Olimpia i Michał Wojtyło triathlonowe małżeństwo ze slotami na Hawaje

3
434

Triathlonowe małżeństwo Olimpii i Michała Wojtyło to przykład świetnej organizacji czasu i zadań. Jednak Olimpia i Michał nie tylko skupiają się na sobie i treningach, półtora roku temu ich rodzina powiększyła się o Stasia. Para triathlonistów jest na tyle skuteczna, że zdobyła jednocześnie dwa sloty na Mistrzostwa Świata Ironman Kona w 2018 roku. Ich sportowa historia zaczęła się sześć lat temu, można powiedzieć, że przypadkiem.

 

Adrian Kapusta: Podczas Ironman Wisconsin w USA zdobyliście dwa sloty na Mistrzostwa Świata Ironman Kona. Dlaczego akurat wybraliście start w Wisconsin? Spodziewaliście się, że tam macie szanse na przepustki?


Olimpia Wojtyło: Nie planowałam tego. Rozważałam nawet zejście z trasy po etapie kolarskim. Problemem był kręgosłup lędźwiowy, lecz kiedy po zejściu z roweru kuzyn krzyknął, że jestem druga nie miałam wyboru. Choć pewnie w tabelach Ironmana będę pokazywana jako jeden z większych cieniasów w grupie 35-40 w historii. To przekraczało moje najśmielsze marzenia.
Decyzja o starcie także była dość przypadkowa. Ciągnęło nas do Stanów, przede wszystkim chciałam poznać rodzinę Michała mieszkającą w Chicago. To właśnie dzięki kuzynom którzy byli „sponsorami” tej wyprawy było to ostatecznie możliwe. W niedługim czasie po tym jak bilety były już naszych rękach pojawił się pomysł startu w jakiś zawodach, a z informacji które kuzyn podesłał wynikało, że niedaleko miejsca naszego pobytu odbywa się Ironman, na który można było się jeszcze zapisać!
Michał od razu podchwycił temat. Ja po urodzeniu synka miałam za sobą kilka startów na dystansie olimpijskim w poprzednim sezonie ale Ironman to byłoby szaleństwo! Michał co jakiś czas drążył temat usiłując mnie przekonać. W końcu po prostu otrzymałem maila potwierdzającego mój udział – nie pozostawiając mi wielkiego wyboru.

Michał Wojtyło: O przepustkę na Mistrzostwa Świata tak naprawdę walczyłem w ubiegłym sezonie podczas Ironman Nicea – to był mój główny cel, wtedy po raz pierwszy się o nią “otarłem”. W tym roku nastawiony byłem na start w Ironman Italy, tu plany pokrzyżowali moi kuzyni ze Stanów, którzy zapewnili nam wakacje w Chicago. Dopiero gdy mieliśmy na stole daty pobytu zaczęło się, jak to zwykle u nas bywa, szukanie startów w okolicy, bo skoro już będziemy tak daleko to czemu nie spróbować tam wystartować: maraton wyprzedany. Na początku sprawdzaliśmy tylko biegi bo kto na wakacje za ocean zabiera rower. W okolicy tylko kilka biegów na 10 km. Ku naszemu zaskoczeniu w odległości około 1,5 godziny jazdy od miejsca, w którym mieszkaliśmy odbywa się największa impreza triathlonowa w USA – Ironman Wisconsin – szybkie obdzwonienie potencjalnych sponsorów. W ty wypadku kuzyni i rodzina spisali się na medal i już wiedzieliśmy, że do Stanów polecimy tylko z bagażem podręcznym, a rowery zajmą miejsce głównych walizek. Trochę musiałem popracować nad Olimpią ale w końcu się udało przekonać ją, że ten start to prezent na urodziny. Można więc powiedzieć że Ironman na 2017 był planowany, jednak Wisconsin wyszło typowo “by the way”.

 

IMG-20170910-WA0024.jpg

 Fot. Rodzina Olimpii i Michała z Chicago

 

Ile podejść mieliście aby osiągnąć cel jakim jest slot na Hawaje?


Olimpia: Mój pierwszy Ironman miał miejsce w 2013 roku w Klagenfurcie, a treningi do niego zaczęłam półtora roku wcześniej. Sam start wspominam bardzo miło, ale ilość treningów (30 godzin w tygodniu) i pracy jaką musieliśmy włożyć, aby zrealizować cel była zatrważająca. W konsekwencji dystans 220 kilometrów okazał się dla mnie tak wyśrubowany, że po pierwszym starcie miałam dość. ½ Ironmana owszem, ale pełny już nie – ale też nie było potrzeby. Przebywszy wpław, na rowerze oraz biegiem 220 km zdobyłam przecież swój Mount Everest, czyli wszystko, co było do zdobycia. Czułam się po zawodach tak, jakbym spełniła główny cel w życiu. I dumna byłam jak paw.

Michał: Pełen dystans ukończyłem 6 razy w tym wersję ekstremalną, był to Swissman w którym zająłem 5 miejsce OPEN. To właśnie wtedy zrozumiałem, że Kona może być czymś realnym i warto o nią powalczyć. Pierwszym startem z nastawieniem na slota była Nicea, tu jednak zbyt dużo kalkulacji podczas biegu zniweczyły moje plany. Ironman Wisconsin to start z zupełnie innego poziomy przygotowania, może nie do końca fizycznego bo przy 18 miesięcznym dziecku i dwóch osobach trenujących w domu ciężko jest pozwolić sobie na 15 godzinny tydzień treningowy. Tu dużą rolę odegrało zdobyte przez lata doświadczenie. Przygotowując się do tego startu nawet przez chwile nie traciłam wiary, że ten slot jest w moim zasięgu, to dało mi olbrzymi spokój przed oraz podczas startu. Oczywiście wszystkie analizy zostały zrobione, czas trasy rowerowej wyliczony, bbs przygotowany, szybka pianka z Olimpiusa spakowana, a rower wyposażony był w więcej pożyczonych części niż własnych, nie wspominając o tym, że każda kaloria policzona była dwukrotnie. Bardzo długo też ten start pozostawał tajemnicą, nie chciałem budować nad sobą presji wyniku.

Podobał Wam się Ironman w USA? Przytrafiły się Wam jakieś ciekawe historie?


Olimpia: Od razu widać, że IM narodził się w Stanach. Motywujące hasła słychać tu na każdym kroku tak, że stając na linii startu czujesz się już w połowie zwycięzcą.
Jednak najbardziej zdziwiła mnie ogromna ilość wolontariuszy gotowych zrobić wszystko byleby zawodnikowi ulżyć w cierpieniach. Można było liczyć na pomoc w pozbyciu się pianki, znalezieniu worka, roweru, zakładaniu butów czy skarpet, a nawet w odbieraniu roweru i odłożeniu go do strefy. Obsługa godna Mistrzostw Świata.
Dużym zaskoczeniem dla mnie była trasa rowerowa. W Wisconsin droga wije się niczym wąż w górę i w dół, po czym zakręca i znów pnie się w górę, aby za chwile opaść. Ilość krótkich i stromych podjazdów sprawia, że na 180 km czeka Cię około 3000 zmian przełożeń. Porównywalnie na innej trasie IM około 500. Ponadto dwie pętle po wymagającej technicznie trasie sprawiają, że nie ma draftu, zresztą sędziowie bardzo tego pilnowali a amerykanie nie nauczeni są oszukiwania – w końcu robią to dla siebie aby pokonać swoje słabości.
Ponadto zaangażowanie kibiców jest ogromne. Na całej trasie jest ich tysiące. Podjazd na najstromsze wzniesienie nie może się równać z żadnym innym odcinkiem trasy. Jedziesz wśród szpalerów ludzi, szerokich na 5 osób z każdej strony. Czasami tłum gęstnieje tak bardzo, że dla zawodników zostaje przejazd o dwumetrowej szerokości. Widzowie wychylają się i do ostatniej chwili machają i krzyczą do przejeżdżający zawodników. Ogłuszający grzechot kołatek, dźwięki gwizdków i okrzyki towarzyszą Ci przez cały czas. Super sprawa, mobilizuje na trasie. Gdy brakuje przełożeń myślisz wtedy: : “kurczę, jak nie wjadę, to dopiero będzie wstyd”.

Michał: Wydaje mi się, że do końca nigdy nie będę obiektywny odpowiadając na to pytanie. W końcu w tym starcie zdobyłem slota, więc zawsze będzie on dobrze oceniany. Muszę jednak przyznać, że widać różnice w kulcie Ironmana i hasła Anything is Possible w Europie i USA. Sam fakt,że idąc w koszulce Ironman w zupełnie innym mieście przypadkowe osoby potrafią zaczepiać cię prosząc o kilka chwil rozmowy na temat zawodów.
Podczas tych kilku dni każdy wolontariusz dwoił się i troił aby pomóc zawodnikom, poziom przygotowania imprezy nie pozostawiał nic do zarzucenia. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.
Z tych przyjemnych i zabawnych wspomnień pozostanie hasło “Polak z Chicago czy z Polski “ rozbawiło mnie do łez, gdy tylko padła odpowiedź “Z Polski”. Od razu na trasie miałem dodatkową grupę kibiców, którzy na bieżąco podawali mi międzyczasy moich rywali. Jednak chyba najbardziej wspominać będę chwile kiedy na 3 kilometry przed metą otrzymałem informację, jaką mam przewagę nad 4 zawodnikiem. Wiedziałem, że mogę sobie pozwolić na trucht. Radość na twarzach wolontariuszy i kibiców, wykrzykiwanie imienia a finalnie moja rodzina na mecie i Polska Flaga z którą wbiegłęm to rzeczy których nigdy nie zapomnę. Po przekroczeniu linii mety od razu podszedł do mnie spiker gratulując i informując mnie o miejscu Olimpii. Nie wiem skąd wiedział, ale wiedział. Po chwili odpoczynku zabrano mnie na spowrotem linię mety abym mógł poczekać na żonę. Z takim zachowaniem nie spotkałem się nigdy w Europie.

 

IMG-20170910-WA0138.jpg

Wcześniej bardziej Was kręciły starty w triathlonach ekstremalnych? Co Was skłoniło do przejścia na stosunkowo “płaski” teren?


Olimpia: Nie potrafię wyjaśnić dlaczego, ale jazda rowerem po “płaskim” jakoś mi nie idzie, bieg też nie. Natomiast dobrze radzę sobie w górach. Może dlatego, że mała tam konkurencja. Na szczęście IM Wisconsin też nie należy do “płaskich”.

Michał: Nadal mnie kręcą, nie wyobrażam sobie sezony bez startu w Triathlonie Karkonoskim. Na pewno kiedyś zawitam jeszcze w Szwajcarii aby powalczyć o zwycięstwo w Swissman. Wybierając starty pod siebie zawsze szukam wymagających tras kolarskich. Właśnie rower jest moją najmocniejszą stroną.
Na Ironman Wisconsin nie było ani płasko, ani łatwo na rowerze. Według samego Ironmana ten start znajduje się w pierwszej piątce najcięższych imprez. Teraz już wiem dlaczego i w moim przekonaniu właśnie to spowodowało żę tak dobrze sobie poradziliśmy. Udało się utrzymać przewagę z trasy kolarskiej.

Podejrzewam, że startem “A” będzie właśnie Ironman Kona. Czy w związku z tym będą jakieś zmiany w planach treningowych?

Olimpia: Niewiele. Chciałabym skupić się na bieganiu i poprawić się w tej dyscyplinie, choć nie wiem czy to możliwe po tylu latach. Już sama kwalifikacja na Mistrzostwa Świata wydaje mi się czymś niewyobrażalnym. Z wrażenia nie spałam chyba trzy noce. Stanę ramię w ramię z najlepszymi na Świecie, więc niezależnie od miejsc które zajmiemy, będę z nas dumna. Wszystko jest możliwe.

Michał: Od 5 lat trenuję pod okiem Jakuba Adama będąc częścią GT RAT. Tu może wielu czytelników zdziwie, ale nigdy nie miałem planu indywidualnego. Po prostu uważałem, że go nie potrzebuję. Trenuje według planu grupy zaawansowanej GT RAT. W przyszłym sezonie część tej grupy tydzień wcześniej startuje w Ironman Barcelona, dlatego wydaje mi się, że większych zmian w planie nie będzie i od początku do końca będę realizował to co zobaczę w TrainingPeaks. Od czasu do czasu lubię wpleść sobie jakąś dodatkową jednostkę. Ale to tylko dlatego, że wilka ciągnie zawsze do lasu i ciężko mi jest wytrzymać z dala od górskich przełęczy. Szczególnie, że Wrocław położony jest bardzo blisko kilku fajnych wzniesień.

 

2017-09-11 11.47.41.jpg

Porozmawiajmy o treningach. Jakie stosujecie objętości treningowe w ujęciu tygodniowym?


Olimpia: Kiedy trenowaliśmy u Darka Sidora, który jest takim trochę “typem wojskowym”, to przed występem w Klagenfurcie mieliśmy po 30-35 h ćwiczeń w tygodniu przy normalnej robocie. Do tego w pracy nie miałam zbyt wielu okazji do siedzenia, gdyż jestem fizjoterapeutką. Od paru lat trenujemy pod okiem Jakuba Adama. Zamiast na objętości skupiamy się przede wszystkim na jakości treningu. Wraz z Kubą doszliśmy do wniosku, że 10-15 godzin tygodniowo to maksymalna ilość czasu jaką jesteśmy w stanie przeznaczyć na trening, nie poświęcając szczęścia naszego synka. Wystarczyło.

Michał: Najbardziej wszystkich interesuje jak to zrobić aby się nie narobić i zgarnąć slota. Ale tak się chyba nie da. Swoje trzeba wytrenować.
Na pewno nie mam genów sportowca bo swoją przygodę ze sportem zacząłem 6 lat temu warząc 98 kilo. Slot na Hawaje jest składową przede wszystkich dobrego planu i kilku lat ciągłych treningów. Jesteśmy bardzo specyficzną rodziną. Osobiście drugiej takiej nie znam. Oboje trenujemy do długiego dystansu, mamy małe dziecko i pracę. To wszystko trzeba jakoś pogodzić. W gorącym okresie, na miesiąc przed startem udawało mi się trenować maksymalnie 15 godzin tygodniowo i to przede wszystkim dzięki pomocy najbliższych. Normalnie 10 godzin to maksimum na jakie mogę sobie pozwolić aby nie zaniedbywać rodziny i pracy i to też tylko dzięki temu, że z domu już jakiś czas temu znikło PlayStation oraz telewizor.

Najdłuższe treningi ile trwają?

Olimpia: Przed Ironmanem miałam może trzy pięciogodzinne wyjeżdżenia. Parę tygodni przed zawodami dopadła mnie kontuzja, to pokrzyżowało plany. Niestety z wielu treningów musiałam zrezygnować.

Michał: Jedyne naprawdę długie treningi, to te które mają miejsce podczas obozu triathlonowego. Nie jestem zwolennikiem biegania maratonów i robienia dystansów na rowerze po 200 km. Po prostu nie mamy na to czasu. Dla zobrazowania sytuacji, gdy ja kończe trening, na taki sam wychodzi Olimpia. Dosłownie kilka razy robię wybieganie po 30 km oraz 2-3 dłuższe jazdy przekraczające 160 km. Jednostki realizowane podczas tygodnia zamykają się w 1 – 1,5h dziennie. Jeśli już trzeba zrealizować coś dłuższego to tylko w sobotę rano z grupą.

 

IMG-20170910-WA0115.jpg

 

Jak u Was wygląda kwestia diety?

 

Olimpia: Wiele osób pyta o współpracę z dietetykiem. Zawsze odpowiadam, że jeśli miałabym nadmiar pieniędzy, to z przyjemnością zatrudniłabym fizjoterapeutę. Nie lubię witamin w tabletkach, odżywek i tego typu cudactw. Wszystko co potrzebne staram się dostarczać naturalnie. Na treningach jestem ascetką. Za to od dziecka uwielbiałam jeść, i szybko odkryłam, że zdrowa dieta może zawierać właściwie wszystko, byle z umiarem. Tak więc nie wyeliminowałam z diety żadnych potraw. Kilka kostek gorzkiej czekolady dziennie na pewno mi nie zaszkodzi. Pizzy czy szarlotki także nie odmówię. Cała sztuka polega na tym, by mieć świadomość na jakim paliwie twój silnik działa najlepiej. W tej materii cały czas się uczę. Gdyby jeszcze Michał był konsekwentny i nie przynosił słodyczy do domu.

Michał: Śledząc ostatnie artykuły na Akademii Triathlonu chyba powinienem odpowiedzieć że oczywiście mamy dietę. Ale to było by kłamstwo. Wiadomo staram się nie jeść słodyczy. Choć zdarza się, że i tak jem. Staram się jeść warzywa. Na staraniach czasami się kończy… Chyba jedynej rzeczy, której tak naprawdę się pilnuje to nie picie alkoholu w sezonie. Staram się jeść i żyć normalnie w końcu ten sport ma mi sprawiać przyjemność a nie powodować frustracje, że mam na coś ochotę a nie mogę tego spróbować. W tym roku najpewniej podejmę jakieś kroki aby dość do mojej wymarzonej wagi startowej. W końcu na Ironman Kona trzeba jakoś wyglądać. Więc jeśli ktoś ma pomysł na dietę która nie pozbawi mnie energii, nie zmusi mnie do spędzania godzin w kuchn, a dodatkowo zmniejszy moją masę ciała o 5 kilo – to zapraszam, przetestuję.

 

Alicja i Rafał Medak to małżeństwo, które dostało przydomek “żelazne małżeństwo”. Czy słyszycie podobne określenia w stosunku do Waszej pary?

Olimpia: Jeszcze nie, ale we dwoje jest sto razy łatwiej! Nikt mnie tak nie rozumie jak Michał. Mamy podobne aspiracje. Spać chodzimy o tej samej porze, jemy to samo, trenujemy razem, a później boli nas tak samo. Ostatecznie jednak najcenniejsza wydaje się wspólna radość, uśmiechy i uściski na linii mety. Nie dość, że przytulasz bliską osobę to jeszcze uczestnika wyścigu. Dzielenie z kimś szczęścia jest wyjątkowym zwycięstwem. Takich momentów się po prostu nie zapomina.

Michał: Najczęściej chyba “szaleni” (śmiech). Może jakiś przydomek już istnieje ale na razie nikt nie chce go nam wyjawić. Osobiście nadał bym nam przydomek “mistrzowie logistyki”. W ostatnim czasie bardzo dużo osób zgłosiło się do nas z prośbą o pomoc w ułożeniu życia, w taki sposób aby można było mieć rodzinę, pracować i trenować. Na przydomek “żelazne małżeństwo” zasługuje się dopiero po wizycie w Kona, więc mam nadzieję, że za rok z Alicją i Rafałem spotkamy się tam na kawie.

 

2017-09-10 23.32.58.jpg

Jak układa Wam się życie rodzinne przy tak wymagającej dyscyplinie jaką jest triathlon długodystansowy?


Olimpia: Dzieci to wielka szkoła gospodarowania czasem. Potrafią przewartościować świat. Są wspaniałe, ale bywają mocno absorbujące. Szczególnie małe bąble wymagają od nas czasu, tak naprawdę całego czasu, jaki mamy. To bardzo utrudnia logistykę dnia powszedniego. Nie ma co ukrywać, jest ciężko. Ale mając cel łatwiej nam będzie do niego dążyć.
Często porównuję bycie rodzicem do startu w Ironmanie. Gdy zaraz na początku dasz z siebie wszystko, padniesz po kilkudziesięciu kilometrach. A jeśli zostaniesz na starcie myśląc, że nie zaszkodzi jeszcze poodpoczywać, pozałatwiać sprawy i wyruszysz za godzinkę lub dwie, to sromotnie przegrasz. Będziesz w tym wyścigu miał odcinki sprintu, gdy pędzisz jak najszybciej. Będą podjazdy pod górę, kiedy trzeba się mocno napracować, mimo iż wydaje się, że stoisz w miejscu. Potem zjazdy z górki, na których nie warto się męczyć – to czas na odpoczynek. Trochę pływania w grupie, kiedy można płynąć w drafcie i trochę finiszów, kiedy trzeba dać z siebie wszystko. Chodzi o to aby w tym całym szaleństwie znaleźć złoty środek.
Dla półtorarocznego Stacha jesteśmy głównymi dystrybutorami tego świata i nie wyobrażam sobie, żeby nasze dziecko, które właśnie kształtuje swoją świadomość, widziało nas tylko tyle, ile jesteśmy nie na treningu lub w pracy. Dlatego zdecydowałam się na bezpłatny urlop wychowawczy. W tygodniu wymieniamy się treningami. Najpierw ja, potem Michał, albo odwrotnie. Ja wybieram wczesne wstawanie, gdy chłopaki jeszcze śpią. Wymykam się bezszelestnie z domu. Staram wrócić, gdy jeszcze drzemią. Nie zawsze wychodzi, ale na pocieszenie zostawiam mężowi obok łóżka ciepłą kawę. Najdłuższe treningi robimy w soboty i niedziele, bo tylko wtedy mamy więcej czasu i możemy liczyć na pomoc dziadków. Ciągamy Stacha na treningi, jeździmy z nim na zawody sportowe, obozy. Zresztą podczas ostatniego sylwestrowego biegu w Trzebnicy nie tylko my biegliśmy, pchając przed sobą niemowlę w wózku sportowym. Można zacząć gdy dziecko skończy 3 miesiące. A to już oznacza brak wymówek. Mamy też w ramach zajęć ogólnorozwojowych w naszym klubie opcję – opieki nad dzieckiem. Trenerka szkoli naszą pociechę, podczas gdy rodzic pracuje nad core stability. Takie rozwiązanie pozwala przetrwać zimę oraz uzupełnić trening o elementy sił i sprawności. Dzieci w tym czasie doskonale się bawią. A później same wyciągają „na salkę zabaw” – to dopiero motywuje. Oczywiście mamy klasyczne kryzysy. Chwile zwątpienia są nieuniknione. Na szczęście potrafimy usiąść i się dogadać. Zawsze potrafiliśmy wypracować kompromis.

Michał: To jest ciągła walka z czasem którego wiecznie brakuje. W pracy zarządzam projektami, chcąc nie chcąc część tej wiedzy wykorzystuje w domu do planowania i realizacji zadań. Bo trenowanie do Ironmana nie jest niczym innym niż wieloletnim projektem. Kalendarze google, tablice magnetyczne, wieczorne 5 minutowe rozmowy w których ustalamy nagłe zmiany, rejestry ryzyk, planowanie budżetu. To wszystko zawitało do naszego codziennego życia. Jestem osobą bardzo zaplanowaną i to wydaje mi się połową sukcesu. Drugą połową jest rodzina na której można polegać szczególnie teraz gdy Stach staje się coraz bardziej absorbujący.

 

Wasza historia jak trafiliście do triathlonu jest niezwykle ciekawa. Podzielicie się nią z czytelnikami Akademii Triathlonu?

Olimpia:

Nasza historia jest opowieścią o sportowcach z przypadku. Triathlon to był wybryk, biorąc pod uwagę fakt, że po trzydziestce ciężko nauczyć się nowych rzeczy, a co dopiero trzech dyscyplin sportowych. Pierwszy raz oglądałam zawody Ironman siedem lat temu, zresztą za namową instruktora spinningu, który kilkukrotnie brał w nich udział. Była to pamiętna relacja z 1982 roku, gdy Julie Moss upadła i na zakrwawionych dłoniach i kolanach czołgała się do linii mety. Siedziałam ze ściśniętym gardłem. Pomyślałam sobie wtedy: „To jest coś niesamowitego. Jazda na rowerze górskim, która wtedy była naszą pasją, to przy tym to letargiczny spacer!” Czy miałabym jakieś szanse? Czy spaliłabym się, albo odpadła w przedbiegach?
Byłam zauroczona…Kilka tygodni później, leżąc na kanapie i pochłaniając ketchup za pomocą zimnej parówki, usłyszeliśmy w Radiu Wrocław o projekcie Radiowej Akademii Triathlonu. Zanim zdążyliśmy pomyśleć w co się pakujemy wzięliśmy udział w eliminacjach. Omal z krzesła nie spadłam, gdy usłyszałam, że zostaliśmy wybrani. Zanosiło się na rewolucję. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to niespodziewane zdarzenie zmieni nasze życie na dobre. Od tego momentu minęło 6 lat. W 2013 roku w naszych głowach narodził się pomysł stworzenia Grupy Triathlonowej RAT. Obecnie jesteśmy jedną z największych grup w Polsce. Poznaliśmy dziesiątki serdecznych i bezinteresownych ludzi. Zawarliśmy masę przyjaźni. Treningi z dnia na dzień sprawiały nam coraz więcej przyjemności. I tak powoli podwyższaliśmy swój poziom.

 

2017-09-09 17.50.50.jpg

 

Zapraszam do śledzenia naszych przygotowań na naszych blogach:
www.dowhatyoulove.pl

www.lovewhatyoudo.pl

oraz na
www.gtrat.pl

 

Wyniki Olimpii i Michała z Ironman Wisconsin

 

Wojtyło wyniki IM Wisconsin.jpg

3 KOMENTARZE

  1. Podziwiam Was za wytrwałość w dążeniu do celu i umiejętność pogodzenia tak czasochłonnej pasji z życiem rodzinnym. Mam o tyle łatwiej, że cała nasza piątka dzieci już z Domu Rodzinnego wyfrunęła. Bardzo się cieszę, że spotkamy się na Hawajach. Pozdrawiam serdecznie ze statku na Zatoce Perskiej, gdzie próbuję zarobić na nasz (z żoną, ale nie triathlonistką) wyjazd.
    Do spotkania w Kona, a może na jakichś wcześniejszych startach w 2018

    Darek Drapella

  2. bardzo Wam gratuluję i jednocześnie zazdraszczam współnej pasji i tego zrozumienia. Powodznia na Hawajach.
    PS. z Olimpią poznaliśmy się jakiś czas temu, jak jeszcze studiowała fizykoterapie, mamy wspólną znajomą. Później jak mi powiedziała, jaki wynik zrobiłaś w Klagenfurcie byłem pod wrażeniem. Teraz to wyrywa z butów. Szacun dla obojga,

  3. Z ogromna przyjemniscia przeczytalem wywiad z kolejnymi Polskimi twardzielami . Bardzo zaluje ze nie doszlo do naszego spotkania -( ktos ze znajomych rodziny Michala byl na waszej powitalnej iprezie i chciaj nas umowic na trening rowerowy …ale szybko poszliscie grzecznie spac i wszystko upadlo). W okolicach Chicago ( polnocna strona) jest bardzo duzo bardzo dobrych tras rowerowych i biegowych ( cisza , dobry asfalt, rozny profil drogi) i …mnostwo ludzi ktorzy trenuja , takze wielu Polakow . Musze powiedziec ze to co sie dzieje z triatlonem w Polsce iest dla wielu Polonusow – szokiem-( czesto o Was i waszych iprezach w Polsce rozmawiamy) Jest dobrze Serdecznie zapraszam wszystkich na starty za Wielka Wode- ( jest kilka szybkich polowek i calych IM w okolicznych stanach Illinios) A w samym Chicago ( coroczna ipreza Chicago Triathlon – przyszly rok sierpien 26-) piekna i duza ipreza ktora mozna potraktowac jako przetarcie ( sprint i olimpijka) przed docelowa impreza …Olimpia i Michal rozwalcie system na Konie….i serdecznie pozdrawiam wszystkich ktorzy o tym marza i tych ktorzy mysla aby sprobowac pierwszy raz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here