Mo Farah i jego siła ambicji

2
4

„Na dwa okrążenia przed końcem wyprzedzam Gebremeskela. Tłum szaleje. Zbliżam się do mety. Ryk na widowni staje się coraz głośniejszy. Prowadzę. Jeden z zawodników próbuje się wysunąć przede mnie, ale mu nie pozwalam. Kiedy rozpoczynam ostatnie okrążenie, cały stadion wstaje z miejsc, sekcja po sekcji, jakby ścigała mnie na trybunach meksykańska fala. Słowa nie są w stanie tego oddać. Nigdy w życiu nie słyszałem tak donośnego zgiełku. Doping kibiców niemal dosłownie pcha mnie ku linii mety. Jeszcze dwieście metrów. Nadal wygrywam. Kibice, choć to niewiarygodne, wydają z siebie jeszcze głośniejszy krzyk. Gebremeskel przyspiesza i na finiszu usiłuje mnie dogonić, ale nie udaje mu się. Jestem pierwszy!” To fragment wspomnień Mo Faraha ze startu, który przyniósł mu drugie złoto na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie. Z pewnością wielu z was widziało ten wyścig w telewizji. Fascynujące jest jednak czytanie relacji głównego bohatera tych zawodów. Jego odczuć, wrażeń, przeżyć.

Autobiografia Mo Faraha ma zadatki na scenariusz dobrego filmu o tym, jak talent i ciężka praca prowadzą sportowca na sam szczyt. To barwna opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu, trudnych decyzjach oraz ludziach, którzy pomogli uformować osobowość młodego chłopaka pochodzącego z Somalilandii w taki sposób, że sięgnął po najwyższe laury w biegach na średnich dystansach.

Zanim Mo Farah osiągnął największe sukcesy, przeszedł długą, wyboistą drogę, na której nie brakowało przeszkód z pozoru nie do pokonania. Urodził się w Somalii, gdzie spędził pierwsze 8 lat wiodąc szczęśliwe dzieciństwo wspólnie ze swoim bratem bliźniakiem i resztą rodziny. Punktem zwrotnym w życiu Mo Faraha był moment przeprowadzki do Londynu. Trafił do zupełnie obcego środowiska, nie znał angielskiego, miał duże problemy z nauką i perspektywy na przyszłość nie wyglądały obiecująco. Ponadto dużym ciosem było dla niego rozdzielenie z Hassanem, z którym dotąd zawsze trzymali się razem. Z powodu choroby brat musiał zostać w Dżibuti i rodzeństwo straciło kontakt na prawie dwanaście lat.

Mo Farah dorastał w zachodnim Londynie, który nie cieszył się opinią szczególnie dobrej dzielnicy.  Bójki i konflikty z prawem były dla mieszkającej tam młodzież czymś powszechnym. Nie wiadomo, jakie byłyby losy Mo, gdyby nie nauczyciel wuefu Alan Watkinson, który odkrył jego ogromny talent do lekkoatletyki. Mylą się jednak ci, którzy myślą, że przyszły mistrz olimpijski „wsiąknął” w bieganie od razu. Musiało sporo czasu minąć, zanim miejsce dyscypliny sportowej numer jeden w jego życiu przestała zajmować piłka nożna. Długo wzbraniał się przed bieganiem, które uważał za monotonne i znacznie mniej ciekawe niż futbol. Jego trener musiał wymyślić nawet pewien fortel, aby ściągnąć Mo na treningi.

Farah powoli wciągał się w bieganie dostrzegając w nim szansę na zmianę swojego statusu i lepsze życie. Szybko pojawił się element rywalizacji z innymi rówieśnikami i pierwsze sportowe marzenia związane z lekkoatletyką. Powoli piął się w tabelach wyników osiąganych na średnich dystansach i zwyciężał w kolejnych zawodach. Bardzo nie lubił przegrywać, ale już podczas kariery juniorskiej zrozumiał, że tylko ciężka praca na treningach i przemyślana strategia biegu mogą pomóc mu w wygrywaniu wyścigów.

W kolejnych rozdziałach książki autor przedstawia kolejne etapy swojej kariery, o jej kluczowych zwrotach m.in. o dołączeniu do ekipy Nike Oregon Project i podjęciu współpracy z Alberto Salazarem.

Mo Farah„Siła ambicji” to książka, którą czyta się jednym tchem. Nie jest to z pewnością poradnik dotyczący biegania, nie znajdziecie tutaj gotowej recepty na sukces. Brak w tej autobiografii dokładnych opisów treningów, pełnych relacji z przygotowań do sezonu oraz innych ważnych informacji z punktu widzenia szkoleniowego. Przeczytacie za to o tym, jaka jest cena sportowego sukcesu. O przekraczaniu barier, pokonywaniu własnych słabości, a także umiejętności uczenia się na własnych błędach.

Z książki możemy się na przykład dowiedzieć, że niewiele brakowało, a Mo Farah zacząłby biegać maratony już kilka lat temu. Był namawiany, aby zmienić sportową specjalizację i bieżnię na stadionie lekkoatletycznym zastąpić ulicą. Na szczęście wtedy Mo poczuł, że jego rachunki ze startami na średnich dystansach nie są wyrównane.

Historia Mo Faraha pokazuje, że dominacja biegaczy kenijskich w zawodach lekkoatletycznych nie jest dziełem przypadku. On sam podkreśla, że przełomowym momentem w jego karierze był czas, gdy mieszkał z Kenijczykami i zaczął naśladować ich tryb życia. Zrozumiał również szybko, że dla jego kolegów z Kenii bieganie to całe życie – pasja, której oddają się bez reszty. Aby wygrać rywalizację z nimi i resztą świata na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie i Mistrzostwach Świata w Moskwie musiał pójść jeszcze krok dalej. Upór, nieustępliwość, determinacja, wola walki – to wszystko cechy, którymi musi dysponować każdy sportowiec. Po najwyższe laury sięga jednak ten, który wykaże się największą siłą ambicji.

Polecam autobiografię Mo Faraha wszystkim, nie tylko biegaczom. Można czerpać z tej lektury wiele pozytywnej energii oraz inspiracji dla pokonywania własnych słabości.

2 KOMENTARZE

  1. Tak! Zdecydowanie Salazar przyczynił się bardzo do sukcesów Mo, ale jak mistrz napisał – jego poprzedni trener oraz on sam trenując z Kenijczykami zrobił 99 proc. planu, aby znaleźć się na szczycie. Potrzebny był jeszcze geniusz Salazara, żeby cała ta machina porządnie zatrybiła.

    Tym bardziej pasjonujące jest obserwowanie, jak teraz będzie wyglądać kariera Mo jako maratończyka. Ciekawe, czy Salazar pomoże mu złamać dominację Kenijczyków również na tym dystansie.

  2. „zaczął naśladować ich (Kenijczyków) tryb życia”… dobre:) Co robi Kenijczyk – wstaje biega je kładzie się biega je kładzie się biega je idzie spać:))) Tak w skrócie:) Kenijczyk jest w stanie podporządkować swoje życie tylko temu, bo przeważnie nie ma innych lepszych perspektyw na życie… jeśli życie mu je zsyła wtedy często kariera biegacza się załamuje. A Mo najlepsze co zrobił to było związanie z Alberto Salazarem, a Salazar jak wiadomo preferuje trening jakościowy a nie objętościowy. Ale żeby takiemu treningowi stawić czoło to… trzeba mieć ambicję… jak mawiał klasyk:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here