„Moje Hawaje 2013” – felieton Profesora Artura Pupki.

23
6

Nie pisałem do tej pory osobistego reportażu czy felietonu. Jestem ekspertem medycznym portalu i uważam, że moim głównym zadaniem jest zwracanie uwagi społeczności triathlonowej na problemy medyczne. Poza tym jestem nauczycielem akademickim i kształcę przyszłych lekarzy. Dlatego ten felieton-relację potraktuję również w typowy dla siebie, trochę belferski sposób. Hawaje?! Jakie Hawaje?! Nie startowałem w Kona. Szkoda. Pewnie mało prawdopodobne, że wystartuję. No to jaki związek ma mój ostatni start w półmaratonie z kultowym miejscem dla większości triathletów na świecie? A ma! 

 

10 listopada wystartowałem w IX Międzynarodowym Kościańskim Półmaratonie im. Doktora Henryka Florkowskiego. Na start w tych zawodach namówili mnie lubińscy przyjaciele triathlonowi. To przez nich popełniłem 3 tygodnie wcześniej bieg na „dychę” (Bieg o Lampkę Górniczą w Lubinie), w którym (na wymagającej trasie, jak mówią miejscowi zawodnicy) uzyskałem czas 47:54. Po tym biegu byłem zadowolony, ale miałem pewien niedosyt. Łatwo dałem się więc namówić na start w półmaratonie. Chciałem w końcu sprawdzić swoje możliwości biegowe na dłuższym dystansie. Ja chciałem sprawdzić możliwości biegowe?! Co ja mówię? Do tej pory uważałem solowe popisy biegowe za nudne i nagle zasmakowałem w zawodach biegowych, od razu, po jednym starcie! Dlaczego? Bo jestem tej jesieni w tzw. gazie biegowym! We wrześniu coś zaskoczyło, „kliknęło“ w moim wiekowym organizmie i gwałtownie polubiłem bieganie. Wyprawa na zawody była krótka, ok. 1,5h jazdy samochodem, rozgrzewka i jestem na starcie. Ustawiam się za balonikiem na 1:45. Dlaczego? Bo tak sobie wymyśliłem, bo tak sprowokował mnie Marcin Stajszczyk, bo tak dopingował Arek Cichecki. Bo po prostu chciałem dobrze pobiec!

 

Start. Biegnę za pacemakerami, pilnuję ich pleców. Wiem, że nie mogę ich zgubić, bo wtedy mogą być kłopoty z nadrobieniem straconego dystansu. Pierwsza dycha bez sensacji, tempo 4.58/km, nic się nie dzieje. Kilkakrotnie mam chęć przyspieszyć, ale chłodzę głowę: „Słuchaj stary, spokojnie, nie wyrywaj się, jeszcze będzie czas” – powtarzam w myślach. Od tego momentu grupa na 1:45 sukcesywnie wyprzedza tych, którzy przeszarżowali z tempem. Około 14 kilometra czuję napięcie w mięśniach czworogłowych, ale wiem, że to już mnie nie zatrzyma. Ale, ale…kontroluję swojego Garmina i widzę, że średnie tempo pacemakerów spadło do 5min/km. To za wolno, żeby złamać 1:45, ale dalej biegnę wytrwale za ich plecami. Na 18-tym kilometrze prowadzący daje znać: „Hulaj dusza – piekła nie ma! Kto ma siły to do przodu!”. No to ja mam i gonię do tego przodu, z satysfakcją wyprzedzając słabnących uczestników biegu. Biegnę mocno, tempo rośnie, średnie już 4.58. Wpadam na metę, jeden głębszy oddech (no może dwa), medal, sprawdzenie czasu – 1:44:47! Mam, złamałem 1:45! Bez sensancji, ściany i bólu. Tak naturalnie… 606 miejsce na blisko 1500 startujących osób. Herbata, banan i lecę truchtem do auta. Przebieram się, gratuluję Tomkowi i Roksanie z Lubina złamania 1:30 i wracam do domu. Półmaraton przechodzi do kolejnej (drugiej!) historii mojego biegania. Sprawna organizacja, szybka trasa, mnóstwo gorąco dopingujących kibiców. Dobrze zorganizowana impreza biegowa. Serdecznie polecam na bicie rekordów życiowych. No dobra, ale gdzie te Hawaje?!

 

 M__8510

 

One są w mojej głowie! To cały sezon triathlonowy 2013 z końcówką biegową „robią“ te Hawaje. A właściwie wszystko, co wydarzyło się od 2011 roku. To w wakacje tamtego roku, w sierpniu zacząłem biegać. Biegać?! Co ja mówię! Człapać! 4,3km „przebiegałem“ w tempie …7.54/km!  Przebiegnięcie tego dystansu zabierało mi 34 minuty, po czym padałem na „twarz“, a uważałem się za wysportowanego gościa! A jak! Postawny (no bo 98kg to postawny, nieprawdaż?!), silny (wyciskający w seriach na ławce 100kg), wybiegany (trochę tenisa), wyjeżdżony (na wakacjach i w domu mtb, 20km w porywach), uprawiający regularnie sporty zimowe (2 tygodnie nart w roku). Czyli sprawny facet jak nie wiem co! I tego „wysportowanego“ gościa zdmuchnęło 4,3km. Gdyby nie moje źródło inpiracji – Julita, rzuciłbym to bieganko w diabły! A tak…biegałem, zahaczyłem o narodziny AT, zaprzyjaźniłem się z Łukaszem Grassem i wpadłem w triathlonowe „sidła“!

 

Zapisałem się na HIM 2012 Susz. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym na pierwszym spotkaniu ze swoim obecnym trenerem Maćkiem Chmurą nie zabawił się w dywagacje: jak szybko pokonam ten dystansik pół Ironmana? 5:30? A może szybciej? Nie zwróciłem uwagi na reakcję Maćka. Musiałem go mocno rozbawić! W tamtym okresie biegałem 15km tygodniowo. Zaczynałem też „karierę“ pływacką – w ciągu 50min robiłem na basenie trening na dystansie …700m. Byłem dumny i zbudowany swoją znakomitą formą! Dzisiaj w tym czasie pokonuję na treningu 2-2,2km. Moje projekcje czasowe na „połówkę“ zostały dosłownie zmiecione już po miesiącu, a następne miesiące (w sumie pół roku celowych przygotowań) utwierdziły mnie w przekonaniu, jak trudną jest dyscyplina, którą postanowiłem się zająć. Dotrwałem (najbardziej właściwe określenie) do zawodów w Suszu. I pokonałem ten dystans w zdrowiu i szczęśliwy z przekroczenia mety po 6h i 21min. Byłem dumny! I jak myślicie, co było dalej?! Oczywiście „straciłem rozum“. Wymyśliłem następne zawody. 2 tygodnie później. Gdzie?! No jak gdzie?! W  miejscu, gdzie nawet pływanie jest „pod górkę“, czyli w Radkowie.

 

Sam pomysł ponownego startu w tak krótkim czasie po połówce był wtedy, ze względów fizjologicznych, delikatnie mówiąc niemądry. A wybór miejsca tragiczny! I jak się skończyło?! Ja, profesor, specjalista medycyny sportowej i innych nauk medycznych, ścigałem się na „maksa“! Tak się ścigałem, że zapomiałem …pić! Kiedy mi się przypomniało, leżałem przy ścieżce biegowej (500m od startu biegu) z objawami niedokrwienia mózgowia! Nie będę się pastwił nad medycznymi aspektami pomocy. Objawy niedokrwienia minęły po nawodnieniu. Krótki szpital, wypis na własne żądanie nad ranem i…dzień później wsiadłem na trenażer. Choroba, ewidentna choroba triathlonowa. I tak mnie trzyma do dzisiaj. I właśnie sezon 2013 to moje Hawaje! Jedna olimpijka, dwie ¼, połówka, IronMan w Zurichu, zawody biegowe, ważę 18kg mniej, biegam, jeżdżę i pływam szybciej.

 

{gallery}pupka_2013_podsumowanie{/gallery}

 

Nie będę pisał o czasach. Napiszę tylko, że to co się zdarzyło w ciągu ostatních 2 lat, było dla mnie jak lot w kosmos! Przebyłem lata świetlne, skok w nadprzestrzeń. Wróć! Ja cofnąłem się w czasie! Zdobyłem eliksir młodości! W wieku blisko 50 lat czuję się jak moi 23-letni studenci (albo i lepiej)! Triathlon zmienił mój styl i sposób życia. Obok kontaku ze wszystkimi wspaniałymi ludźmi: zawodnikami pro, amatorami, organizatorami, to jest największa wartość tego sportu. Jeśli ja, 50-latek (wiem Arku i Andrzeju Kozłowski, że zaraz napiszecie, że macie więcej lat), profesor medycyny, chirurg naczyniowy, mający tak jak WY „tysiące“ obowiązków zawodowych i rodzinnych, potrafiłem rozpocząć taką podróż (mam nadzieję, że niekończącą się podróż) to myślę, że każdy z zaczynających „zabawę‘ w ten sport, da radę podróżować razem ze mną i z innymi tri-zakręconymi! Nadchodzi sezon 2014. Będzie się działo…

 

A Hawaje? Dlaczego nie? Może za dziesięć lat. A w tym sezonie nie startuję już w zawodach. Zaraz, pomyliłem się! Mam jeszcze jeden start. Jeden z moich studentów (mam ich pod opieką 130), zaznaczam – tylko jeden, przyjął moje wyzwanie wspólnego startu. Wybrał pływanie na dystansie 3800m. Okazało się jednak, że kiedyś pływał… Będzie ciężko. Ale słowo się rzekło…

 

 

 

zdjecie

 

Profesor Artur Pupka to specjalista chirurgii naczyniowej, ogólnej, angiologii i transplantologii klinicznej, lekarz medycyny sportowej. Współpracuje z Akademią Triathlonu od początku istnienia portalu, wspierając nas wiedzą medyczną. Ukończył m.in. Ironman Zurich, Triathlon Susz, zawody triathlonowe na dystansie olimpijskim i 1/4 Ironmana. W przyszłym roku wystartuje w zawodach Half Ironman Majorka i Ironman Kopenhaga. 

23 KOMENTARZE

  1. Felieton wypełniony optymizmem po brzegi :). Cieszę się Arturze, że tak się cieszysz na wszystkie treningi i starty, bo to nas obu jeszcze bardziej cieszy! Dziękuję na wzmiankę o mnie. Obyś na weekendowym spotkaniu zaraził kolejnych swoim zapałem 😉

  2. Super motywator na 2014 rok!
    Pamiętam, że „akcja z Radkowa” została także przytoczona podczas Twojego wykładu na zeszłorocznej konferencji 3 x TAK.
    PS: 5:30 na totalnego świeżaka?? ciekaw jestem reakcji Maćka 😉

  3. Hej Artur! Fajny tekst:):). Jak wiesz do tej pory tylko biegałem ( 4000km rocznie) i triathlon gdzieś tam daleko daleko kiełkował…..ale właśnie rozmowa z kolegami z naszej AM i wiadomość ze jestes Tri-maniakiem…..spowodowała ze podjąłem ostateczną decyzje:):)
    Na razie jestem zakręcony treningowo…..pierwsze stary w czerwcu:):) Ale na pewno możesz mnie „mieć na sumieniu”:):):) pozdrawiam, dziękuje i trzymam kciuki za 2014r twoj i swój:):):):)

  4. Miło widzieć Twoją uśmiechniętą kiedy tak ponuro za oknem;))) (czy w tle „ukochana Szwajcaria”?). Piękna historia w pigułce… choć Ty chyba wolisz skalpel:) Gratuluje jeszcze raz wyników na dyszkę i w półmaratonie! Też bym tak chciał:)
    Sprowokował powiadasz? Hmmm, no to skoro NAM tak dobrze poszło to mam jeszcze kilka prowokacji w zanadrzu;)))

  5. Gratuluję, wiem jak trudno jest łączyć karierę zawodową i przyzwoity trening. Historia szczególnie pierwszego roku jest dowodem na prawdziwość twierdzenia, że dziwne rzeczy dzieją się z dorosłymi mężczyznami po założeniu obcisłego stroju z lycry. Do zobaczenia na starcie w Kopenhadze.

  6. Oj Panie Andrzeju a ja znam 8 Wrocławian którzy po 2 latach przygotowań pod okiem D.Sidora z powodzeniem i dobrymi czasami ukończyli pełnego IM w Klagenfurcie i nie były to tylko młodsze i mające mniej zajęć osoby niż Pan Profesor

  7. Profesorze, wielkie gratulacje!
    To najwspanialsze uczucie, jak trening przynosi efekty i przełamuje się wcześniejsze bariery, które były tak naprawdę w naszej głowie. Teraz już tylko lata przyjemnych treningów i ciągłego poprawiania się przed Panem… 🙂

  8. Świetny wynik, no i bardzo przyjemny felieton – super się czyta, aż chce się znowu powrócić do ciężkiego treningu 🙂 Mam nadzieję, że kiedyś się spotkamy na trasie :). Pozdrawiam.

  9. Można?! 🙂 Bardzo inspirujący tekst… Mam nadzieję, że przyjdzie kiedyś moment razem porządnie się ,,zmachać”… 🙂 Tak sobie wykombinowałem, że ,,drzewniej” rycerze potykali się na ubitej ziemi a teraz TRI jest jakąś formą szlachetnej walki… nie tylko z przeciwnikami ale i samym z sobą…. Nie jest to jednak wezwanie na pojedynek… a taka sobie refleksja. Cały czas doszukuje się , co takiego jest w TRI, który potrafi ,,zniewolić” tysiące ludzi.. 🙂 Gratulacje Profesorze, nie tylko w wymiarze sportowym ale motywacyjnym i edukacyjnym… Pozdrawiam!

  10. Tak ta choroba jest już chyba nieuleczalna:) Gratuluję super wyniku na połówce. Jest więc u mnie nadzieja, że i ja dam radę jeszcze więcej km w krótszym czasie:) No i życzę Hawai 20..

  11. Panie Profesorze! Na studiach w Poznaniu miałem kilku profesorów, z którymi mogłem umówić się na pojedynek, ale….to był AWF! 🙂 Artur! Wiesz doskonale, jaki postęp zrobiłeś przez te dwa lata – to faktycznie lot w kosmos 🙂 i wiesz też, że jestem Ci cholernie wdzięczny za obecność na AT – dajesz motywację nie tylko 50-latkom , ale dużo młodszym od siebie. Dzięki! I gratuluję złamania 1:45. Szykuj się w weekend na mocny trening. Przeciągnę profesora po Lesie Kabackim 🙂

  12. Artur! Gratulacje !
    Znam tutaj wiele osob uprawiajacych TRI. W kraju z ktorego 140 zawodnikow startowalo w tym roku w Kona. Jednak nie znam nikogo kto zrobil pelnego IM w drugim roku treningow.
    Dobrze ze w przyszlym sezonie przechodze do starszakow i nie bede mial Cie w swojej grupie.:-))))

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here