony przez widzów na wrześniowym festiwalu w Gdyni. W jego realizację zaangażowane zostały tuzy polskiej kinematografii. Zanim zgasło światło, zapiąłem pasy bezpieczeństwa i czekałem na lot w odległe galaktyki.

 

Już pierwsze sceny zaczęły mnie uwierać. Po ekranie biegał jakiś typek, który okrada apteki w konwencji komedii z udziałem gangu Olsena. Nieporadni milicjanci potykają się o rzucane im pod nogi śmietniczki… Ha! Ha! – i boki zrywać!

 

Jestem prawie rówieśnikiem Jurka Górskiego, na moje dorastanie też miała duży wpływ destrukcyjna subkultura. Były czasy, że piłem nie mniej niż on i miewałem zatargi z milicją. Pamiętam te czasy zupełnie inaczej, niż to, co przedstawiono w filmie.

 

Jurek wpadł w swój lot korkociągiem ku katastrofie dlatego, że pochodził z patologicznej rodziny. Dlatego, że nie miał innych perspektyw. Dlatego, że wtedy nikt mu nie pomógł, że był PRL i radziecka armia, która stacjonowała dwie ulice dalej.

 

Tego bolesnego determinizmu autorzy filmu nie pokazują. Sugerując, że był to jakiś gówniarski wybryk ładnego chłoptasia z średnio-zamożnej rodziny żyjącego w sterylnej rzeczywistości polityczno-społecznej, a nie przegrywana runda po rundzie walka z życiem charakternego chłopaka z niebezpiecznej dzielnicy. Dodatkowo podłamała mnie charakteryzacja ćpunów. Wyglądali jak zombi z nisko-budżetowego filmu.

 

Najlepszy okazał się fragment filmu dotyczący odwyku w Monarze. Była twardość regulaminu, hardość charakteru Jurka i wolne pełzanie ku słońcu. Jedynym mankamentem tej  części była słaba gra Gajosa, który jest jednym z najlepszych polskich aktorów i od którego należy oczekiwać więcej.

 

A potem jest zmartwychwstanie i era triathlonu. Tu padły ostatnie bastiony wiary, że ten film sie wybroni. Nieudana zmiana w chronologii życia Jurka, to znaczy przesunięcie wypadku drogowego przed zawody Double Ironman wypacza główne przesłanie biografii Jurka. Wyzwaniem staje się wychodzenie z urazów powypadkowych, a nie główna oś dramatyczna, czyli wieloletnia walka z nałogami, której zwieńczeniem jest zdobycie Mistrzostwa Świata.

 

Nie chcę rozciągać tego tekstu – nikt nie płaci mi za wierszówkę, a z natury jestem leniwy.

 

Na koniec zatem garść zastrzeżeń i wątpliwości, które negatywnie wpływają na mój układ trawienny:

 

–       kolejna wybitna rola Arkadiusza Jakubika, kilka przyzwoitych ról drugoplanowych (Kot, Woronowicz, Meller, Próchnik), resztę pomijam milczeniem. O osobistej przykrości związanej  

         z rolą Gajosa już pisałem

–       Jurek wychodzi z zakładu karnego z włosami po pas….. Bardzo przepraszam, ale łeb golili na zero nawet w areszcie!

–       Czy w Legnicy był tylko jeden lekarz w latach 70-tych?!? Wszystko jedno czy odwyk czy wypadek zawsze doktor Ewa?!

–       W ścieżce dźwiękowej brakowało mi utworów polskich zespołów. Obok The Doors, Deep Purple, Zeppelinów słuchaliśmy Breakoutów, Budki Suflera, SBB i wielu innych polskich  

         zespołów

–       i jeszcze o charakteryzacji. Lata narkotyzowania się i samookaleczeń, są zapisane na ciele Jurka i wyglądają jak groźne memento.  Można to sprawdzić na zdjęciach dołączonych  

        do książki. Główny bohater po odwyku wygląda świeżutko i ponętnie jak bohater telenoweli..

–       jednym za najwartościowszych wątków książki jest historia pomocy, jakiej udzielili Jurkowi różni ludzie w jego powrotnej drodze do życia. A potem na szczyt sportu wyczynowego.

        Ludzie, którzy uwierzyli w bezczelnego odwykowca, który twierdził, że zostanie najlepszym. W filmie mamy kilku pijących alkohol pseudodziałaczy, którzy w przerwie między wódką

        a zakąską postanawiają pomóc. Tak dla kaprysu…Kolejna stracona okazja ..

–      Jurek osobiście opowiadał mi, w jakich warunkach trenował pływanie. W jakiś basenach przeciwpożarowych, sadzawkach pełnych żabiego skrzeku i kaczych gówien. W filmie ma

        piękny basen tylko dla siebie, co musi irytować wielu z nas, którzy pływają po kilka osób na torze. Tak pięknie jak pokazuje film nie było. Po co upiększać ?!?

–       W Stanach Jakubik ukrył na pace pick-upa rower od Ewy, a główny bohater tego nie zauważył.. how come?

 

 

I na koniec słowo od osoby postronnej. Wychodząc z kina żona mnie zapytała:

…’ Czy organizatorzy mogą tak tuż przed zawodami zmienić dystans? I podwoić Ironmana?’..  Odpowiedziałem, że dzięki Bogu nie…. Nie chciałbym na starcie następnych zawodów dowiedzieć się, że muszę przejechać na rowerze 360 km, nie wspominając o biegu na 84 km!!

Odpowiedź żony jest warta odnotowania:

…’ To nie fair w stosunku do Was. Brak szacunku dla Waszego wysiłku i przygotowań. Ludzie pomyślą, że to niewielka rzecz i podwojenie dystansu nie ma wielkiego znaczenia’.

 

Znaczenie ma wiele rzeczy, o czym zapomnieli twórcy filmu.

1 KOMENTARZ

  1. A dla mnie film super…..to nie jest fim o triathlonie i triathlonistach…tylko o pokonywaniu włąsnych słabosci, walki z własnymi deomonami. A traithlon jest tylko przypadkowym środkiem do osiągniecia własciwego celu

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here