brett sutton
Home Aktualności Publicystyka Artykuły w etykiet: bieganie

Wbrew pozorom niska temperatura może przyspieszyć odwadnianie organizmu podczas treningu. W zimowych temperaturach zmniejsza się odczuwanie przez nas pragnienia nawet o 40%. Dzieje się tak ponieważ podczas treningu na mrozie naczynia krwionośne się obkurczają, aby zachować ciepło wewnątrz organizmu. Skurczone naczynia powodują podwyższenie ciśnienia. Aby obniżyć ciśnienie, nerki produkują więcej moczu. Dodatkowo odwadniamy się poprzez oddychanie wypuszczając z ust parę wodną.

 

Zdawałoby się, że w zimie się nie pocimy. Nie zapominaj, że w suchym zimowym powietrzu pot paruje szybciej. Jeśli jeszcze nie zamarzasz z zimna, to praktycznie pewne, że się intensywnie pocisz. Sprawdź swoje ubrania biegowe po treningu czy są mokre i w jakich miejscach. Zbyt wiele warstw lub zbyt grube ubranie to dodatkowy ciężar i bardziej skrępowane ruchy, dochodzi nam jeszcze śliska nawierzchnia i trening staje się cięższy niż ten w ciepłych miesiącach.

 

Odwodnienie zimą ma negatywne skutki. Łatwiej złapać przeziębienie. Z kolei jeżeli chcesz się odchudzić to zbyt niskie nawodnienie organizmu będzie hamowało zrzucanie wagi.

 

Jak poradzić sobie z zamarzającym płynem i batonami?

 

Na początku warto zaopatrzyć się w bidon termiczny, który dłużej trzyma temperaturę od tradycyjnego. Dodaj trochę soli lub cukru do bidonu to spowoduje, że obniży się temperatura zamarzania wody. Aby baton nie stał się twardy jak skała, schowaj go do kieszonki możliwie blisko ciała, najlepiej w miejscu gdzie masz najbardziej rozgrzane mięśnie.

 

Inny sposób polega na wytyczeniu sobie pętli wokół domu, a w nim blisko drzwi ustawiasz sobie bidon z napojem. Podczas każdej pętli wpadasz do domu na parę sekund aby się napić i lecisz dalej.

 

Oprócz uzupełniania płynów na dłuższych treningach, nawadniaj się przed wyjściem na trening jak i po powrocie do domu. W trakcie dnia staraj się pić rozgrzewające napoje, natomiast miej na uwadze, że kawa i alkohol odwadniają. Po powrocie z bardzo długiego treningu, czy intensywnej wycieczki górskiej kontroluj swój mocz. Jeżeli nie czujesz potrzeby oddawania moczu przez dłuższy czas, jest to znak, że nastąpiło odwodnienie. Następnie sprawdzaj kolor moczu, im będzie się stawał bardziej klarowny tym lepiej. W tych zimowych miesiącach możesz sobie ustalić za cel minimalizację utraty płynów podczas treningów.

Opublikowane w Metodyka treningu

W okresie zimowym warto zwrócić uwagę na witaminę D, która gra istotną rolę w strukturze naszych kości, wspomaga układ odpornościowy i ma wpływ na wydolność organizmu. Niedobór tej witaminy może powodować uczucie braku motywacji do działania i słabość mięśni. Witamina D wspomaga wchłanianie wapnia. Wapń jest najważniejszym składnikiem naszych kości, ma pozytywny wpływ na ciśnienie krwi, wzrost czy dobrą pracę mięśni. Także zmniejsza ryzyko złamań.

 

Przy odpowiednim poziomie witaminy D w organizmie następuje szybsza regeneracja mięśni po ciężkich treningach oraz odczuwamy mniejsze zmęczenie. U sportowców trenujących ponad 20 godzin tygodniowo, łatwo o niską odporność organizmu. Witamina D wspomaga układ odpornościowy, dzięki czemu łatwiej uniknąć choroby.

 

Żyjąc w Polsce, zimową porą wszyscy jesteśmy narażeni na niedobór tej witaminy z powodu zbyt słabego nasłonecznienia. Lecz kiedy już pojawią się bardziej słoneczne dni, używanie kremów z filtrami także blokuje tę witaminę. Filtr SPF 15 blokuje w 99% syntezę witaminy D. Według norm przyjętych w Polsce dzienne zapotrzebowanie na witaminę D u osoby dorosłej to 800 - 2000 IU* zależnie od masy ciała.

 

Najlepszym sposobem na dostarczenie witaminy D jest przebywanie na słońcu, już od 5 do 30 minut, w zależności od pigmentu skóry jesteśmy w stanie przyswoić dawkę 1500 - 2000 IU witaminy D. Im skóra jaśniejsza tym szybciej ten proces zachodzi. Wystarczy odsłonić ręce, nogi i twarz. No tak, ale mamy zimę, a kąt padania promieni słonecznych najkorzystniejszy jest w okresie od kwietnia do września. W takim razie pozostaje nam dieta z naciskiem na produkty o wysokiej zawartości witaminy D. Najbardziej bogatymi produktami w witaminę D są tłuste ryby takie jak: dorsz, dziki łosoś czy makrela. Jeżeli chciałbyś suplementować witaminę D w tabletkach musisz wiedzieć, że jest znacznie słabiej przyswajalna. Przed przystąpieniem do suplementacji najpierw zbadaj krew na poziom witaminy D w organizmie.

 

Poniżej produkty, które zawierają witaminę D.

 

Olej z wątroby dorsza 1 łyżka - 1400 IU

Śledź 100 g - 1400 IU

Dziki łosoś 100 g - 1000 IU

Halibut 100 g - 900 IU

Makrela 100 g - 550 IU

Łosoś hodowlany 100 g -  250 IU

Tuńczyk 100 g - 200 IU

Mleko 220 g - 100 IU

Jajko 1 szt. - 25 IU

Ser 30 g - 12 IU

 

*IU - International Units - Międzynarodowe Jednostki


Opublikowane w Dieta

Trenując triathlon czy inne sporty wytrzymałościowe spotykacie się z tematem treningu siłowego. Często pojawia się dylemat, czy wykonywać tego typu ćwiczenia, w napiętym do granic możliwości grafiku tygodnia. Przecież już trenuję trzy dyscypliny sportu i jeszcze mam podnosić ciężary? - Tak! Trening siłowy jest tak samo ważny jak jazda na rowerze, pływanie czy bieganie. Pomimo, że podczas zawodów nie wykonujesz ćwiczeń z siłowni, należy to traktować jako nieodłączny element całej układanki. Jeżeli nie rozwiniesz odpowiednio siły nóg i rąk, a tylko budujesz wytrzymałość, przez cały wyścig będziesz w stanie pedałować jedynie z małą siłą, co przekłada się na małą moc (waty) i w efekcie na niską prędkość. Chyba tego nie chcesz? Nie po to tyle godzin spędzasz na rowerze i bieganiu, prawda? 

Im będziesz silniejszy, tym będziesz szybszy. Będziesz w stanie kręcić więcej watów na rowerze. Będziesz w stanie szybciej podbiec pod górkę. Będziesz w stanie szybciej płynąć. A to wszystko składa się na lepszy wynik na mecie.

Trening siły stosujemy po to, aby się rozwinąć i poprawić wyniki. Warto zaplanować ten proces, aby wykorzystać go jak najbardziej efektywnie i nie tracić czasu. Trzeba rozważyć specyfikę w tym wypadku treningu siłowego, balans mięśni, funkcjonalność, specyfikę siły i stabilizację. O co w tym wszystkim chodzi?

Specyfika treningu - zależy nam na maksymalnym transferze siły z ćwiczeń z obciążeniem na generowaną moc podczas roweru, biegu czy pływania. W związku z tym ćwiczenia powinny jak najbardziej odwzorowywać docelowy ruch. Nie ma sensu na początku wymyślać skomplikowanych schematów ruchowych, wystarczą w tym wypadku najprostsze, ale jakże wymagające przysiady czy wykroki.

Balans mięśni - pod tą nazwą kryje się nic innego jak zachowana równowaga całego ciała. Warto obserwować swoje ciało i treningiem siłowym niwelować dysproporcje wynikające czasami z pewnych przyzwyczajeń, uprawiania innych sportów czy po prostu z genetyki. Skupienie się na jednej partii mięśni i pomijanie innej może prowadzić do kontuzji.

Funkcjonalność - uprawiając sporty wytrzymałościowe przez długi czas wykonujemy powtarzalne ruchy. Często zbyt mały zakres ruchu lub błędy w technice spowodowane są zbyt słabymi mięśniami lub ścięgnami. Sytuacja może być odwrotna, zbyt duże mięśnie mogą utrudniać swobodny ruch. A to wszystko są ograniczenia, które powodują, że nie wykorzystujemy w pełni swojego potencjału.

Specyfika siły - dodając coraz większe obciążenia, wykonujemy ćwiczenia wolniej. Nie odzwierciedla to dokładnie szybkości ruchu podczas sportu wytrzymałościowego. Dlatego należy przeplatać ćwiczenia z mniejszym ciężarem lub bez i wykonywać je szybciej. Przykładem bardzo eksplozywnych ćwiczeń są wskoki na skrzynię.

Stabilizacja - kiedy ciało jest stabilne i masz zachowaną prawidłową sylwetkę, nie obciążasz jeszcze bardziej pracujących mięśni podczas pływania, roweru czy biegu. Mięśnie mogą swobodnie napędzać twoje ciało zamiast tracić energię na utrzymywanie postawy. Dlatego ćwiczenia stabilizacyjne są tak ważnym uzupełnieniem treningu siłowego.

Początkowo warto rozpocząć od ćwiczeń z ciężarem własnego ciała, aby przygotować mięśnie i ścięgna na większe obciążenia. Po kilku tygodniach regularnego treningu bez dodatkowych ciężarów zaadaptujesz na tyle organizm, że przestaniesz się rozwijać tak jak na początku i jedynie będziesz podtrzymywał formę. Aby stać się silniejszym musisz trenować z większym obciążeniem, które będzie powodowało adaptację twojego organizmu.

 

O treningu siłowym w triathlonie pisalismy już wielokrotnie. Poniżej przypominamy linki do najważniejszych artykułów: 

 

1. Jak zwiększać siłę i moc - po wykładzie profesora Zbigniewa Trzaskomy. 

 

2. Siła kolarska - co zrobić, gdy nie ma wysokich gór? 

 

3. Zrób to sam - zabawki do kształtowania siły w pływaniu

 

4. Trening siłowy w triathlonie. Część I

 

5. Trening siłowy w triathlonie. Część II 

 

6. Ćwiczenia core. Inny, stary punkt widzenia. Nowinki a badania naukowe

Opublikowane w Metodyka treningu
piątek, 21 kwietnia 2017 07:01

Ruch najskuteczniejszy w walce z depresją

Najnowsze badania dowodzą, iż wysiłek fizyczny może być najważniejszym czynnikiem podczas walki z depresją. Przebadano pod tym względem wyjątkowo dużą grupę 1.140.000 mężczyzn i kobiet. Przeprowadzone badania wskazują, że regularny trening “zmienia nasze ciała i mózgi w taki sposób, że stajemy się odporni na rozpaczanie”.


Wiele poprzednich badań opierało się na zbyt małej liczbie przebadanych osób lub tylko na zaufaniu do ankietowanych odnośnie ich wspomnień związanych z trenowaniem. Tym razem sprawdzano czy ćwiczenia fizyczne mogą zapobiegać depresji mierząc poziom wytrenowania uczestników testów. Naukowcy skupili się na porównaniu zdrowia psychicznego z początku prowadzonych badań, do tego po roku lub później.


Ze statystyk wynika, że ludzie o najniższej kondycji fizycznej mają o 75% większe prawdopodobieństwo zdiagnozowania depresji, niż ci, którzy są w wyższej formie. Natomiast Ci w środku stawki pod względem wytrenowania mają o 25% większe prawdopodobieństwo rozwoju depresji, niż ci o najwyższej kondycji. Oddzielne, drugie badanie pokazuje, iż pacjenci ze zdiagnozowaną klinicznie depresją poddani regularnemu, wysiłkowi fizycznemu zauważają znaczną poprawę stanu psychicznego. Trzecie opracowanie polegało na badaniu krwi osób cierpiących na silną depresję przed i po treningu. Próbki krwi po wysiłku pokazały zmniejszoną ilość markerów zapalnych oraz zwiększenie produkcji hormonów i substancji biochemicznych, które są odpowiedzialne za zdrowie mózgu.


Jak przyznają główni autorzy tych trzech badań, profesor Brendon Stubbs z King's College w Londynie oraz naukowiec specjalizujący się w wysiłku fizycznym Felipe Barreto Schuch z Centro Universitário La Salle w Canoas położonym w Brazylii, to jest dopiero pierwszy etap projektu. Należy wykonać większe i dłuższe w czasie opracowanie. W przyszłości naukowcy chcą odkryć jakie dokładnie ćwiczenia należy wykonywać i jak w jakiej ilości, aby skutecznie leczyć i zapobiegać depresji.


Podsumowując słowami naukowców “ludzie potrzebują być aktywni aby poprawiać zdrowie psychiczne”.


Badanie nr 1 https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/27765659

Badanie nr 2 https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26978184

Badanie nr 3 https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26657969

Opublikowane w Publicystyka

Dzisiaj, chciałbym poruszyć sprawę treningu jesienno-zimowego, a właściwie to specyficznego rodzaju treningu, którego jestem gorącym zwolennikiem. Jesień i zima to bez wątpienia bardzo długi okres, wymagający dużej cierpliwości i samozaparcia. Ze względu na zimno i dużo krótszy dzień, bardzo często skracamy treningi lub nawet ich nie wykonujemy. Niestety odbija się to później na naszych wynikach. Jak zatem przetrwać ten okres, aby być w jak najlepszej formie na najważniejszych zawodów w roku?

 

Osobiście bardzo lubię okres jesienno-zimowych treningów. Pozwala mi on wprowadzać zmiany i bodźce treningowe bez zbytniego zwracania uwagi na ich intensywność. Wychodzę tutaj z założenia, że wysoką intensywność trzymam na basenie, a na rowerze i biegu pracuję na nabijaniu godzin i kilometrów. Jedynym sprzętem monitorującym moje trening w tym okresie jest zwykły zegarek, dzięki niemu wiem, o której muszę być w domu. Zdaję sobie jednak sprawę, że po 40 latach uprawiania sportu dla mnie zegarek w zupełności wystarczy. Dla mniej zaawansowanych i początkujących triathlonistów polecałbym również pulsometr ale nie na każdym treningu. Według mnie zbyt duża kontrola i monitorowanie wysiłku może prowadzić do przetrenowania w przypadku zawodnika lub zawodniczki, którzy traktują szybkościomierz lub miernik watów na rowerze jako sparing partnera. Dla drugiej grupy zawodników ciągły pomiar parametrów treningowych może wpływać jako hamulec intensywności, który też nie zawsze jest wskazany.


Jesień, zima to 4-5 miesięcy, kiedy warto próbować nowych rzeczy w treningu. Jeśli jesteś typem zawodnika, zawodniczki uzależnionym od gadżetów zacznij wykonywać część treningów bez nich. Zostaw je w domu, wyjdź na rundę, którą dobrze znasz, patrząc tylko na zegarek, kiedy wychodzisz i wchodzisz do domu. Podczas treningu wsłuchuj się w swój organizm i po powrocie do domu porównaj swoje odczucia i czas na wykonanie treningu z parametrami i odczytami z mierników, jakie używałeś na poprzednich treningach. Jest to bardzo ciekawy sposób na analizę treningu. Pozwala on nam na samoocenę, jak bardzo znamy swój organizm. Można zauważyć, że im bardziej doświadczony zawodnik tym częściej trenuje na samopoczucie.


Jeśli jesteś drugim typem zawodnika, który używa elektroniki jako hamulca intensywności i jesteś w stanie wykonać trening dużo szybciej, niż kiedy go monitorujesz elektronicznie i na dodatek nie czujesz się bardziej zmęczony, to może czas na nowe testy progów intensywności. Jeżeli progi się nie zmieniają, drugą lekcją z takiego treningu to wiedza, że w trakcie zawodów jesteś w stanie “pocisnąć” dużo szybciej, intensywniej niż ci się poprzednio wydawało.
Trening na samopoczucie wykonuj bez muzyki. Na treningu jesteś tylko ty i twój organizm. Wsłuchuj się w pracę i rytm twojego serca, zwracaj uwagę na sposób oddychania i napięcia mięśniowego, jak bardzo jesteś rozluźniony czy spięty. Staraj się być bardzo wyczulony na wszelkiego rodzaju wewnętrzne sygnały. Piszę o tym sposobie treningu, gdyż według mnie umiejętności kontroli samego siebie i odczytywanie pomiarów elektronicznych w trakcie startu to najtrudniejsza część zawodów.


Przeprowadziłem setki rozmów z zawodnikami na różnym poziomie wytrenowania, którzy po nieudanym starcie, słabym biegu, mówią mi mniej więcej taką formułkę: “Nie wiem, co się stało. Na rowerze czułem się dobrze jechałem zgodnie z założeniami. Tętno, szybkość, waty, wszystko jak trener kazał, zsiadłem z roweru, przebiegłem kilometr, dwa i nogi nie podają. Kurczę, nie wiem co jest. “


Jest to typowe podsumowanie zawodów przez zawodnika, który nie czuje swojego organizmu. Nasze początkowe założenia watów, szybkości tętna są nie zawsze dokładne. Na pewno są one pomocne, ale nie zawsze w pełni się sprawdzają. Na przykład mamy założenie utrzymać 210 watt w trakcie jazdy rowerem. Na początku jazdy nasza waga to 70 kg, co daje nam 3 watt na kilogram masy ciała, podczas startu temperatura jest wysoka, jest wilgotno i już w pierwszej części zawodów zawodnik traci 2 kilogramy wagi. Wówczas, aby utrzymać założoną moc 210 watt zawodnik musi zwiększyć intensywność wysiłku do 3.1 watów na kilogram masy ciała. Ta zmiana intensywności może być tak zwanym gwoździem do trumny w trakcie startu na długim dystansie. Zawodnicy którzy są ciężsi i mają ubytki masy 3 kg i więcej mogą odczuć to jeszcze gorzej.


Na biegu możemy mieć sytuację zupełnie odwrotną. Z własnego doświadczenia wiem, że jeżeli bieg odbywa się przy temperaturach powyżej 25 stopni celsjusza, jestem w stanie biec na zawodach z tętnem wyższym od trzech do pięciu uderzeń powyżej tego, jakie odnotowuje przy temperaturach w granicach 20 stopni i poniżej. Jest to dla mnie bardzo ważna informacja, która pozwala na osiągnięcie lepszych wyników. Tutaj bardzo sprawdza się trening na samopoczucie, o którym pisałem wyżej. Jeżeli organizm mówi mi, że podniosłem intensywność zbyt mocno, żeby utrzymać waty lub szybkość którą sobie założyłem, radziłbym słuchać się organizmu i zwolnić. Wychodzę z założenia, że lepiej pojechać na rowerze wolniej o 5 minut i pobiec szybciej o dziesięć, niż zrobić to odwrotnie.


Dla bardziej zaawansowanych polecam robienie zakresów na wyczucie. To jest dopiero zabawa! Zakładasz monitor zaklejasz taśmą ekran i do przodu. Później porównujesz odczyty z odczuciami. Po kilku takich treningach będziesz naprawdę dużo o sobie wiedział. Dowiesz się jakim jesteś typem zawodnika, jakie masz słabe i mocne strony.


Czy startujesz za mocno i potem ci nie starcza siły, czy zbyt asekuracyjnie i jak kończysz czujesz, że masz rezerwy, których nie wykorzystałeś. Jak szybko się regenerujesz, kiedy przeholujesz. To wszystko są bardzo ważne informacje, kiedy zaczynasz ścigać się o miejsca. Łatwiej jest wówczas podejmować decyzje na temat tempa zawodów, czy warto zaryzykować i podnieść intensywność, czy ściśle trzymać się założeń przedstartowych i ściśle stosować się do tego, co trener zaplanował.


Piszę o tym rodzaju treningu w listopadzie, gdyż jest to bardzo bezpieczny czas na wykonywanie tego rodzaju pracy. Jeżeli ktoś przesadzi, robiąc taki trening zbyt szybko czy zbyt intensywnie, wówczas jest jeszcze bardzo dużo czasu na korektę i prawidłowe przygotowanie do startu latem. Pamiętajcie, nie bójcie się zmian, wychodźcie na zewnątrz strefy komfortu im więcej tych doświadczeń w trakcie treningu, tym więcej udanych startów w sezonie. Nie ważne czy jesteś amatorem czy profesjonalistą, uwierzcie mi każdy może w tym treningu znaleźć coś dla siebie.


Pozdrawiam i do pracy!

 

Opublikowane w Publicystyka
piątek, 09 września 2016 20:20

Człowiek z patentem na życie

Jest to opowieść o tym, jak z pasji rodzi się pomysł na biznes – rozmowa z Tomaszem Czarneckim – Ironmanem, wynalazcą i właścicielem kilku patentów. Większość ludzi stara się pogodzić swoją pracę z zainteresowaniami i znaleźć czas na realizację swojej pasji. Wielu szczęśliwcom udaje się łączyć swoje hobby z zajmowaną posadą. Jednak są i tacy, którzy ze swojej pasji czerpią inspirację dla własnego biznesu. 


Krzysztof Mytnik: Zaczniemy od Twojej pasji, bo to ona dała początek Twojemu biznesowi.

Tomasz Czarnecki: Tak – uśmiecha się Tomasz - biegam od 10 lat. Pamiętam swoje pierwsze zawody w 2006 roku - SMŚ, czyli Spontaniczne Młocińskie Ściganie, którego organizatorem był Adam Klein (red. nacz. bieganie.pl) - bardzo kameralna impreza, ówczesne środowisko biegaczy dobrze się znało. To było moje pierwsze 10 km. Potem był pierwszy półmaraton – czerwiec 2009 r. w Gdyni
 
Pierwszy maraton?

Chciałem, żeby to było coś szczególnego - znaczącego dla mnie, dlatego wybrałem maraton, który odbywał się w dniu moich urodzin. I tak trafiłem na swój pierwszy crossmaraton, jak dobrze pamiętam to było w 2008 roku. Zawody odbyły się w Sielpi, w świętokrzyskim. „Maraton przez Piekło do Nieba” nazwa mówi sama za siebie – śmieje się Tomek - przed startem liczyłem na połamanie 4h, ale w połowie marzyłem tylko o jego ukończeniu.

Kiedy przyszedł Ci do głowy triathlon?

To było w 2009 roku w Poznaniu. Podczas półmaratonu spotkałem swojego kolegę ze studiów, który pochwalił mi się, że startuje w zawodach Ironman we Francji. Pomyślałem – wariat, przecież coś takiego to ogromny wysiłek dla organizmu. Przyznam jednak szczerze, że sam zacząłem się nad tym zastanawiać. Miałem tylko jeden problem… nie potrafiłem pływać.

To chyba dość duża przeszkoda…

Żeby było zabawnie nauczyłem się pływać z książki.

Jak to?

Moja żona miała podobną minę, jak o tym usłyszała. Na początku nie chciała ze mną chodzić na basen. Ruchy, które wykonywałem w wodzie były dość… osobliwe. Ćwiczyłem kolejne ruchy całej sekwencji kraula.

W ten sposób udało Ci się wystartować w Twoim pierwszym triathlonie?

Tak, to było w Suszu. Pamiętam, że bardzo przestraszyłem się wody. Połowę dystansu przepłynąłem żabką. Wcześniejszych treningów nie zaliczałem na otwartych wodach, co było błędem. Następnie 90 km przejechałem na ostrym kole, bo nie miałem szosowego roweru. Z tego pierwszego razu wyciągnąłem wnioski i już przy następnych zawodach byłem lepiej przygotowany.

Dużo masz medali?

Sporo.

Masz je na czym wieszać?

Teraz już tak – śmieje się Tomek.

Opowiesz mi o tym.

To wszystko dzięki żonie – mówi – Chciałem kupić jakiś wieszak na nie, ale żadnego nie zaakceptowała. Prawda jest taka, że wszystkie są ciężkie i żelazne. Więc zacząłem się zastanawiać. Spojrzałem na magnesy na lodówce i mnie olśniło. Tak powstał RIQQON. Wraz z Łukaszem Szymulą - moim wspólnikiem rozpoczęliśmy realizację projektu. Skontaktowaliśmy się z organizatorem jednego z biegów. Jemu jednak zależało na wyeksponowaniu kilku medali obok siebie. Wtedy wpadłem na pomysł modułów. Tak się zaczęło. Teraz staramy się otworzyć własną produkcję, która pozwoli nam kontrolować cały proces. Jesteśmy na etapie zbierania funduszy.

 



CzlowiekZPatentemNaZycie1Można Wam w tym jakoś pomóc?

Tak, pieniądze zbieramy w ramach kampanii na portalu Stwórz Mistrza. Zainteresowanych odsyłam do strony stworzmistrza.pl

Jesteś wynalazcą?

Dokładniej mechanikiem, absolwentem Automatyki i Robotyki Politechniki Warszawskiej. Ostatnie pięć lat projektowałem roboty mobilne. Robot naszej konstrukcji brał udział w militarnym konkursie robotów i zdobył nagrodę Best Scientific Solution w Szwajcarii i zwyciężył pokonując m.in. irobota. Stworzyłem również maszynę rolniczą – przewoźną chłodnicę do ziarna, która pozwala zaoszczędzić kilkanaście procent energii cieplnej, co przy suszeniu ziarna w ilości tysięcy ton daje spore oszczędności oraz zwiększa wydajność suszenia. Obecnie sam sobie jestem szefem.

Nad czym teraz pracujesz?

Systemem pomiaru czasu na zawodach połączonym z geolokalizacją. Tradycyjny moduł RFiD będzie wspomagany GPSem.

Możesz trochę prościej…

Zawodnik ma na sobie chipa, który łączy się z każdą komórką posiadającą naszą aplikację. Taką aplikację mogą mieć w swoim telefonie organizatorzy, wolontariusze, służba zdrowia, trenerzy, czy członkowie rodziny. Dzięki temu, zawsze istnieje możliwość sprawdzenia, gdzie jest zawodnik, ile mu jeszcze czasu zostało do pokonania kolejnego etapu, czy nie potrzebuje pomocy, porównać jego aktualne tempo z przeciwnikami itd. W tym momencie kończymy pierwszy prototyp. Co ciekawe dla użytkowników: chip będzie niewiele większy od obecnych chipów RFiD co wyróżni go spośród konkurencji. Jak to zrobiliśmy, zdradzę następnym razem.

Trzymam za słowo.

Opublikowane w Wywiady

Swimrun to stosunkowo nowa dyscyplina sportu, która przez ostatnie 14 lat znana była tylko w Skandynawii. W zeszłym roku wyszła jednak z zimnych fal mórz północy i cienia tamtejszych fiordów, szturmem kradnąc serca wielu triathlonistów na całym świecie. Mowa o połączeniu dwóch dyscyplin – pływania i biegania. Zmultiplikowanie i przemieszanie odcinków pływackich z odcinkami biegowymi sprawiło, że swimruny uznawane są za jedne z najtrudniejszych zawodów na świecie rozgrywanych w ciągu jednego dnia.

 

Głupi zakład

Jak wiele innych tego typu wyzwań sportowych, Swimrun swój początek miał podczas lekko zakrapianej imprezy, gdy Andreas Malm, właściciel zakładu mechanicznego w szwedzkiej miejscowości Uto, rzucił do przechwalających się w swojej sprawności i wytrzymałości fizycznej uczestników biesiady: „Nie dacie rady!” Na reakcję długo nie trzeba było czekać i z ust przeciwników szybko padło: „Kto? My, nie damy rady?!”


Tak właśnie powstał zakład między czterema pracownikami tegoż warsztatu. Jego wygraną była następna kolejka alkoholu, kolacja i nocleg w oddalonym o 75 km hotelu na wyspie Sandham. Cena zakładu była zatem wysoka. Do wspomnianego baru z Uto trzeba było dotrzeć, pokonując w pław i biegiem trasę wiodącą przez ponad 20 wysepek Archipelagu Sztokholmskiego. W sumie 10 km wodą i 65 km lądem. Gwarantowana temperatura we wzburzonym morzu była nie wyższa niż 15 stopni! Bieg natomiast poprowadzono w możliwie najgorszym terenie – wzniesienia, śliskie głazy, piach, grząskie leśne dukty.
Szwedzi, jak to Szwedzi, nie lubią zwlekać z podejmowanymi decyzjami i już następnego ranka na linii startu stanęły dwa zespoły. Po drodze śmiałkowie mijali trzy bary. Ci co meldowali się w barze jako pierwsi, jedli i pili na koszt goniących ich. Ot, taka wesoła zabawa dzień po balandze. I tak przygoda ta stała się zalążkiem do stworzenia przez Michaela Lemmela i Matsa Skotta katorżniczego OtillO (po szwedzku O oznacza wyspa), czyli wyścigu „z wyspy na wyspę”. Obecnie zawody te są w randze Mistrzostw Świata w Swimrunie.

 

21236160245 7ea0764c00_b

 

Od startu do mety

W Swimrunie przyjęto zasadę, że wszystko, co nie jest zabronione, jest dozwolone. Zasadą jest udział zawodników w parach, której członkowie nie mogą jednak rozdzielać się na odległość większą niż 10 m. Podyktowane jest to zapewne względami bezpieczeństwa, stanowiąc zarazem największe utrudnienie. „Wpasowanie się zawodników w równą formę” przez np. 12 godzin trwania wyścigu jest nie lada wyzwaniem. Wiele teamów, tak jak w biegach ultra parami, startuje połączonych cienkim holem, który ma zminimalizować różnice sił między partnerami na poszczególnych etapach. W Swimrunie – w myśl powiedzenia „jesteście tak silni, jak wasze najsłabsze ogniwo” – najważniejsza jest ciągła współpraca!
Kolejnym wymogiem jest też to, by zawodnicy na mecie zameldowali się w tym, w czym wystartowali. Dlatego bieg w czepku, okularkach i piance jest tak samo naturalny, jak pływanie w butach. Kto bowiem chciałby kilkadziesiąt razy w trakcie trwania wyścigu zaliczać strefę zmian? Dozwolone natomiast jest korzystanie z bojek wypornościowych, np. popularnych „ósemek” i łapek pływackich. To ułatwienie ma na celu danie wytchnienia zmęczonym nogom, gdyż trasy biegowe wielu swimrunów poprowadzone są górskimi szlakami, cechującymi się znaczącymi przewyższeniami. Zatem im wyżej i trudniej, tym lepiej!

 

21048046650 b90fc2dfc9_b


Jak to możliwe?

Mając doświadczenie w dobiegu do strefy T1 na zawodach triathlonowych, zastanawiasz się jak to możliwe, by biec tyle kilometrów w piance i płynąć w zwykłych butach biegowych? Nikt przecież nie obiecywał, że będzie łatwo! Co prawda większość swimrunersów korzysta z krótkich pianek. Pianki te mają rozpięcie z przodu, by neopren nie zaciskał się na klatce piersiowej w trakcie biegu. Pamiętać jadnak należy, że każdy medal ma dwie strony. Przypomnij sobie, jakie narzekanie na pogodę słychać przed startem w triathlonie, gdy temperatura wody sięga 15 stopni. Na większości swimrunów to najwyższa temperatura, jaką oferują zimne skandynawskie wody,. Należy dodać, że pianki projektowane pod tę dyscyplinę sportu, oprócz tego że są „krótkie”, są też cieńsze, by wygodniej się w nich biegało. Krótko mówiąc, kto chce spróbować sił w swimrunie, musi być porządnie zahartowany!

 

21048248848 db25ec9f9a_b


Wielkie boom!
Od czasów „startu zakładu” Andreasa Malma minęło 14 lat. Jeszcze 6 lat temu jedyny Swimrun rozgrywano w Szwecji, a liczba drużyn podejmujących się wyzwania wynosiła tylko 16. Trzy lata później w 10 startach wystartowało prawie 1950 drużyn, by w 2015 r. Swimrun eksplodował na kilka innych państw: Norwegię, Danię, Szwajcarię, Włochy, Hiszpanię, Francję, Wielką Brytanię, Belgię i Rosję, a liczba finisherów urosła do 6241. Wszystkie zawody odbywają się w unikatowych przyrodniczo miejscach. Trasy biegów prowadzone są często niedostępnymi dla zwykłego turysty dzikimi szlakami. Rok 2016 zapowiada pod kątem rozwoju Swimrunu równie imponująco – wyczerpały się w zasadzie zapisy aż do 97 wyścigów w 17 państwach! W tym roku będziemy mieli też polski akcent. Na zawody w Norwegii – Rockman Swimrun, uznawane w środowisku za naprawdę wymagające, zgłosił się pierwszy polski team w składzie Jędrzej Maćkowski (www.odgrubasadoultrasa.pl) i Rafał Bebelski. Ten pierwszy zawodnik rok temu ukończył jeden z trudniejszych triathlonów na świecie HardąSukę. Rafał natomiast jest jednym z szybciej pływających amatorów w triathlonie. Panowie w duecie i osobno biorą oni udział w wielu biegach górskich na dystansach ultra. Akademia Triathlonu uznała, że obok takiego wydarzenia nie może przejść obojętnie, dlatego objęła patronat nad tą drużyną. W zamian team ten zobowiązał się raz na dwa tygodnie przybliżać Polakom swimrun i opisywać swoje postępy w przygotowaniach do startu. Intuicja podpowiada nam, że wiejący od północy wiatr zwiastuje również boom na swimrun w Polsce!

 

20615025193 c56d7b6490_b

Opublikowane w Aktualności

Do księgarń trafia właśnie książka "Maraton Zaawansowany" autorstwa Pete Pfitzingera i Scotta Douglasa. Tytuł ten jest jednym tchem wymieniany razem z "Bieganiem metodą Danielsa". To właśnie te dwie książki stanowią kanon wśród technicznych i specjalistycznych podręczników dotyczących biegania.


O ile "Bieganie metodą Dnialesa" jest poświęcone bieganiu w ogóle, to nowa publikacja Innych Spacerów koncentruje się wyłącznie na dystansie maratonu. O poziomie książki niech świadczą zawarte w niej plany treningowe. Choć są na różnych poziomach zaawansowania, to najłatwiejszy z nich może stanowić poważne wyzwanie nawet dla osób, które mają już za sobą kilka maratonów. Najłatwiejszy plan treningowy zaczyna się od około 60 kilometrów tygodniowo i dobija do 90 kilometrów.


Ale plany treningowe stanowią niewielką część całej publikacji. Pfitzinger i Douglas w kilku obszernych rozdziałach przyglądają się takim zagadnieniom jak odżywianie i nawadnianie (w trakcie przygotowania i w dniu zawodów), fizjologii maratońskiej i powiązanymi z nią środkami treningowymi (intensywności biegów). Poświęcają cały rozdział na omówienie przygotowań do dwóch i więcej maratonów w krótkim odstępie czasowym. Szczegółowo omawiają również najlepsze strategie na bieg.


Kim są autorzy?
Pete Pfitzinger uczestniczył w maratonach olimpijskich w latach 1984 i 1988, oba kończąc jako najlepszy Amerykanin. Z rekordem życiowym w maratonie wynoszącym 2:11:43 Pfitzinger został dwukrotnym zwycięzcą maratonu w San Francisco i zajął trzecie miejsce w maratonie nowojorskim. Był szefem Nowozelandzkiej Akademii Sportowej w Auckland. W latach 1997‒2007 był publicystą „Running Times”.

 

Scott Douglas jest pisarzem freelancerem oraz wydawcą od 15 lat zajmującym się profesjonalnie dziennikarstwem związanym z bieganiem. Były wydawca „Running Times”, obecnie regularnie pisuje dla „Runner’s World” i „Running Times”. Jest współautorem czterech książek o bieganiu.

 

Książka dostępna jest w księgarniach stacjonarnych i internetowych, jak i na stronie wydawcy Inne Spacery. Akademia Triathlonu objęła ten tytuł patronatem medialnym.

 


 

Podwójne odpuszczenie
Pete Pfitzinger


"W czasie mojej kariery maratońskiej rozpocząłem 18 maratonów i ukończyłem 16, z czego 8 było wygranych. Dwukrotnie sobie odpuściłem – raz z powodu kontuzji, a raz przez własną głupotę. Obie imprezy wydarzyły się w 1986 roku.
Rezygnacja spowodowana głupotą miała miejsce podczas maratonu w Bostonie. Był to pierwszy zawodowy maraton bostoński, odbywający się w otoczce szaleństwa mediów i z nagrodami pieniężnymi. Zignorowałem mój plan biegu oparty na równych połówkach i za wcześnie dałem się ponieść. Przez pierwszych 16 kilometrów kilkakrotnie wymieniałem się na prowadzeniu z Gregiem Meyerem. Kiedy tylko odbierał mi prowadzenie, starałem się je odzyskać.
Owa strategia była zbyt agresywna na tak wczesnym etapie maratonu. W tym czasie Rob de Castella, który wtedy wygrał, spokojnie biegł za nami, pewnie naśmiewając się w duchu z braku cierpliwości dwóch Amerykańców. Na 19. kilometrze mój oddech wypadł ze zwykłego rytmu, nogi dostały niezły łomot, a i wnętrzności stopniowo miały się coraz gorzej.
Na kolejnym kilometrze odpadłem od grupy prowadzącej w biegu i zacząłem odczuwać zesztywnienie mięśni. Wiedząc, że za wcześnie ruszyłem do ostrej walki, zszedłem z trasy tuż za znakiem oznaczającym połowę dystansu i skląłem się w duchu. Dobrze zapamiętałem tę lekcję i nigdy więcej nie popełniłem takiego błędu. Zwróć uwagę, że głupota nie została wymieniona wśród uzasadnionych przyczyn zejścia z trasy maratonu.
Jedynym pozytywnym aspektem tej całej sytuacji było to, że już po tygodniu byłem w pełni zregenerowany. Kilka tygodni później wykorzystałem swoją formę i frustrację do pobicia rekordu na 10 kilometrów, kiedy udało mi się pokonać ten dystans w czasie 28:41, a już w lipcu odkupiłem swoje winy w maratonie w San Francisco, przebiegając go w 2:13:29.
Drugi raz zszedłem z trasy maratonu Twin Cities, będącego jednocześnie eliminacjami do mistrzostw świata, wypadających w kolejnym roku. Rozpocząłem bieg z naciągniętymi mięśniami kulszowo-goleniowymi, czego nabawiłem się parę tygodni wcześniej, zbyt intensywnie rozciągając się po treningu na bieżni. Na początku było nieźle, ale mięśnie stopniowo sztywniały przy plus czterech stopniach i mżawce. Na 32. kilometrze biegłem na tyłach prowadzącej grupy, gdy nadwerężone mięśnie kompletnie odmówiły posłuszeństwa. Nie byłem w stanie zrobić kolejnego kroku. Po przekuśtykaniu kolejnego kilometra z ulgą przyjąłem podwózkę na metę. Ta rezygnacja z biegu była łatwiejsza, bo decyzja nie była ode mnie zależna.
Po tak frustrującym roku w maratonie byłem zdeterminowany do jak najszybszego zaliczenia porządnego biegu. Mój fizjoterapeuta powiedział, że mięśnie nie są zbyt mocno uszkodzone i że za jakieś 10 dni będę pewnie w stanie normalnie biegać. Dzięki właściwym masażom udało się pokonać kontuzję i zdecydowałem, że pobiegnę w maratonie w Nowym Jorku – zaledwie trzy tygodnie po Twin Cities. Biegłem zachowawczo i stopniowo wyszedłem z trzydziestego miejsca w połowie dystansu na dziewiąte na mecie z czasem 2:14:09. To był rok dobrze zapamiętanych lekcji."

Opublikowane w Biblioteka triathlonisty

Lektura „Przewodnika po bieganiu ultra” jest jak koleżeńska, ale jednocześnie merytoryczna relacja z dwudziestoletniej przygody z ultramaratonami. Napisana lekkim i przystępnym językiem, krok po kroku wprowadza w świat biegów na dystansie dłuższym niż maraton. Według słów autora, skierowana jest zarówno do debiutantów, jak i doświadczonych zawodników, ale moim zdaniem, ci drudzy, z pewnym bagażem doświadczeń, mogą momentami poczuć znużenie banalnością niektórych informacji. Właśnie dla tej grupy czytelników, istotną cechą może więc okazać się tematyczny podział rozdziałów (trening, odżywianie i nawadnianie, sprzęt itd.), który znacznie ułatwi odnalezienie interesujących ich informacji.

 


Dla tych, którzy dopiero wkraczają w świat ultramaratonów, książka może literalnie stanowić przewodnik. Wskaże w jakim kierunku podążać, podpowie, na co należy zwracać uwagę, wyjaśni kilka pojęć, w dostępny sposób przekaże elementarną wiedzę o bieganiu, niezbędną do dalszych poszukiwań.

 

20151020 105831


Poza praktycznymi poradami, przewodnik Hala Koernera ma jeszcze jedną, chyba nawet ważniejszą zaletę - nazwijmy ją górnolotnie przesłaniem. Bieganie traktuje nie tylko jako wysiłek, trening mięśni, odpowiedni sprzęt i rywalizację, ale przede wszystkim, jako oderwanie od rutyny, możliwość dzielenia trasy i emocji z innymi biegaczami, przekraczanie własnych granic, obcowanie z przyrodą, niezłą okazję do podróżowania i poszerzania własnych horyzontów…

 


Jedno jest pewne – zarówno Ci, którzy szukają informacji na wybrane zagadnienie z dziedziny ultramaratonów, jak i Ci, którzy akurat mają ochotę na jesienny wieczór z książką, odnajdą w „Przewodniku po bieganiu ultra” dobrego ducha przyjaznego biegacza, który dzieli się swoją bogatą wiedzą tak, „jak częstuje przyjaciół ulubioną whisky”.

 

Książka dostępna jest na stronie Wydawnictwa Buk Rower >>

 


 

Konkurs!

Mamy do rozdania dwie książki Hala Koernera dla osób, które zamieszczą w komentarzu poniżej najciekawszy słowniczek pięciu słów związanych z biegami ultra. Na odpowiedzi czekamy do 27 października. Czekamy na niebanalne propozycje :)

 

Opublikowane w Biblioteka triathlonisty
poniedziałek, 21 września 2015 12:04

Przewodnik po bieganiu ultra - Hal Koerner

Inspirują cię biografie Scotta Jurka czy Kiliana Jorneta? Marzy ci się coś więcej niż maraton? Hal Koerner, utalentowany ultramaratończyk, pomoże ci przekuć marzenia w rzeczywistość. Nakładem Wydawnictwa Buk Rower ukazało się polskie tłumaczenie jego książki “Przewodnik po bieganiu ultra”. Akademia Triathlonu objęła tę książkę patronatem medialnym.

 

“Nieważne, czy jesteś debiutantem, czy wytrawnym ultrasem, rzeczowe rady Hala dodadzą ci pewności siebie, dzięki której dotrzesz do mety albo ustanowisz nowy życiowy rekord” - pisze w przedmowie do polskiego wydania książki Scott Jurek. Książka Koernera to napisany lekkim językiem poradnik wspierający biegaczy w drodze do bycia ultrasem. Zawiera zarówno podstawowe porady przydatne na długich dystansach, jak i wskazówki wynikające z doświadczeń setek biegów, w których autor brał udział. Poradnik urozmaicają inspirujące anegdoty Koernera o jego przygodach w poszczególnych ultramaratonach.

 

Dowiedz się, jak się do ultramaratonu przygotować, skorzystaj z proponowanych przez Koernera planów treningowych. Sprawdź, czy jesteś odpowiednio ubrany i zabierasz ze sobą to, co naprawdę może ci się przydać. Koerner nie pozwala ci zapomnieć o najważniejszych elementach na długich dystansach - jedzeniu i nawadnianiu organizmu. Pomaga zapanować nad lękiem i niweluje obawy przypominając jednocześnie o zaopatrzeniu w wazelinę i zestaw do przebijania pęcherzy. Nie jest to książka, która czaruje ultrabiegową rzeczywistość, pokazuje problemy, na jakie możesz napotkać i pomaga ci je rozwiązać.

 

Autor książki - Hal Koerner ukończył ponad 130 ultramaratonów w Stanach Zjednoczonych, Europie i Azji. Jest jednym z zaledwie dwóch ultramaratończyków w historii, którzy wygrali zarówno Western States 100-Mile Endurance Run (w roku 2007 i 2009), jak i Hardrock 100 Endurance Run. W 2013 roku wraz z Mikiem Wolfem ustanowili rekord szlaku Johna Muira w Californi. 211 mil po górach Sierra Nevada przebiegli w trzy dni, dziewięć godzin i pięć minut. Rok później ich rekord pobił Leor Pantilat. Jest jednym z głównych bohaterów filmu “Unbreakable: The Western States 100” z 2011 roku. Został nazwany „Najweselszym biegaczem na świecie” przez czasopismo Outside.

 

Książka jest dostępna na stronie wydawnictwa: www.sklep.bukrower.pl

Opublikowane w Biblioteka triathlonisty
pierwsza
poprzednia
1
Strona 1 z 5

Blogi

Ostatnie wpisy Pokaż wszytkie

stat4u
Website Security Test