„Bolało jak diabli, ale chcę jeszcze” – Filip Przymusiński

10
3

„Iron Virgin” – tak właśnie tytułuje się debiutantów na zawodach z cyklu Ironman. Średnio podoba mi się to określenie i postanowiłem coś z tym zrobić. Wybór padł na IM Mallorca. Czemu akurat tu? W zasadzie specjalnie się nad tym nie zastanawiałem. Po pierwsze pasował mi termin – przed rozpoczęciem roku akademickiego, więc jeszcze wolne w pracy. Po drugie miejsce- nigdy wcześniej nie byłem na tej malowniczej wyspie, a bardzo chciałem. Startuj i zwiedzaj! Na Majorkę przyleciałem już w poniedziałek, a więc prawie tydzień przed startem. Przywitała nas dziwna jak na ten region pogoda. Trzy dni padało, wypogodziło się nieco przed startem, w dniu zawodów ukrop i jeszcze tego samego dnia w nocy znów deszcz. Mimo kapryśnej aury cały czas było ciepło. Woda również miała wysoką temperaturę – około 25,4 stopni Celsjusza. To oznaczało jedno „WETSUIT ARE NOT ALLOWED”. Co ciekawe, w maju podczas 1/2 IM w Alcudi zawodnicy pływali w piankach.

 

filip majorka2

 

Przygotowania do startu
W piątek odprawa, zapoznanie zawodników z zasadami, trasą, potwierdzenie informacji o piankach, pasta party. Wszystko zlokalizowane na plaży, tuż przy starcie. Następnego dnia dokładnie w tym samym miejscu i przy wykorzystaniu tej samej infrastruktury zorganizowano tu strefę finiszera oraz niedzielną ceremonię dekoracji. Zawodnicy mieli wstęp wolny, osoby towarzyszące mogły kupić bransoletkę uprawniającą do wejścia. Po odprawie jeszcze obowiązkowe oddanie do boksu roweru oraz torby na cześć kolską i biegową. Ponad 2500 maszyn w jednym miejscu, 4 namioty do przebierania się, boks po sam horyzont… to robiło wrażenie. Poniżej filmik ze strefy zmian, który nieco przyśpieszyłem bo normalnie trwa prawie 3 minuty.

 

 

Strefę zmian odwiedziłem także rano (zalecam ubrać się cieplej, bo było chłodno), wykonując dobrze znane wszystkim czynności: doniesienie bidonów, dopompowanie kół, zdjęcie foli z roweru, sprawdzenie worków na wieszakach. Standardowa procedura, tyle, że po ciemku. To jednak bardzo budowało atmosferę. Jedna wielka krzątanina, co sprytniejsi zawodnicy z czołówkami, inni dodający sobie światła telefonem komórkowym.

  

Pływanie
Start mężczyzn PRO o 7:30, dwie minuty później kobiety PRO, 7:35 wszystkie kategorie wiekowe, czyli prawie 2500 osób na raz. Duża szeroka plaża pozwalała znaleźć każdemu trochę miejsca dla siebie. Mnie zastanawiało jednak, co innego. Jak my mamy pływać w tych ciemnościach? Jeszcze 15 minut przed startem było całkiem szaro.

 

filip majorka9

 

Organizatorzy wiedzieli jednak, co robią. W 15 minut zrobiło się widno i woda się zagotowała. Ja tradycyjnie ustawiłem się w pierwszym rzędzie na skrzydle. Lekki ścisk na początku, przyjętych kilka niezamierzonych kopniaków, ale przedarłem się i było już „z górki”. Do pokonania dwa okrążenia, ale po dwóch równolegle położonych do siebie prostokątach, zaś przejście z jednego do drugiego prostokąta miało miejsce na plaży. Ten sprytny manewr pozwalał zwiększyć widowiskowość imprezy, a jednocześnie eliminował problem napływania na zdublowanych zawodników, jaki występuje przy pokonywaniu dwa razy tego samego kółka. Płynęło mi się fantastycznie. Czułem się bardzo dobrze i swobodnie. Czas 49:04, 3 miejsce w mojej fali i to bez pianki na dobrze wymierzonej trasie uznaję za całkiem dobry rezultat. Mojego zadowolenia z tego odcinka nie popsuły mi nawet meduzy, które dość solidnie poparzyły mnie w kilku miejscach.

 

T1
Zazwyczaj skarpetki zakładam dopiero na bieg, tu zdecydowałem założyć je przed rowerem i był to dobry pomysł. Równie dobrym było wrzucenie do worka butelki z wodą by przepłukać w T1 zasolone usta, czy spłukać nogi. Zapomniałem jedynie wysmarować szyję jakimś kremem na obtarcia, ale tu z pomocą przyszła urocza hiszpańska wolontariuszka, która nałożyła mi na szyję wazelinę, podczas gdy ja walczyłem z butami. Proponowała mi jeszcze jakiś „Sun Cream”, ale już nie było na to czasu.

 

Rower
Tych 180 km bałem się najbardziej. Długo, gorąco, bardzo silny wiatr od morza no i górki, góry, górzyska… i to w znaczenie większej ilości, niż to wynikało z przekroju wysokościowego trasy. Ten na papierze wyglądał tak: dwie mniejsze górki, jedna większa z przewyższeniem 600-700m, a reszta płaska. Okazało się, że spory, kilkunastokilometrowy podjazd psuje nieco wyrazistość wykresu, bo ten jest w takiej skali, że licznych ostrych krótkich zjazdów i podjazdów na nim nie widać. W mojej opinii trasa była mocno pofalowana, a tam gdzie nie była pofałdowana, to wiało.

 

mapa mallorca_profil

 

Początek jechałem bardzo zachowawczo i asekuracyjnie. Jak się wychodzi z wody tak wysoko, to trzeba się liczyć z tym, że minie cię kilku lepszych kolarzy. Cała sztuka, to nie dać się im porwać i robić konsekwentnie swoje. Przypominały mi o tym rozjechane zwierzątka na poboczu. „Pilnuj się Przymus, bo skończysz jak te zwłoki” – tak sobie powtarzałem. Moja harmonia został zaburzona gdzieś na 50-60 km, gdy najechała mnie ze 100 osobowa grupa. Było mi strasznie smutno, bo całą moją pracę z wody diabli wzięli. Już wiem, o czym nieraz pisali inni zawodnicy, kiedy łapały ich peletony, zbyt szybkie by im odjechać i zbyt wolne by od nich odpaść. Moją receptą było wyjechanie na środek jedni i jazda z boku. W pewnym momencie pojawili się sędziowie i myślałem, że zrobią z tym porządek, a dostało się mnie. Usłyszałem „right side”. Tłumaczyłem: „there is a drafting zone”, nie pomogło, a sędzia pogroził, że zaraz da mi kartkę, więc zjechałem na prawo, odpuściłem 10m, ale od razu ktoś za mnie tam wskakiwał, odpuściłem kolejne 10m i to samo… i tak sobie spadałem kilkadziesiąt pozycji, aż do końca, gdzie czułem, że jest dla mnie za wolno, wyprzedzając przebijałem się na czoło i znów spadałem, i tak w kółko. W pewnym momencie sędziów przybyło i jechało obok nas z 5-6 motorów, trochę rozgonili i rozciągnęli grupę, ale styl jazdy w zasadzie się nie zmienił. Dotarło do mnie, że tak wygląda za granicą jazda bez draftingu przy dużej ilości zawodników. Wszystko przypominało jazdę na podwójnym wachlarzu, tylko nieco rozciągniętym, w którym zawodnicy próbują trzymać dystans, ale w zasadzie cały czas się tasują i albo wyprzedzają, albo spadają. Przypomniał mi się jeden z felietonów na Akademii Triathlonu, który mówił o wzroście znaczenia pływania w długich dystansach i hasła w stylu: „Pływaniem Ironmana nie wygrasz, ale pływaniem możesz go przegrać”. Nawet nie draftujac, grupa zawodników nadaje ci tempo i jest to zupełnie inna jazda. Cały ten układ trwał do 120 km, gdzie zaczynał się najcięższy odcinek etapu kolarskiego. Długi podjazd zdziesiątkował grupę. Co ciekawe zarówno na podjeździe jak i na krętym zjeździe na wyznaczonym odcinku zniesiono zakaz draftingu.

 

 

Zjazd był nie mniej karkołomny niż podjazd. 100m przede mną jeden z zawodników przestrzelił zakręt i wyleciał z trasy. Na jego szczęście nie było tam przepaści, a jedynie stromizna z drzewami, z których jedno okazało się lądowiskiem dla nieszczęśnika. Zatrzymałem się i krzyknąłem, czy żyje i czy nie potrzebuje pomocy, odpowiedział, że jest OK, ale więcej już go nie widziałem, za to pietra miałem już do końca zjazdu.

Bieg
Połówki biegam w triathlonie w okolicach 1.22-1:28, więc założyłem sobie, że maraton pokonam w jakieś 3:10-3:15. Zaczynam spokojnie po +/- 4:30 na km, a jak będzie szło, to przyspieszę po trzydziestym kilometrze. Po etapie rowerowym byłem 12-sty. Przez pierwsze 15km realizowałem konsekwentnie swój plan, wskoczyłem w okolice 7-8 miejsca w kategorii, slotów było 5, ale cały czas się do nich zbliżałem, były niemal na wyciągniecie ręki, do tego czułem się znakomicie, wręcz się hamowałem, żeby mnie nie odcięło. Skurczy brak, fiolka magnezu przed pływaniem, dwie na rowerze i jeszcze 3 na biegu zrobiły swoje. Straszą ludzi tym Ironmanem, filmy o pełzających ludziach robią, legendy opowiadają, a to w zasadzie nic takiego – myślałem… do 15 km.

 

Slot spuszczony w TOI-TOI-u
Ironman to taka kąśliwa żmija. Trzeba lat doświadczeń i ogromnej wiedzy, by nad nią zapanować, bo potrafi kąsać w najróżniejszy sposób, jest strasznie mściwa i nie wybacza błędów. Jak już Cie ukąsi, to może nie śmiertelnie, ale paraliż masz jak w banku. Ciało przestaje Cię słuchać, jesteś jego zakładnikiem, bardzo chcesz, a nie możesz i to ta bezradność jest chyba źródłem największych frustracji. Mnie żmija dziabła na 15 km. Poczułem w podbrzuszu lekki ból, myślałem że przejdzie, nieraz już tak było i dawałem radę. Niestety nie przeszło. Na 20km obowiązkowy skręt do przybytku i tak przed każdym punktem żywieniowym co 2 km, a czasem też i za nim, czyli z 8-10 razy. Najśmieszniejsze było to, że nieraz musiałem czekać do Toi-Toi-ki w kolejce. Już wiem, po co robi się dwuczęściowe stroje. Tempo spadło na łeb na szyję, sloty pobiegły sobie w siną dal, o czasie już nie wspominając, ale to nie było najgorsze. Długo myślałem, czy pokazać wam powyższy filmik: jak wyglądałem w tym kryzysie, ale niech stracę, co mi tam, patrzcie ku przestrodze, śmiejcie się i oby was to nie spotkało – (tu wyglądałem jeszcze całkiem dobrze)

 

 

Mój największy dramat miał jednak dopiero nadejść. Moje zatrucie spowodowało straszne odwodnienie oraz udar słoneczny. Wszystko co zjadłem, czy wypiłem na punktach, przelatywało przez mnie z siłą wodospadu, więc organizm nic nie przyswajał. Wypłukałem się całkiem z węglowodanów, zaczynało kręcić mi się w głowie. Gdy człapałem przy punktach medycznych, za każdym razem słyszałem pytanie: „Filip, are you all right?”. Było strasznie daleko od „all right”, ale bałem się, że jak się tam zatrzymam, to już nie wrócę na trasę. Nogi bolały mnie jak diabli, ale nie kurcze dawały o sobie znać. Nogi miałem jakby stężałe, napuchnięte. Przypomniał mi się artykuł Marka Jaskółki o jego debiucie w IM, o tym jak chce Ci się płakać i śmiać zarazem. Teraz sam tego doświadczyłem, wszystkie plany legły w gruzach, ledwo stałem na nogach, chciało mi się ryczeć z bólu, rozpaczy, zabijała mnie myśl, że nie dam rady. Widziałem na trasie studzienkę i kombinowałem, jakby ją ominąć. Jak wpadnę w te 5 cm obniżenia terenu, to już nie wyjdę – pomyślałem i nagle dostałem ataku śmiechu. Straszna huśtawka emocjonalna.

Muszę skończyć, choćby nie wiem co!
To było moje motto przewodnie na ostatnie 10 km. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak każdy najmniejszy drobiazg wtedy pomaga. Bardzo dziękuje za wszelkie wsparcie kibiców – tych na trasie i tych w domu, za dobre słowa zarówno przed startem jak i po nim. To wszystko trzymało mnie jeszcze na nogach. No i przypomniało mi się jak prawiłem morały Maćkowi Dowborowi. Kiedy po Gdyni większość osób raczej go żałowała, ja trochę w trenerskim stylu dałem mu „klapsa”, ale nie takiego na zgnębienie, tylko takiego, co trochę zapiecze, ale popchnie do przodu. Powiedziałem mu wówczas: „Schodząc z trasy uchyliłeś furtkę z napisem nie dam rady, którą trzeba czym prędzej zamknąć, inaczej zaczną przez nią przełazić coraz większe istoty, aż w końcu wywalą furtkę z zawiasów”. Byłbym skończonym hipokrytą, gdybym teraz się poddał! Kolejna myśl w głowie, to jeden z komentarzy na moim FB: „Nie poddasz się, choć by skały sra**y…”. Takich i podobnych myśli miałem w głowie ogrom. To wszystko zebrane do kupy sprawiło, że jakoś się doczołgałem do tej mety, wiarą, nadzieją, wsparciem, ambicją, godnością, czy czym tam jeszcze innym, dotarłem. NO MORE IRON VIRGIN.

 

filip majorka10

Zawaliłem, wiem, ale w sporcie tak bywa. Mogę zwalać na przedawkowanie magnezu, może na którymś odcinku przesadziłem, może zgubiła mnie naiwna wiara, że robiąc dużo połówek przygotuje się do pełnego dystansu, że się to przełoży, może zabrakło długich wybiegań i rowerów, fakt nie było kiedy, bo sezon napięty, ale przecież sam tak chciałem, może ciężka trasa, może upał? A co by było gdybym utrzymał tempo? Pewnie byłby slot! Dużo tych może i gdyby. Gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem. Jest jak jest, trzeba wyciągnąć wnioski i iść dalej. Jedno wiem na pewno: stać mnie na znacznie lepszy wynik i nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Slota na Mistrzostwa Świata w 1/2 zdobyłem na swoim 8 starcie na tym dystansie, a tu chciałem go od razu w debiucie. Nie ma tak łatwo, na wszystko trzeba sobie zapracować. Bolało jak diabli, ale chcę jeszcze i wiem, że się uda i wtedy to będzie miało dopiero swój smak.

 

filip majorka11

 

IRONMAN jak religia.
Co takiego w sobie ma ten dystans? NIC, absolutnie NIC. Nie o dystans tu chodzi. Kiedyś w programie TOP GEAR porównywano Ferrari z innymi markami. Choć czerwona strzała pod wieloma względami wypadała słabiej niż konkurenci, prowadzący, zapytany jakie auto by teraz kupił, odpowiedział:
– Ferrari.
– Czemu?
– Bo to Ferrari.

 

 

Z Ironmanem jest podobnie jak z tym Ferrari. To lata pracy nad marką, nad jej elitarnością, potężna promocja, tysiące ludzi, to cała otoczka podsycana fantastycznymi filmami promocyjnymi i setkami niezwykłych wydarzeń, to finał na Kona. Mógłbym wymieniać długo, ale to trzeba poczuć na własnej skórze. To jakaś magia i szaleństwo zarazem. Ironman to przecież tylko M z kropką na górze, nic innego niż zastrzeżony znak firmowy, a jednak ludzie, w żaden sposób nie zmuszani, tatuują go sobie na ciele, a w Fan Store zostawiają majątki na gadżety, na które bez wymarzonego loga nawet by nie spojrzeli. Czemu? Bo to jest IRONMAN.

 

filip majorka13

 

Mnie też się udzieliło. Moje medale, nawet te z Mistrzostw Polski, leżą brudne i zakurzone gdzieś w kartonie w piwnicy, medal z IM Mallorca zajmuje honorowe miejsce w salonie.

 

Filip Przymusiński

RACE SUMMARY

Swim: 49:04
Bike 5:11:40
Run 4:05:06
Overall 10:11:58

Chciałbym także szczerze podziękować mojemu sponsorowi Panu Irkowi Szpotowi, który nie tylko pomógł mi ogromnie od strony finansowej, ale sam mnie na ten start namówił i potem jeszcze razem ze mną w nim wystartował. Dziękuję raz jeszcze.

 

filip majorka12

10 KOMENTARZE

  1. Filip, jestes niesamowity! Po tak obfitym sezonie (standartem byly Twoje double starty czyli tzw. Przymuski – polowka i 1/4…) dobiles gwozdziem w postaci Ironmana! Piekna walka! Szacunek za boj do samej mety! Gratulacje! Ps. I z tym Ironmanem masz racje:) Dlaczego Ironman?! Bo to Ironman…:)))

  2. Każdy jest tylko człowiem. Nie da sie wszystkiego zaplanować, przewidzieć. Przypomina mi się finałowa walka w Matrixie, kiedy Neo cały czas się nie poddawał mimo „bęcków” od agenta Smitha. Na pytanie dlaczego cały czas walczy, odpowiedział: bo tak chcę. I tutaj jest, nasza ludzka siła :-). Powodzenia w kolejnych startach. zarówno na 1/2 jak pełnym dystansie.

  3. IRONMAN w czasie 10:11:58. Moje marzenie na przyszłość w opcji, że jestem w formie. U Ciebie jak masz kryzys. 🙂 Chcę mieć takie kryzysy z takim czasem na mecie 🙂 Gratuluję 🙂

  4. Dla mnie jesteś tytanem pracy! Z ironmanem jest tak,że człowiek chce się odgryźć za to ,że coś poszło nie tak na trasie:). Więc w przyszłym roku pewnie pozamiatasz konkurencję.

  5. Dla mnie jesteś tytanem pracy! Z ironmanem jest tak,że człowiek chce się odgryźć za to ,że coś poszło nie tak na trasie:). Więc w przyszłym roku pewnie pozamiatasz konkurencję.

  6. Filipie bardzo dobrze Cię rozumiem miałem dokładnie ten sam problem w Malborku i po mimo tego że „troche” bolało to jest coś takiego w tym sporcie ze chce się jeszcze. Magia IM działa chyba na większość z nas. Ja w przyszłym roku również chce spróbować tej magii oraz wrócić do Malborka na rewanż…

  7. Gratulacje….pierwsze koty za płoty. Jestem pewien ze z twoim doświadczeniem juz niedługo pokazesz na co cie naprawde stać. A smutny wniosek z twojego felietonu jest jeden: Co my mali amatorzy mamy zrobić skoro zawodowcom też zdarzają sie ” ściany” :):):). Powodzenia w 2015

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here