„Never give up!” – Maciej Dowbor

16
16

Nie jest tajemnicą, że umiarkowanie przepadam za piłką nożną. Sam sport jest super. Ale otoczka wokół tej dyscypliny i cechy wolicjonalne większości jej przedstawicieli przyprawiają mnie o mdłości. Najczęściej brakuje mi heroicznych bojów, determinacji i bezwzględnej walki do samego końca, bez kunktatorskiego analizowania zysków i strat. Mimo to czasem zdarza mi się obejrzeć mecze w telewizji, szczególnie te, których stawka ma szansę wyzwolić w profesjonalnych kopaczach odrobinę determinacji. Wczoraj jednak głównym powodem włączenia telewizora był mój ślepy patriotyzm i tęsknota za oglądaniem naszych rodaków walczących o najważniejsze futbolowe trofea, a nasza trójka z Borussii jakimś cudem od kilku lat takie emocje nam zapewnia. Kiedy słyszę słowa komentatora w okolicach 70 minuty, że piłkarze nie wytrzymują trudów meczu (szczególnie często powtarzana fraza podczas spotkań biało-czerwonych), to chce mi się śmiać. Wszak mają oni wówczas „na liczniku” mniej niż 10 kilometrów. Jak na 70 minut pasania się na trawie wynik dość mizerny. Jednak wczoraj byliśmy świadkami cech charakteru, postawy, która może być inspiracją dla każdego, kto ciężko pracuje, dąży do jakiegoś celu, a po drodze natrafia na przeszkody. Nieważne czy to sport, praca, czy sprawy prywatne. Konsekwencja i determinacja oraz walka do końca – właśnie za to kocham wyzwania. Gdy w 90 minucie faworyzowana Borussia traciła dwie bramki do awansu do półfinału Ligi Mistrzów, jedynego trofeum o jakie jeszcze mogą walczyć w tym sezonie, kibice opuszczali stadion, a dziennikarze zastanawiali się jak przetrawić tę niespodziewaną porażkę. Wszyscy położyli na nich krzyżyk. No prawie wszyscy. Do samego końca o honor i o zwycięstwo mobilizował ich do walki genialny trener. Do samego końca walczyć chciał też zespół. Grupa młodych ludzi, którzy w tym pewnie jednym z najtrudniejszych momentów w ich dość krótkich karierach nie spanikowali, nie rzucali się sobie do gardeł. Z żelazną konsekwencją, jakby nie bacząc na swoje tragiczne położenie i sekundy dzielące od porażki walczyli do samego końca, wbijając Maladze dwie zwycięskie bramki w ciągu jednej minuty doliczonego czasu gry. Nie mam najmniejszych wątpliwości , że w tej dramatycznej końcówce byli poważnie zmęczeni. Nie wierzę, żeby chociaż przez chwilę przez ich głowy nie przeszła myśl o beznadziei sytuacji, w której się znaleźli. Mimo to nie stracili hartu ducha i swoim wyczynem przeszli do historii, bo jestem przekonany, że o tym meczu długo świat nie zapomni.

Już za niewiele ponad miesiąc rozpocznie się nowy sezon triathlonowy. Wielu z nas będzie miało okazję poznać swoje prawdziwe oblicze. Poznać najcenniejszą prawdę o sobie. Ile jestem wart? Czy potrafię pokonać siebie, szczególnie w momencie, kiedy ciało i umysł mówią stop?! Zderzenie ze ścianą to najstraszniejszy, ale i chyba najpiękniejszy aspekt sportów wytrzymałościowych. Kto się z nią nie zmierzył, ten nie wie, co oznacza pokonanie granicy swoich możliwości. Ja miałem to nieszczęście/szczęście, że „postawiło” mnie już w debiucie w pamiętnych zawodach na połówce w Suszu w 2012 roku. Nigdy nie zapomnę tego cierpienia, kiedy niemal po każdym odbiciu stopy, każdym drgnięciu uda podczas półmaratonu w tym morderczym upale zastanawiałem się, czy nie położyć się na ziemi i po prostu zasnąć. Nie zapomnę jak odwodniony i wypłukany z resztek minerałów przez pół godziny zbierałem się do wykonania prostego z pozoru ruchu, jakim było wyjęcie życiodajnego żelu, który schowałem sobie do tylnej kieszeni. W tamtych warunkach, przy tamtym zmęczeniu było to dla mnie „mission impossible”. Skłamałbym twierdząc, że nie chciałem się poddać. Chciałem i to wiele razy. Ale przez cały czas myślałem o tym, ile pracy w to włożyłem i jakim frajerstwem byłoby to zmarnować. Nie chciałem też zawieść ludzi, którzy we mnie wierzyli i włożyli kupę pracy w moje przygotowania, szczególnie Piotrka Nettera.

 

Jednak najważniejsze było dla mnie nie zawieść siebie. Ile to razy wmawiałem sobie, że w krytycznych chwilach potrafię opanować sytuację i na pewno nie poddaję się bez walki. Od kiedy pamiętam, wyznawałem zasadę NEVER GIVE UP, a teraz miałbym się poddać ?! W końcu, po wielu momentach słabości przekroczyłem metę w Suszu. Wiedziałem, że wynik był dość daleki od oczekiwań, ale w rzeczywistości czułem się zwycięzcą. Walczyłem do końca i nie dałem się pokonać. W tym sezonie pewnie też zdarzy mi się trafić na moment słabości. Kiedy w Gdyni, Berlinie, Ełku, Suszu, Borównie, czy gdziekolwiek indziej będę czuł, że właśnie zderzyłem się ze ścianą, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi będą mówiły, że czas rzucić rękawicę, przypomnę sobie chłopaków z Borussii, którzy jak mało kto udowodnili, że NEVER GIVE UP to nie tylko pusty slogan wytatuowany na przedramieniu naiwnych gówniarzy.

16 KOMENTARZE

  1. A ja cały czas liczyłem, że poczytamy o zmaganiach Strusia Pędziwiatra z Diabłem Tasmańskim na 1/2 maratonu warszawskiego. Oraz o tym jak włączył się do pogoni trzeci sprinto-stworek i to w dodatku debiutant (Maciej Sztur). Piłka owszem wywołuje emocje i nabija ilości wyświetleń, jednak piłkarze przy „3tlonistach” to „słabiaki” 😉

  2. Panie Łukaszu, zgadzam się felieton to świetna forma wyrazu i większość z nas czyta je z wielką radością. Jednak jako forma wyrazu, podobnie jak tatuaż, jest narażona na subiektywną interpretację czytającego 🙂 Jednak dzięki komentarzom możemy zapytać felietonistę czy nasza interpretacja jest słuszna i jak się okazało w tym przypadku nie. Panowie Redaktorzy są ludźmi, jak my, i przeszło im przez myśl aby po ukończeniu IM zostawić ślad na swoim ciele. W przypadku Pana Macieja zabrakło pomysłu a Pana Łukasza odwagi, jednak myśl była. Kto wie może po następnym IM jak Panowie usiądą razem to i pomysł przyjdzie i odwaga 🙂 Może nawet wspólną dziarkę sobie sprawią.

    Szczerze z uśmiechem pozdrawiam 🙂

  3. No to jeszcze ja swoje trzy grosze dorzucę do dyskusji 🙂 Kochani! To są felietony. Felieton to taki przepiękny wymysł, który pozwala napisać o wszystkim i o każdym w sposób, w który na co dzień raczej byśmy nie napisali. odpowiednia konwencja pozwala skomentować rzeczywistość z przymrużeniem oka, żartobliwie, uszczypliwie, itp. Przepraszam, że piszę tak łopatologicznie, ale mam wrażenie, że (moje) felietony (a przynajmniej jeden) odbierany jest zbyt dosłownie i poważnie – choćby ta „ironmanowska dziara”…której…UWAGA – nie jestem przeciwnikiem i której nie wyśmiewam 🙂 nawet sam kiedyś zastanawiałem się, czy po ukończeniu Ironmana jakiś mały ślad na skórze w postaci Literki M nie zostawić. Ale stwierdziłem, że taki odważny to ja nie jestem 🙂 „Ironmanowska dziara” to była zabawa słowem i nie mam nic przeciwko temu, że ktoś robi sobie tatuaż na ciele. jedni farbują włosy, drudzy zakładają kolczyki, a jeszcze inni każą zrobić sobie tatuaż. Różnorodność jest piękna 🙂 a widzieliście wczoraj plecy Ibrahimowicza??? :-)))

  4. Po pierwsze chciałbym od razu wyjaśnić – to nie jest tekst o piłce nożnej, ani o tym komu się bardziej należało zwycięstwo, tylko o harcie ducha, a w tym przypadku chyba nikt nie ma wątpliwości, że Borussia takowym się wykazała. O tym, że futbol jest chory wiedzą wszyscy i nie ma co się zastanawiać, czy piłkarze z Dortmundu postąpili fair czy nie. Szczególnie biorąc pod uwagę okoliczności drugiej bramki dla Malagi. Ale mniejsza o to.
    @Patryk – chyba nie do końca zrozumiał Pan moje intencje a propos tatuaży. Ja nie krytykuje tatuowania, chociażby dlatego, że sam jestem ofiarą młodzieńczej fantazji (wspomniany NIBY PTAK). Wyśmiewam jedynie piłkarską ( i nie tylko ) modę tatuowania sobie przedramienia górnolotnymi hasłami w egzotycznych językach i transkrypcjach. Rządzą złote myśli w alfabecie hebrajskim, mandaryńskim lub arabskim. Za każdym razem kiedy widzę taki objaw filozoficznego uniesienia pytam się delikwenta jaką ma gwarancję, że napis z jego tatuażu to nie „kurczak w 5 smakach” lub „kebab na cienkim z ostrym sosem” 😉 .
    Znam wielu zawodowych piłkarzy, znam też mądrości wytatuowane na ciałach co niektórych i w wielu przypadkach są to po prostu naiwne banały, którymi nadrabiają braki w sukcesach sportowych. Coś na zasadzie, skoro Ibrahimović ma taką dziarę to ja też sobie taką zrobię – będę miał coś z Ibry. W końcu zrobienie tatuażu wymaga mniej poświęcenia niż praca nad sportową formą.
    A co do red.Grassa wyśmiewającego tatuaże z logo Ironman. Też przeszło mi to przez myśl (oczywiście po wcześniejszym zostaniu finisherem ) i nawet byłoby to fajne gdyby nie jeden drobny szkopuł – IM to brand komercyjny wielkiego przedsięwzięcia o mimo wszystko charakterze biznesowym. Czyli to trochę tak jakbym sobie wytatuował na ramieniu logo Adidasa. 😉 .

  5. Never give up! OK, tu dortmundczycy się popisali. A fair play? Tu się sprawa komplikuje. Przyznać się do ręki, albo faulu, albo spalonego? Nawet gdy nie widzi sędzia? Frajerstwo. Fair play jest wtedy, kiedy piłkę oddaje się przeciwnikowi (oklaski), kiedy ten wybije ją na aut, bo kolega leży. No bo to nie kosztuje.

  6. „NEVER GIVE UP to nie tylko pusty slogan wytatuowany na przedramieniu naiwnych gówniarzy”. Panie Macieju sam chciał Pan sobie tatuować ten slogan 🙂 Pan Grass też chyba nie przepada za wyrażaniem siebie poprzez tatuaż bo w jednym ze swoich felietonów napisał „…chwalili się ironmanowską dziarą” (zainteresowani znajdą kontekst). Jedni dziarają sobie kwiatki inni syrenki a jeszcze inni slogany. Zawsze jest to coś co w danym momencie jest dla nich ważne i zostanie z nimi na zawsze, po to by przypominać im kim byli jak patrzyli na świat w przeszłości. Coś jak NIBY PTAK na ramieniu redaktora Dowbora 🙂 lub fakt że Pan Grass był kiedyś pulchny i miał problem z wejściem po schodach 🙂
    Never give up na przedramieniu może być dla kogoś ważny i nie deprecjonujmy tego.

    (wpis nie miał na celu nikogo obrazić czego dowodem są 🙂 )

  7. Mam inne zdanie na ten temat. Oczywiście nie lubię gdy sędziowie popełniają błędy. Uważam jednak, że sport ten wzbudza tyle emocji, między innymi dzięki błędom sędziowskim. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że gdy drużyna strzela gola ze spalonego, to oszukuje. To jak teraz sobie Pan wyobraża rozwiązanie tej sytuacji, gdzie 2 gole zostały strzelone ze spalonego? Zmienić wynik na 2:1? A niesłusznie przyznane rzuty wolne, rożne i auty? Co z nimi? A może po każdej kontrowersji robić challange jak w tenisie? Ja jakoś tego nie widzę. Wszystkie Pańskie rozważania nie zmienią tego, że wczoraj wygrała drużyna lepsza (we wczorajszym meczu i w dwumeczu także).

  8. Panie Mariuszu, ten mecz został rozegrany zgodnie zasadami, jakie rządzą obecnie międzynarodowym futbolem.

    Zasady opłacalności.

    To, że Pan wierzy, że futbol jest piękny, nie może Pan spać w nocy, świadczy tylko o tym, jak wielka jest to machina (którą z resztą sam się fascynuję).

    Gdy polscy lekkoatleci na HME złamali zasady, pomimo dobiegnięcia do mety na medalowym miejscu, medal ten stracili, po proteście złożonym już po zakończeniu biegu.
    Gdy skoczkowie narciarscy, pomimo skończonego konkursu zajęli wyższe miejsce niż powinni, spadli w klasyfikacji po zauważeniu błędu sędziów.

    Ale nie w piłce nożnej. Mecz się odbył. Błędy były, OK wina sędziów, ale niestety, nic już nie poradzimy, spróbujcie za rok.

    Uważam to za kompletny debilizm.

    „Błędy sędziego są częścią piłki.”

    analogicznie:
    Błędy lekarza, są częścią medycyny
    Błędy dróżnika…
    Błędy sądowe…
    ITD…

    Jakie to głupie podejście, przymykać oko na czyjś błąd i uznawać to za normalne…

  9. Mecz został wygrany zgodnie z zasadami. Sędzia nie zauważył spalonego ale nie znaczy to, że BVB oszukuje. Chyba Ci się pomyliły pojęcia kolego. Błędy sędziego są częścią piłki.

  10. Ok, zgodzę się z Tobą ale drugi gol dla Malagi też był ze spalonego, usuwając po jednym golu każdej drużynie wyjdzie i tak wygrana BVB.

  11. Jak Armstrong wygrywa, „grając nieczysto” to tragedia, niedowierzanie i oburzenie.

    Kiedy BVB wygrywa po niesłusznie uznanych bramkach (spalone), pochwały, gratulacje i euforia.

    Gdzie tu obiektywizm?

    Bramki zdobyte niezgodnie z zasadami, to mecz wygrany niezgodnie z zasadami. Sport powinien być sprawiedliwy, a takie bajeczki jak wczoraj można obejrzeć w filmach, które zawsze kończą się happy endem…

    Gdyby red. Grass wygrał z red. Dowborem (lub odwrotnie) np. po „falstarcie” lub po rzuceniu buta przez linię mety ( 😉 ) ?

    Never give up?

  12. Ten tekst sprawił, że jeszcze bardziej czuję się napalony na swój debiut! 🙂 Chcę poczuć ścianę! Hehehe … to już zakrawa na zboczenie! A jak byłby tak nieudany jak Maćka ( zaledwie 5.24!) to byłbym przeszczęśliwy!
    Niestety realnie rzecz ujmując mission impossible!
    A co do piłkarzy – mam absolutnie takie same przemyślenia!

  13. też oglądałem borussie 🙂 poszaleli, dokonali niemożliwego 🙂 przez cały mecz miałem wrażenie jakby to Polska grała z Malagą. Wszystko przez komentarze „nie możemy tak grać jeśli myślimy o awansie” 😀 zobaczymy na kogo trafią w półfinałach (mam nadzieje że na barce) 🙂
    Powodzenia w rywalizacji z redaktorem Grassem 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here