brett sutton
Home Aktualności Publicystyka Artykuły w etykiet: Marcin Konieczny

Mistrzostwa Polski Afryki w kategorii M40 tuż tuż! 2 kwietnia około 10 osób z Polski zmierzy się w zawodach Ironman South Africa w Port Elizabeth. Marcin MKON Konieczny wpadł na pomysł, aby umilić i dodać pikanterii tej rywalizacji. Skontaktował się z Ojcem Dyrektorem i zaproponował, że przez 3 ostatnie miesiące do zawodów, a więc styczeń, luty i marzec kilku wybranych przez niego zawodników, będzie "rywalizowało" wirtualnie w przygotowaniach do zawodów. Ostatecznie pomysł przerodził się w obstawianie kilometrów, jakie pokona każdego miesiąca cała piątka, a w tle jest cel charytatywny. O zasadach możecie przeczytać w tekście pt.: "Mistrzostwa Polski M40 w Afryce - mkon ma pomysła", ale w skrócie przypominamy je również w tym tekście. Zaczynamy zabawę.

 

MKON:

"Pierwszy – styczniowy etap w naszej zabawie dotyczyć będzie pływania. Pierwsza z triathlonowych dyscyplin, niby najmniej ważna na dystansie IRONMAN, ale jak powszechnie wiadomo, jeżeli ktoś wyjdzie z wody za daleko, to ma naprawdę małe szanse, aby dogonić tych, którzy wyszli w czołówce.Przypomnę założenia zabawy. Pięciu ścigających się w jakże mi bliskiej kategorii wiekowej M-40 w ramach Ironman South Africa czyli: Marcin Waniewski, Łukasz Grass, Olek Łakomski, Rafał Herman oraz Radek Pawłowski walczą o slota na Hawaje. Zabawa w #MistrzostwachPolskiAfryki w styczniu polega na obstawieniu, ile ŁĄCZNIE kilometrów przepływanie cała piątka na basenie. Jak można wziąć udział w zabawie?

  1. Przekazujesz w ramach swojego rozliczenia rocznego (niekoniecznie w styczniu) 1% na dowolną – wskazaną przez Ciebie organizację pożytku publicznego. Nie potrzebujemy potwierdzeń, świadectw, przelewów itd. Triathlon to sport dla ludzi honorowych, więc wierzymy, że jeśli chcesz się z nami bawić – zapłaciłeś. Jeśli nie płacisz podatku dochodowego (studenci, uczniowie) bierzesz udział w zabawie za darmochę.
  2. Obstawiający powinien podać łączną sumę kilometrów (pełna wartość, bez wartości po przecinku) całej piątki. 
  3. Obstawiamy w komentarzach podając swoje imię i nazwisko oraz liczbę (można oczywiście okrasić to stosownym komentarzem)
  4. Obstawiamy TYLKO RAZ. I ponownie – nikt nie będzie bawił się w sprawdzanie Waszych numerów IP – traktujemy to jako zabawę. Uczciwą zabawę.
  5. 2 lutego podajemy wartość jaką podadzą nam Panowie (przesyłać będą maile do MKON’a – nie znając wartości swoich rywali). Wygrywa osoba, która trafi w wynik. Jeśli takiej osoby nie będzie szukamy osoby najbliżej +\- Przykład: panowie „napływają” 1000km. Najbliższym wynikiem może być 999 lub 1001. W przypadku osób z dwoma podobnymi różnicami nagroda zostanie wylosowana.

Nagrodą w styczniowej edycji konkursu są okularki pływackie Altair marki HUUB. Najnowszy model, w którym możecie wybrać jedną z trzech najlepiej pasujących do aktualnych potrzeb parę szkieł.

 

altairman

 

Zapraszamy do zabawy. Mamy nadzieję, że konkurs oraz sama zabawa jeszcze bardziej zmobilizuje Panów do rywalizacji, nie tyle ze sobą, ale z kolegami z innych krajów. W końcu do zdobycia w M-40 jest aż 8 slotów!

 

SUPLEMENT: Oczywiście kibicujemy nie tylko biorącej w zabawie piątce, ale wszystkim pozostałym startującym w imprezie Polakom".

 

Łukasz Grass: 

Dziękuję MKON za pomysł i logistykę! Szykuje się dobra zabawa. Ze swojej strony dodam, że przygotowujemy również zabawę w obstawianie wyników wszystkich startujących Polaków w Ironman South Afrika. Ponieważ nie ma jeszcze listy startowej na stronach IM, proszę wszystkich, których nie ma na poniższej liście o informację. Dopiszemy i wówczas uruchomimy sondę. 

 

Marcin Waniewski

Łukasz Grass 

Olek Łakomski

Rafał Herman

Radek Pawłowski

Aleksander Sachanbiński 

Dariusz Dąbrowski 

Piotr Gąsiorowski 

 

 

 

 

Opublikowane w Publicystyka
wtorek, 04 października 2016 07:51

"Czy warto wystartować w Ironman Barcelona?" - mkon

Na 3 dni przed startem miałem dwa koszmary. Koszmar numer 1 to fale. Pływałem z Radkiem Buszanem treningowo i kołysało nami tak, że czuliśmy się po treningu jakbyśmy mieli chorobę morską. Koszmar numer 2 to drafting. Ostrzeżony przez Professora, ciągle miałem w głowie wyprzedzającą mnie grupę 30 zawodników. Powracało pytanie: co mam w takiej sytuacji zrobić? Przycisnąć 500 watów, wysforować się na pierwsze miejsce i wrócić do swojej założonej mocy? Za chwilę wyprzedzą mnie znowu. Ustąpić? A jeśli pociąg ma 100 metrów? Co w takiej chwili? 

 

Lekko zestresowany stanąłem na linii startu z dwoma celami: zrobić życiówkę i zakwalifikować się na Hawaje. Po nocnych przygodach wiedziałem, że cel nr 1 jest poza zasięgiem. Żeby zrealizować cel nr 2 musiałbym być w pierwszej 5-tce. Jak się skończyło wszyscy wiedzą, więc mniej będzie o tym jak to bolało, a więcej o samych zawodach, bo dostałem dzisiaj rano pytanie, czy polecam tę imprezę na debiut. Pytanie było z kategorii smentorskich, więc nie chciałem odpowiedzieć wprost. Zamiast tego pokazałem jej plusy i minusy.

 

mkon hawaii2017

 

Ale zacznijmy od sprawy najważniejszej. Czy były to zawody uczciwe?

Według mnie dla tych, którzy mieli możliwość (i chcieli) - były, dla tych, którzy możliwości nie mieli i/lub nie chcieli - nie. I mówię to z pełną premedytacją, bynajmniej nikogo nie wskazując. Pierwsze 3 km po mieście w małych uliczkach spowoduje, że utworzą się małe grupki... czy tego chcecie czy nie, tak będzie. Potem albo uciekniesz albo pierwsze 40-50km jedziesz z innymi. Na trasie było bardzo dużo sędziów. Pierwszą część I pętli właściwie byłem eskortowany przez motor z sędzią. Było ciągłe wyprzedzanie, a okrzyki „left”, „left” sypały się gęsto. Czy można było nie draftować? Można. Jak się jechało w czubie. Czy można było nie draftować wychodząc z wody w 60 percentylu zawodników, przy 3000 uczestników? NIE!

 

I nie ma znaczenia, czy jesteś uczciwy czy nie. Inną kwestią jest to, co robiłeś po 30, 40, 50km. Dla mnie asysta sędziego skończyła się na nawrocie pierwszej pętli. 8 panów i jedna pani PRO, których goniłem, bo chciałem się załapać chociaż na te parę metrów po nawrocie jadąc pod wiatr, zaczęła tak współpracować, że miałem do wyboru: jechać swoje albo ich gonić. Ponieważ średnia pokazywała mi po 45km 42km/h zdecydowałem, że nawet jeśli pod wiatr pojadę swoje, to wystarczy. I pojechałem swoje. I tak jechałem do końca. Ale żona mówiła mi, że widziała zawodników, którzy na rondzie nawrotowym czekali na grupy, żeby pojechać w tunelu!

 

mkon hub

 

Co jeszcze można powiedzieć o tych zawodach?

Pływanie w morzu nie jest dla mnie jakoś specjalnie przyjemne. Fale, woda, która powoduje odruch wymiotny. Trasa pływacka (pierwszy nawrót po 300m) powodowała, że był tłok. Słabo zorganizowana była strefa zmian w kontekście wieszaków na worki. Numerki były poprzyklejane co 10 i trzeba było liczyć, gdzie wiszą twoje ciuchy. Powodowało to lekkie zamieszanie i wydłużenie trwania T1 i T2  mimo, że dystanse w strefach były krótkie. Bieganie częściowo po promenadzie, częściowo po ulicach dwóch miasteczek (Calella i Pineda de Mar). W dniu zawodów mieliśmy dużo szczęścia bo niebo było zachmurzone. W dni poprzedzające start zastanawiałem się, czy nie wystartować w kasku szosowym – taki był gorąc. Dokładając do tego codziennie wiejący wiatr, zawody te wcale nie należały do najłatwiejszych. Wielu zawodników (włącznie z piszącym te słowo) lekko „zeszło” na biegu. 

 

Podsumowując: zawody fajne, z potencjałem do bardzo dobrych wyników. Ilość debiutantów świadczyć może o tym, że rozeszła się fama, że to dobra miejscówka. Według mnie nic nie przebije Klagenfurtu, a slota łatwiej złapać w innych lokalizacjac. Czy polecam je na debiut? Jeśli lubisz startować w cieple, przy falującej słonej wodzie z wiatrem i poradzisz sobie z presją draftingu?  TAK, warto. 

Opublikowane w Felietony

44 Polaków ukończyło dystans Ironman w Barcelonie. Najszybszym polskim triathlonistą był Marcin Konieczny, który wygrał swoją kategorię wiekową uzyskując czas 08:52:46. Jego międzyczasy to: pływanie 1:01:58, rower 4:35:57 i bieg 3:08:49. Na podium stanął także Grzegorz Wiśniowski, zajmując trzecie miejsce w M25-29. Wśród zawodników PRO Filip Przymusiński zajął 27 miejsce, a Mikołaj Luft niestety nie ukończył zawodów. Jedyną kobietą, która dotarła do mety to Kaja Delewska, w kategorii F25-29 zajęła 8 miejsce. Ironman Barcelona 2016 oferował 40 slotów na MŚ na Hawajach w 2017 roku.

 

 MarcinKoniecznywygraM40-44naIronmanBarcelona1

 

Wyniki Polaków

 

PRO
Filip Przymusiński 27 miejsce - 8:58:39

 

M25-29
Grzegorz Wiśniowski 3 miejsce - 8:56:32
Tomasz Domagała 16 miejsce - 9:44:25
Rafał Ponikwia 45 miejsce - 10:45:22

 

F25-29
Kaja Delewska 8 miejsce - 11:05:00

 

M30-34
Mariusz Pirek 4 miejsce - 9:00:49
Bartłomiej Jedrychowicz 80 miejsce - 10:35:28
Eugeniusz Licznarowski 93 miejsce - 10:43:01
Dariusz Mateja 157 miejsce - 11:38:20
Piotr Madej 163 miejsce - 11:42:22
Leszek Stelmachowski 192 miejsce - 12:06:58

 

M35-39
Radek Buszan 9 miejsce - 9:12:49
Mariusz Klatka 38 miejsce - 9:41:18
Przemysław Szuder 55 miejsce - 9:55:00
Dariusz Epelbaum 71 miejsce - 10:07:06
Damian Witkowski 87 miejsce - 10:16:30
Tomasz Panufnik 156 miejsce - 10:53:35
Grzegorz Radziukiewicz 194 miejsce - 11:05:41
Paweł Bajsarowicz 204 miejsce - 11:11:03
Bartosz Potyrała 276 miejsce - 11:48:44
Jacek Zielonka 279 miejsce - 11:49:54
Dariusz Dziuba 303 miejsce - 12:08:13

 

M40-44
Marcin Konieczny 1 miejsce - 08:52:46
Piotr Bula 26 miejsce - 09:41:14
Marcin Kapitula 75 miejsce - 10:19:04
Konrad Wilijewicz 114 miejsce - 10:38:37
Paweł Targoni 141 miejsce - 10:49:22
Paweł Błażutycz 177 miejsce - 11:02:43
Przemysław Przywarty 180 miejsce - 11:03:45
Piotr Barwiński 181 miejsce - 11:03:58
Wojciech Maka 248 miejsce - 11:33:46
Mieszko Kastelnik 276 miejsce - 11:47:27
Rafał Sieradzki 296 miejsce - 12:00:34
Michał Dzioba 321 miejsce - 12:16:12
Dariusz Leśniak 324 miejsce - 12:16:44

 

M45-49
Jarosław Świątek 73 miejsce - 10:36:03
Tomasz Czasak 98 miejsce - 10:45:38
Michał Piotrowski 99 miejsce - 10:46:03
Paweł Boniecki 146 miejsce - 11:13:47

 

M50-54
Jacek Jurski 105 miejsce - 11:39:35
Ireneusz Czwojdziński 130 miejsce - 12:11:25
Jacek Dudkowiak 141 miejsce - 12:20:03
Ryszard Grobelny 143 - 12:20:20

 

M55-59
Grzegorz Grzelec 7 miejsce - 10:12:29

Opublikowane w Wydarzenia
sobota, 20 sierpnia 2016 11:14

"Rezultat pracy sportowca – czyli start"

Z wielką uwagą przeczytałem na Facebooku post Łukasza Grassa, oceniający „wyczyny” polskich sportowców, którzy będąc faworytami niestety przegrali. Przegrali przez brak „czegoś”. U pana Fajdka pewnie przez psychę, u p. Kszczota przez tzw. dyspozycję dnia. I mimo, że w Twoim wpisie pobrzmiewała nuta usprawiedliwienia, chciałbym przedstawić z lekka odmienne zdanie. Bynajmniej nie potępiające (sam mam za sobą tony nieudanych startów i bardzo dobrych przygotowań). Raczej pokazujące inną perspektywę oczekiwań.

 

W liceum uprawiałem lekką. Mój kolega z ławki uprawiał zapasy. I wiecznie kłóciliśmy się, która z tych konkurencji jest trudniejsza. Argumentem nie do podważenia było stwierdzenie Pawła, że w trakcie biegu niby konkurujesz z innymi, ale tak naprawdę wynik (nie miejsce, ale czas) zależy WYŁĄCZENIE od ciebie. W sytuacji sam na sam z przeciwnikiem już nie. I to jest trudniejsze. Patrząc na swoje przygody triathlonowe po tych kilkudziesięciu latach (ależ to brzmi….) zgadzam się z Pawłem jeszcze bardziej.

 

Jaki jest tego związek z twoim wpisem? Otóż w konkurencjach, gdzie jest człowiek i wynik, według mnie niedopuszczalne jest doprowadzenie do takiego stanu, że nie jesteś w stanie wypracować pewnego automatyzmu i powtarzalności, który pomimo niesprzyjających warunków (pogoda, presja, oczekiwania, pora dnia) nie da ci wyniku minimalnego. Mówimy – Fajdek rzucał na treningach tuż przed kwalifikacjami 77 metrów na luzie. No to co z tym automatyzmem, jak wszedł na sesję kwalifikacyjną? Wiadomo – zawiodła głowa. Ale głowa nie może (wiem, wiem – ma) mieć aż takiego wpływu na cel minimum. Tłumaczę sobie to tak. Jeśli dla mnie prędkością startową (życiówkową) na 10km jest powiedzmy 3:20/km to prędkością kwalifikacyjną jest 3:35. I choćby skały s….y nawet po zjedzeniu 10 pączków wiem, że jestem w stanie pobiec po 3:35, bo na tyle wytrenowałem swój organizm. I żeby było jasne – bardzo, ale to bardzo żałuję wszystkich, którym nie wyszło i trzymam za nich kciuki. Ale mam też pretensję (do nich, do sztabu, do psychologów), że nie wytrenowali tego automatyzmu. Szczególnie w konkurencjach technicznych, gdzie tylko ty + koło + młot, kula dysk. A jak głowa nie pozwala, to trzeba głowę ćwiczyć. Wizualizować sobie porażkę i przyzwyczajać się do tego, co się stanie, jeśli nie wyjdzie – dzięki temu mamy już świadomość, jak się będę wtedy czuł. Przynajmniej ja tak mam.

 

Pewność siebie to obok motywacji podstawowy czynnik wpływający na efektywność (pracownika – tak szkolę), ale właśnie od relacji przełożony podwładny – w przypadku sportu trener – zawodnik, zależy to, czy przy niskiej pewności siebie moja efektywność będzie na zadowalającym poziomie (cel minimum), czy wystrzeli ponad poziom oczekiwany. Żeby daleko nie szukać: dzieciak uczący się jazdy na rowerze na dwóch kółkach zatrzymuje się, jak zorientuje się, że rodzic go nie trzyma. Ale w pewnym momencie (wraz ze wzrostem kompetencji) ta asysta nie tylko nie jest potrzebna, ale nawet przeszkadza. Mamy przecież w pamięci tę skalę interwencji maminych zaczynających się od "nie przejmuj się, dajesz radę" do "nie tak szybko szatanie, zabijesz się". Ale właśnie kluczem do tych „wyczynów” jest zwiększająca się umiejętność jazdy. Bo to właśnie umiejętność, powtarzalność, kompetencja prowadzi do zmniejszania znaczenia wiary w siebie w wyniku końcowym.

 

Łatwo mi się pisze tuż przed Wolsztynem, gdzie celuję w życiówkę. Nie wiem, czy się uda. Ale wiem, że jeśli popłynę sub 30, pojadę 40km/h i pobiegnę 3:40/km, to wynik mam zagwarantowany. Jeśli nie wyjdzie, to raczej będzie to kwestia nieprzygotowania, a nie psyche. 

Opublikowane w Felietony
niedziela, 31 stycznia 2016 18:10

FAQ mkon czyli witamy w smentoringu ad 2016

Od 2014 prowadzę program mentoringu w triathlonie. Jest to program, którego celem jest rozmawianie z podopiecznymi (w tym roku 12 osób) o ich wyzwaniach związanych z procesem uprawiania sportu. Program zakłada formę pull nie push, czyli masz sprawę to piszesz/dzwonisz. Nie podpowiadam rozwiązań, a raczej stawiam pytania (choć jak widać na zdjęciu czasami trzeba być dyrektywnym). Poniżej doświadczenia dwóch „mocnych” styczniowych interwencji. O innych sprawach np. technicznych typu: na jakim blacie jeździć, jak się jeździ na trenażerze, nie piszę. Są zbyt osobiste ;) Pytania, jakie dostaję, nie pochodzą wyłącznie od podopiecznych, z którymi pracuję w 2015/2016, ale od szerszego grona, więc może są wśród nich też takie, które znacie, ale boicie się zadać, ale nie ma co się bać. Zapraszam na [email protected] Doświadczenia 9 mentorowców z sezonu 2014/2015 przedstawimy wkrótce w formie e-booka.

 

Wytop a zdrowie. Rozszerzę temat i nazwę go sport a zdrowie. Pytanie jakie dostałem brzmiało mniej więcej tak: Ile mam wyliczyć sobie codziennej dawki kalorii, jeśli nie trenuję, bo mam zabieg w szpitalu, a jednocześnie jestem na wytopie? Biorąc pod uwagę dość częste pytania odnoście ilości snu i odpoczynku przed i po treningu chciałbym odpowiedzieć zbiorowo (tak jak odpowiedziałem pytającemu również) – LUDZIE, czy to nie czas walnąć się w łeb, jeśli mylą Wam się priorytety? Kto myśli o trenowaniu, jak nie macie (z różnych powodów) czasu na sen? Gdzie trenowanie, jak nie można ogarnąć dzieci, rodziny i zarabiania pieniędzy? Kto daje swojemu organizmowi kolejny bodziec SPOWALNIAJĄCY regenerację? Myślę, że trzeba to powiedzieć wprost i to jasno. Trenowanie to nasze HOBBY. A jeśli hobby staje się obsesją, to czas się zastanowić. Jeden z moich podopiecznych pisze: "Chyba marnuję twój czas projekcie, bo podczas rozmowy z żoną doszliśmy do wniosku, ze powinienem jednak więcej zarabiać (projektuję) a nie „marnować” czas na treningi". Inny z kolei twierdzi (też tłumacząc się z zajmowania miejsca w mentoringu) dzieci nie dają mi trenować? No come on. Dzieci nie dają ci trenować, no co za dzieci cholerne! Jak one mogą nie rozumieć, że tata musi potrenować?! Moja rada: do kaloryfera na czas treningu i zwiniętą skarpetę w gębę, żeby sąsiedzi nie słyszeli jak się drze…

 

smentor stycen2016

 

Priorytety. Od tego są, żeby wiadomo było, kto jest pierwszy w kolejce do naszego czasu. I jak sobie tego nie poukładamy, to nie warto się angażować. Będziemy żałować. A co z tego, ze w CV będziesz miał zapisane sub10 podczas zawodów Ironman w XXX. I tak za każdym razem każdy będzie cię pytał, ile razy spudłowałem w trakcie tego (bia/tria)htlonowego startu.

 

Sprawa druga: porażka w trakcie testu/treningu
W zeszłym tygodniu dostałem na ostry smentorski dyżu maila o treści mniej więcej takiej: MKON robiłem test ftp 20’ po 10’ zszedłem z roweru i teraz strasznie żałuję, że dałem ciała. Miałem siłę, ale głowa nie wytrzymała. Mam kaca. W sprawach kaca to ja nie jestem jakiś mega ekspert, ale w sprawie odpuszczania w trakcie już tak. Dlaczego? Bo mam filozofię, że nie odpuszczam. Ale od początku. Nie ma czegoś takiego jak przerwanie testu. W przyrodzie występuje, ale nie w mojej filozofii. Mogę zwolnić, mogę odpuścić, mogę przeformułować cel ostateczny, ale nie schodzę, nie przerywam. Bo po tym zawsze będą cię nachodziły koszmary. Nie zrealizowałeś celu treningowego – no coż – taki dzień, taka forma. Sprawdziany mają za zadanie pokazać, gdzie jesteś, a nie czy jesteś lepszy. Sprawdzając się co miesiąc w ramach triathlonu korespondencyjnego nie oczekuję, że każde 400m będzie szybsze. Ustalam sobie zakres, który mnie satysfakcjonuje i jazda. Podobnie z rowerem. Teścik na 10km ([email protected]) cały czas na tej samej trasie i na tym samym rowerze pokazuje, że baaaardzo daleki jestem od formy. Ale czy strach przez niepoprawieniem poprzedniego wyniku ma mnie powstrzymywać przed podjęciem próby. Nie! Trzeba walczyć - ze sobą, ze strachem, z przyszłymi wątpliwościami. Kolega, który do mnie napisał na ostry dyżur ma jaja. Jakby nie miał, to by nie napisał. Dla mnie jako faceta napisanie takiego maila jest większym osiągnięciem niż 380wat FTP. A że test powtórzy to wiadomo. Robi to w końcu dla siebie.

 

Każdy z nas ma problem z głową. Jedni mniejszy, jedni większy. Czasami wystarczy z kimś o tym pogadać, czasami trzeba podejść do tego na „sucho”. Może po prostu podczas testu zaczynamy z wysokiego C i negative split byłby lepszym rozwiązaniem. W końcu nie każdy potrafi „porzygać się” z wysiłku tak jak to Partyk, z którym w zeszłym roku również pracowałem w programie mentoringowym w temacie głowy i dawania z siebie wszystkiego na zawodach. A właściwie blokady jaką miał. A teraz dostaję od niego takiego maila:

 

„Marcin, mam taką refleksję, że świetny miałeś pomysł z tą rywalizacją na odległość. Bo naprawdę 3 miesiąc z rzędu mam motywację żeby wykonać testy i to tak na 100%. Zawsze mi brakowało motywacji, żeby wycisnąć z siebie wszystko, zawsze czułem że mogłem test wykonać lepiej,  a teraz to totalnie inna bajka. Do tego stopnia, że ostatni test biegowy zrobiłem tak mocno, że prawie się porzygałem. Wycisnąłeś ze mnie coś więcej i wierzę, że to jest świetny trening głowy. Jednak można".

Opublikowane w Felietony

Start A ciągle przede mną. Tak jak przed kilkoma moimi znajomymi. Od 3 lat jednak mam wrażenie, że sezon tri dzieli się na czas przed Gdynią i po Gdyni. Przed nami m.in. Chodzież, Mrągowo, Borówno, Malbork no i Mistrzostwa Świata 70.3 ale jakieś refleksje po tych kilku miesiącach ścigania już mam. I chciałbym się nimi z Wami podzielić. 

1.  Poziom zawodników znacznie się podniósł. Awanse na Mistrzostwa Świata w Zell sypały się jak z rękawa. Mamy kwalifikacje na Hawaje, Australia stoi otworem. Pojawiają się 1 –msca w klasyfikacjach wiekowych na zawodach zagranicznych (Szczerbińska, Kowalska, Podsiadłowski, Głuszkowski) i to nie tylko w serii Ironman czy Challenge, ale również innych – mniej popularnych imprezach (co nie oznacza łatwiejszych). Zaczyna wreszcie regularnie pękać granica 4h na dystansie 70.3. Również wśród swoich tri-znajomych zauważam niepokojącą tendencję deprecjonowania faktu złamania 5h. Bo to przecież tyłka nie urywający wynik. Dlaczego niepokojącą? Bo ja wcale nie uważam, że to takie łatwe i oczywiste. Znaczy idzie ku lepszemu! Czy za tym idą sukcesy sportu kwalifikowanego albo PRO – nie chcę o tym tutaj dyskutować. Niech rozstrzygają to fachowcy – ja jestem pracujący amator i amatorami chcę się zajmować. Tak więc Panie i Panowie jest dobrze, ale zawsze może być lepiej ☺

mkon olga

2. Ilość i jakość imprez. Mam poczucie, ze ilość imprez w tym roku nie daje się przejeść. Znaczy jest ich więcej niż ludzi, którzy mogliby w nich wystartować w pełnej zakładanej przez orgów obsadzie. Ale to według mnie BARDZO DOBRZE. Nikomu nie powinniśmy zabraniać organizować imprez. Każdy ma swój pomysł na przyciągnięcie zawodników – wiadomo – im więcej tym lepiej. Jak twierdzi Maciek Żywek z Huub Polska bardzo dobrze rozwinięty jest segment imprez Premium, gdzie opłata startowa też jest Premium, trochę mniej imprezy lokalne – takie bez napinki, oczekiwań nie wiadomo jakich pakietów startowych etc. Wiem, że takie są i chwała organizatorom za to! Dla mnie osobiście Premium oznacza w pierwszej kolejności jakość zawodów, a nie pakietu startowego. Dlatego mniej mi zależy na wypasionej koszulce czy plecaku, a bardziej na bezpiecznej i DOMIERZONEJ trasie, bardziej na obsłudze w trakcie zawodów (żeby np. nie zabrakło wody na trasie biegowej) i żeby było bezpiecznie (ilość sędziów na trasie). Czy po zawodach dostanę hamburgera czy arbuza, to tylko dopełnienie tego, po co na takie zawody przyjechałem – bo na pewno nie przyjechałem po wikt i opierunek. I czy posiłek po będzie lepszy czy gorszy, a może nie będzie go w ogóle? To ma dla mnie drugorzędne znaczenie. Aspekt sportowy first, dopiero w drugiej kolejności – „socjal” .

 O5B3889

Refleksja 3 – bardzo powiązana z tym co napisałem powyżej. Jeśli płacę za udział w imprezie, to chciałbym wiedzieć w jakich warunkach przyjdzie mi startować. Niektórzy z nas startują, żeby wygrać z innymi w danej kategorii. Dla innych wyznacznikiem jest czas. Wspominany już Maciek twierdzi, że Europa celuje w polityce tworzenia zawodów na tzw. szybkich trasach. W USA idzie raczej o wygraną w kategorii, z innymi – generalnie w zdobyciu miejsca. Ja celuję w czas. A jeśli celuję w czas i co za tym idzie życiówkę, to chciałbym ścigać się w powtarzalnych okolicznościach przyrody. Oczywiście nie mówię o pogodzie, ale przynajmniej o powtarzalnych trasach. Zapisując się na zawody chciałbym wiedzieć, ile km będzie miała trasa rowerowa lub biegowa, żeby po nie być zdziwionym super wynikiem, bo jest ona niedomierzona albo będąc załamanym bo była zbyt długa. Mateusz Petelski, który po zawodach w Bydgoszczy pisze – „I znowu nie mam oficjalnej życiówki” - to bardzo trafnie ujmuje skutek takiego zjawiska. Mam podobnie. Mogę się szczycić wynikiem poniżej 2h w Nieporęcie, ale Garmin wyraźnie pokazał mi 10km biegu a nie 10,5. Państwo organizatorzy. Jeśli jest to tylko możliwe domierzajcie trasy. Albo podawajcie takie informacje do wiadomości PRZED zawodami. Wiemy, ile ma dobieg do strefy w Gdyni, wiemy ile ma rower w Sierakowie. Wiem, ze może być 10% różnicy, ale jeśli mówimy o imprezach PREMIUM to może czas najwyższy na atesty długości tras (przynajmniej rowerowych i biegowych) – tak jak  w biegach ulicznych. Jeśli są chętni do takiej inicjatywy – ja jestem pierwszy do zajęcia się tematem.

Refleksja ostatnia. Uważam, że najlepszym tekstem okołotriathlonym jaki przeczytałem w tym roku jest tekst Maćka Dowbora – „Cholernie daleko od super”. Nie tylko z powodu pióra szanownego redaktora, ale trafności opisu zjawiska, które pomimo opisanych powyżej (pozytywnych) zjawisk również narasta. Z rozmowy z Andrzejem H. wiem, że mój post FB o pociętej szytce wywołał więcej zamieszania niż prawdy z nim związanej (nikt nikogo za rękę nie złapał), ale już incydent Tomka M. po prostu miał miejsce. Tak więc apel na koniec. Fajnie się dzieje, i mam wrażenie, że idziemy jako dyscyplina w dobrą stronę. Tylko, żebyśmy nie zatracili się w tej rywalizacji. W końcu większość z nas (włącznie z piszącym te słowa) robi to po to, żeby nie mieć brzuszka ☺ i mieć z tego sporo przyjemności.

rokita rowerki2

Opublikowane w Felietony

Do Gdyni zostało 9 dni. Niby mało, ale to są te najgorsze dni. Dni, w których ciągnie cię na trening w takiej objętości i intensywności jak zwykle, a w planie… wolne. Albo rozruch. Albo co najgorsze tylko basen! O odpuszczeniu przed startem chciałbym kilka słów. Dla mnie jest to trudny okres. Nie mówię o nadmiernej ilości wolnego czasu, ten zawsze można zagospodarować - albo a’la Dziadek the Winner Cichecki, nosząc płytki chodnikowe, albo po prostu czytając książki. Przypominam wszem i wobec, że ja, mając dorosłe dzieci, nie muszę w okresie taperingu przypominać się: "To ja wasz tata, nie idę dzisiaj na trening – pobawcie się ze mną". Wolny czas nie jest... problemem. Najgorsze jest to, co dzieje się z głową w trakcie tego czasu. Czy aby na pewno wytrenowałem się wystarczająco? A może by to jakoś sprawdzić? Wprawdzie w planie mam odpoczynek, ale jakby tak 1km – tylko 1km – polecieć na maksa i zobaczyć, jak się czuję? A może na basenie zamiast 4x50 polecieć 1x200, i sprawdzić czucie wody? Rower! Rower będzie lepszy – tutaj przecież aparat ruchu jest najmniej obciążony, więc zobaczmy, ile ukręcę w mini teście 2 x 3’? Przecież szybko się zregeneruję. 

mkon czytelnia

Kusi jak cholera… No bo przecież jakieś pobudzenie przed startem musi być. Inaczej człowiek się zadusi. Inna kwestia – usprawnienia i eksperymenty. Więcej czasu, więc więcej bodźców z zewnątrz. Ten zachwala bidon aero – przecież walka idzie o sekundy,  może zmienię swój, jeszcze zdążę zakupić. Drugi z kolei zachwala super żele – może warto w nie zainwestować? W końcu to jeden z kluczowych startów w sezonie. A może joga? Wprawdzie jej nie próbowałem, ale po każdej sesji jest się rozciągniętym niemalże jak guma od majtek. O jedzeniu i wynalazkach dających kopa energetycznego nawet nie warto wspominać.

I żeby nie było! Mam taką jazdę przed każdymi ważnymi zawodami, bo tylko przed tymi mam tzw. okres przedstartowy. Dlatego najbardziej lubię starty z tzw. marszu. Tak było w tym roku np. w Nieporęcie. A jak będzie po Gdyni? Jak będzie słabo to namówię Tomka, aby start w Zell am See był też w ciągu, z treningu. Bo ewidentnie tapering mi nie służy ;)

Mój przepis na ostatni tydzień przed Gdynią:

Pon – wolne - w ramach tego dnia sok z buraka i stek, no i koniecznie masaż

Wt – wątróbka i jakiś tam trening ☺

Śr – sok z buraka i stek. Masaż po treningu

Czw – wątróbka i ostatni akcent pobudzający (biegowy)

Pt – stek i masaż rozciągający, wyjazd na zawody (rano jakiś trening)

Sb – kibicowanie na sprincie oraz pływanie w morzu, rozruch

Nd - start

Opublikowane w Felietony

Od Redakcji: Czytając felieton mkona, przypomniała mi się sytuacja z ubiegłego roku i słowa mojego trenera Filipa Szołowskiego z Labosport. Z Filipem współpracuję już kilka lat, m.in. jemu zawdzięczam sukces, jakim była kwalifikacja na MŚ Ironman 70.3 w Las Vegas i to z dobrym czasem 4:30, osiągniętym w norweskim Haugesund. Ale kiedy w ubiegłym roku wróciłem niezadowolony z Kopenhagi, rozmawialiśmy długo na temat treningu, mojego zmęczenia, dużej ilości startów,  nieadekwatnego w moim przekonaniu wyniku w Ironmanie do ilości włożonej pracy, itd., itd.. Mimo poprawienia życiówki, miałem przekonanie, że cel oddalony był jeszcze o co najmniej 20 minut, a ja czułem, że mogłem go osiągnąć. Zastanawiałem się wówczas, czy nie zrobić sobie na rok przerwy w treningach, startach. Filip uderzył od razy z grubej rury. Powiedział coś w stylu: "Łukasz, uważam, że powinniśmy zmniejszyć ilość startów A, ale nie przerywać przygotowań. A jeżeli uznasz, że potrzebujesz jednak innego bodźcowania, innych metod treningowych, to przecież bez żalu zmienimy trenera!". Zdałem sobie sprawę z tego, że nie o to mi chodziło. Nie o zmianę trenera, tylko o uczciwą wymianę informacji. Zdałem sobie sprawę z tego, że po pierwsze to ja nie przekazywałem Filipowi swoich wątpliwości dotyczących trenigów, a po drugie nie informowałem go w wystarczający sposób zarówno o wykonaniu zadanych mikrocyli, jak i poziomie mojego zmęczenia... mimo, że trener wielokrotnie naciskał i naciska na szybkie przekazywanie informacji zwrotnych. Uczciwość i szczerość, o której pisze Marcin, to podstawa po obu stronach - zawodnika i trenera. A już warunkiem sine qua non jest kompetencja. Temat, który porusza mkon, to temat rzeka. Z pewnością wielokrotnie będziemy do niego wracać, bo chętnie przeczytałbym felieton trenera triathlonu, mówiący o tym, jak współpraca z zawodnikiem wygląda z perspektywy coacha. A teraz zapraszam do lektury felietonu Marcina Koniecznego i dyskusji w komentarzach lub polemiki w postaci odrębnego tekstu.

Ojciec Dyrektor

 

 

Marcin Konieczny

Zasłyszane od jednego z obserwatorów sceny triathlonowej (podobno autorem jest Andrzej Skorykow – niepotwierdzone): czym różni się trener triathlonu od zawodnika triathlonu? Odpowiedź brzmi: trener trenuje rok dłużej. Śmieszne czy przerażające? Dla mnie przerażające. Swego czasu popełniłem artykuł do gazety BIEGANIE o tym, jaki powinien być idealny trener – przedruk na mojej stronie www.niemaniemoge.pl. W skrócie – podobnie jak z liderami w biznesie, idealny trener powinien być kompetentny, dalekowzroczny, uczciwy oraz inspirujący. Kompetentny oznacza znający się na rzeczy. Uczciwy, czyli mówiący wprost również niepopularne rzeczy, ale i potrafiący przyznać się do błędu. Do tych dwóch cech będę chciał nawiązać w tym felietonie.

 

Trenuję triathlon od 2007r. Na początku samodzielnie, potem z Darkiem Sidorem, a teraz z Tomkiem Kowalskim. Sam zresztą jako "smentor" współpracuję z 9 osobami (miało być 3), gdzie dzielę się doświadczeniem, inspiracjami, motywatorami etc. Ale planów nie piszę! Taki deal. Od planów są trenerzy albo książki. Albo sekcja "Trening" na Akademii Triathlonu. W pracy z trenerami przechodziłem wszystkie możliwe fazy: uwielbienie graniczące z boskością, poprzez wątpliwości (do wewnątrz), próbę negocjacji oraz rozstanie. W obu jednak przypadkach miałem do czynienia z trenerami i poczucie bycia trenowanym przez osoby KOMPETENTNE towarzyszy mi do dnia dzisiejszego. Mniejsza tutaj o rezultat – ten złożony jest z wielu czynników. Praca z trenerem jest jednak jego bardzo ważną częścią. Dlatego KREW mnie zalewa jak czytam na FB podziękowania od zawodników dla Trenerów, których znam osobiście, którzy rzeczywiście triathlonem zajęli się zupełnie niedawno. Powiem więcej – sportem zajęli się kilka miesięcy temu. Nie znam wszystkich osobiście, ale jakoś nie widzę na ich profilach ani na stronach zdjęć dyplomów ukończenia studiów ani chociaż jakiegokolwiek innego dowodu kompetencji. I żebym został dobrze zrozumiany – uwolnienie zawodu trenera według mnie jest dobre – chcesz trenować z taką osobą – trenuj. Buntuje się jednak we mnie moje wewnętrzne ja, kiedy słyszę od zawodnika takiego trenera: "Nie idę dzisiaj na rower – trener mi nie pozwolił'. Albo: "W tych zawodach nie wystartuję bo trener sobie nie życzy…" No żesz... ludzie – opanujcie się! Trener jest dla Was czy wy dla Trenera? Kto tu komu płaci? Kto ustala cele? Kto w końcu rozlicza kogo? Trener zawodnika czy zawodnik trenera? A może ta relacja jest właśnie taka, bo trener (przez małe T) właściwie tylko w ten sposób (nie bo nie) może uzasadnić swoje decyzje, zdanie, plany?

 

coach-2

 

Specjalnie nie poruszam tematów związanych z metodyką treningu – każdy ma swoje pomysły i każdy stosuje się do nich mniej lub bardziej. Chciałbym jednak zwrócić uwagę właśnie na tę nierównoległą relację. Początkujący zawodnicy chcąc nie chcąc będą poszukiwać dyrektywności od osoby, która ją prowadzi. I nie ma znaczenia, czy zaczynają od poziomu 3h na ¼ IM czy od poziomu 5h an ½. Ale ta dyrektywność może też być przyczyną uzależnienia. Na to radzę uważać i po prostu być krytycznym!

 

Możecie sobie zadawać pytanie – po co ja to napisałem? Dla mnie kluczową rzeczą w relacji z Tomkiem (obecnie) jest uczciwość. Dopóki dostaję coś co ma dla mnie wartość jestem zadowolony – bardzo zadowolony. Ja jednak mogę to zweryfikować (do pewnego poziomu). Co z osobami, które zaczynają trenowanie od wyboru trenera? I trafiają np. takiego, co to skończył maraton w 4h i teraz szkoli innych, jak to zrobić w 4:30. Uczciwie im powie – nie jestem ekspertem, ale mam dobrą stronę internetową? Uczciwie powie – sam dopiero zacząłem? A może przejdzie na drugą stronę tęczy i od razu zacznie być dietetykiem, psychologiem i od razu ustawiaczem kariery?

 

Chcę pogadać o temacie. Nie chciałem nikogo obrazić, nie chciałem nikogo zniechęcić. Trenerów warto mieć. Trenerów. Nie pseudotrenerów.

Opublikowane w Felietony

Trenujemy niby dla przyjemności. Ścigamy się niby towarzysko. A mimo wszystko kiedy przychodzi ten dzień, to lęk przed startem kiszki ściska. Przed pierwszym Ironmanem w Borównie nie spałem prawie w ogóle. Przed Roth podobnie. Nawet próbuję sobie wmawiać, że jak nie idzie mi przedstartowy relaks, to dobrze pójdą same zawody. Ale nie o tym ten felieton. Gdyby rozłożyć ten lęk na czynniki pierwsze, to nasuwa się pytanie, czego ja właściwie się boję?

 

Lęk podstawowy – strach przed bólem.
Nie wiem jak większość trenujących, ale ja rozróżniam dwa rodzaje bólu podczas treningów i zawodów. Ten mięśniowy i ten wątrobowy. Pierwszy związany jest z długim dystansem – dla mnie bardziej komfortowy – jeśli w ogóle można tak to określić. Drugi wiąże się z odcinkami albo dystansem bieganym szybko lub bardzo szybko. Tutaj oprócz mięśni dochodzi również ból brzucha, wątroby... czego konkretnie? Nie wiem. I tego bólu boję się najbardziej. Jak próbuję go oswoić. niestety metodą najbardziej masochistyczną, czyli przyzwyczajaniem się do niego na treningach, to oznacza walkę ze ścianą, przekraczanie granicy, której teoretycznie nie da się przekroczyć. Ale można jeszcze oszukiwać siebie. Przykład z ostatniego treningu na basenie. Zadanie główne 8x300. Dosyć miałem już po dwóch odcinkach. Postanowiłem kantować na maksa. Kontrakt ze sobą opiewał na 4 sztuki, a potem koniec – rezygnuję z treningu. Po 4 postanowiłem zrobić 5, bo ładniej wygląda realizacja 60% treningu niż 50%. Po 5 dałem sobie nagrodę – 2 sekundy dłuższą przerwę po to, żeby zainwestować w 6 odcinek. 7 był naturalny, bo przedostatni, a 8 to wiadomo. Po co to robię? Pewnie nie dlatego, że jak twierdzi Kasia Sidor mam uszkodzony gen masochizmu, ale chyba po to, żeby móc pokonywać ostatnie kilometry tak jak w Roth i z perspektywy czasu móc powiedzieć sobie – chciałbym jeszcze raz podjąć to wyzwanie.

 

 Lęk pośredni – co powiedzą inni?
Patrząc na zestaw lęków ten przychodzi mi jako kolejny do głowy. Presja, którą sam sobie narzucam kolejnymi celami, życiówkami, wygranymi z tym czy tamtym, to z jednej strony droga donikąd, a z drugiej - bardzo silny motywator. Na swoich wykładach mówię – chcesz, żeby cel był motywujący to go ogłoś – od tej pory jest tylko jeden kierunek – do jego realizacji. Z drugiej strony strach przed tym, co powiedzą ludzie, jak się nie uda zrealizować? Dodatkowo nakręcamy się wzajemnie publikując na profilach, blogach, forach ile to przejechaliśmy, z jaką prędkością itd. Jak się tu nie bać, kiedy inni pracują mocniej i więcej niż ja? No więc stąd ten strach. Jak sobie z nim radzić? Nie mam za bardzo recepty. Wmawiam sobie, że nic już nikomu udowadniać nie muszę, że osiągnąłem już pewien poziom, ale to wszystko guzik prawda. Chcemy więcej, szybciej, lepiej. I może po prostu do tego akurat lęku trzeba się przyzwyczaić.

 

wysiek 2

 

Lęk wydumany – ile brakuje mi do perfekcji?
W historii swojego "triathlonowania" (bo nie biegania – to zamierzchłe czasy) złapałem się już wielokrotnie na myśleniu, jak to trzeba sprytnie wykombinować, żeby tego konkretnego dnia, o tej siódmej rano mieć odpowiednią masę, składniki ciała, formę i ładowanie węglowodanowe. I martwienie się o to w okresie budowania formy daje nieźle popalić. Rodzą się pytania: "Czy jak nie zrobię tego treningu, to zrujnuje swój plan i całkowicie załamię formę? Czy zjedzenie tego jednego ziemniaczka więcej spowoduje gwałtowny przyrost wagi i całkowicie rozwali mój plan dietetyczny i drogę ku wadze startowej?" Tutaj najlepszym doradcą jest doświadczenie. Patrzę na zjedzone extra kalorie i myślę sobie: "OK, byłbym może i 100 gram chudszy, ale za to nie miałbym przysłowiowego banana na gębie po torciku wedlowskim", "OK, nie zrobiłem tego treningu (basenowego, a jakże), ale czy oznacza to, że popłynę wolniej o 0,1 na 100m czy raptem o 0,01?" Bo w to, że odpuszczenie jednego czy dwóch treningów w makrocyklu wpłynie zasadniczo na formę już nie wierzę. Albo inaczej – wierzę, że wpłynie pozytywnie! Tak więc nie przejmuję się za bardzo, czy będę w 90 czy 95 percentylu mojej idealnej wagi/formy. Ważne, że 9-tka będzie z przodu.

 

Lęk ostatni – lęk przed dniem wolnym w tygodniu.
Moja Ewa twierdzi, ze to syndrom uzależnienia. Tomek twierdzi, że to konieczność (na szczęście nie w każdym tygodniu). To jest rzecz, z którą nie potrafię sobie poradzić. Szukam alternatywy - m.in. tak jak ostatnio Arek, szykujący się do IronDziadek War w Suszu. Na moją rekomendację: "Zmęczony jesteś? Odpuść dzisiaj trening", powiedział: "OK, poprzenoszę za to płytki chodnikowe... 0,5 tony!" No i weź tu człowieku bądź mądry. Na szczęście jak się ma wolne, można pisać felietony. Pozdrawiam i czekam na Wasze lęki i sposoby na nie!

 

pytki

Opublikowane w Felietony
poniedziałek, 20 kwietnia 2015 07:33

AZZUN „cztery pory roku” Duathlon 2015.

Imprezy duathlonowe nie należą do najpopularniejszych w naszym kraju. Nie wiem właściwie dlaczego? Jest to świetna forma przygotowania do sezonu triathlonowego. Więcej o pomyśle imprezy mogliście przeczytać w poprzednim felietonie – teraz chciałbym w kilku słowach opisać co stracili ci, którzy na imprezę nie przyjechali. Występowanie w roli organizatora i zawodnika ma swoje plusy i minusy. Niewątpliwym minusem jest niedospanie, wynikające nie tyle z natłoku pracy, co przede wszystkim z nerwów – czy wszystko wyjdzie, czy nic się nie stanie itd. Zapewniam Was, że sensacje sałatki z cieciorką a’la Dowbor to nic w porównaniu z tym rodzajem stresu.

 

Dlatego też wyjeżdżając rano w dniu zawodów, kiedy zobaczyliśmy padający śnieg, byłem lekko przerażony. Na szczęście w ciągu dnia wypogodziło się i pomimo, że w trakcie części rowerowej padał zarówno deszcz jak i grad, to tę część organizacyjną można zaliczyć na plus. Bieg pierwszy – ok. 5km – to bieganie po rundzie (tam i z powrotem), po dość wymagającej pagórkowatej trasie. Jak wiadomo góreczki to to, co mkony lubią najbardziej – nie mogłem więc tego odmówić sobie jak i innym 79 zapisanym śmiałkom. Miłosz Sowiński wystrzelił jak z procy i wiedziałem, że jedynie na rowerze może będzie szansa go dognać bo miał szosówkę, a nie rower czasowy. No i udało się.

 

azzun3

 

Część rowerowa (ok. 30km) poprowadzona drogą serwisową DK 16, przyznam, dała mocno w kość. Mocny wiatr i niby znajome podjazdy powodowały, że średnia moc 320 watów była odczuwalna jako większa. Ale mój trener Tomek Kowalski twierdzi, że rezerwy są... Zawody odbywały się przy ruchu otwartym na wahadle 7,5km. Zabezpieczeniem zajmowali się Policjanci oraz wolontariusze. Lekko zestresowani (bo pierwszy raz to robili) motocykliści rozpoczynający i zamykający wyścig musieli nieźle się natrudzić, żeby zapanować nad całym tłumem na rowerze. Drafting był dozwolony. Dozwolony, ale niekonieczny szczególnie, jeśli chciało się sprawdzić swoją obecną formę.

 

 azzun1

 

Bieg drugi (ok.7,5km) prowadził tą samą trasą co bieg I, więc ci co pocisnęli na rowerze, łatwo nie mieli. Podobnie jak w Roth zapomniałem zegarka ze strefy T2, ale widząc jak Miłosz przebiera nogami po wybiegnięciu ze strefy i tak mierzenie czasu nic by mi nie dało. Ale nie odpuszczałem. Bieg II wyszedł (pomiar ostatnich 3km) po 3:37. Dobry prognostyk przed sezonem chociaż nieźle dający w kość. Na szczęście na mecie czekał na wszystkich uczestników prawdopodobnie najpiękniejszy medal duatlonowy na świecie wyprodukowany przez Wojtka Buczka. I ciasto. Baaaardzo dużo różnych rodzajów ciast przygotowanych przez uczestników i kibiców.  Po zawodach mieliśmy chyba jeszcze większe emocje – bieg dzieci. Co tam się działo! Ponieważ prowadziłem imprezę, czekam na relację uczestników tej części zawodów.

 

azzun5

 

Cel jaki sobie ustaliłem na ten weekend, czyli zorganizować zawody koleżeńskie – bez napinki, ale dające możliwość „przetarcia buraka” chyba osiągnęliśmy. Nie byłoby to możliwe bez pomocy następującej gromady:  mojej żony – Ewy, Daniela Godlewskiego, Karola Marciaka, Piotrka Bronakowskiego, Wojtka Suchego Suchowieckiego, Tomka Wiewiórskiego, Piotr Tuptasa, Arka Friedricha, Przemka Lisowskiego. Sponsorzy: Hotelowi AZZUN SPA, firmie ARTNEO, TAS-BIKE,  SHE’s FIT, BARWA System, Chia Charge, Sklep Sportowy, Aras Consulting, Bawełna Motywacyjna, VTS Triathlon – dzięki wam konkurs z nagrodami trwał w nieskończoność! Za udzieloną pomoc dziękuję Marcinowi Waniewskiemu (szkoda, że od razu nie zapakowałeś stojaków rowerowych ze strefy zmian do swojego seata). Dla potomnych: zawody wygrali Miłosz Sowiński i Aleksandra Góralska. Najmłodszym uczestnikiem był Antoni Szpunar (16 lat), który wytrwał dzielnie do końca. Najstarszym Bogdan Kord, który ukończył zawody przed najmłodszym? Więcej wyników oraz zdjęcia na stronie www.niemaniemoge.pl

 

Na koniec chciałbym podziękować tajemniczej Martynie L, bez której pakiety startowe nie byłyby takie jakie były! Kasia, Tosia, Misia i wolontariusze z Nidzickiego Funduszu Lokalnego – szacun! Z Wami można organizować KAŻDĄ imprezę. I… do zobaczenia za rok (chyba)!

 

azzun6

Opublikowane w Publicystyka
pierwsza
poprzednia
1
Strona 1 z 3

Blogi

Ostatnie wpisy Pokaż wszytkie

stat4u
Website Security Test