brett sutton
Home Aktualności Publicystyka Artykuły w etykiet: MKON

Mistrzostwa Polski Afryki w kategorii M40 tuż tuż! 2 kwietnia około 10 osób z Polski zmierzy się w zawodach Ironman South Africa w Port Elizabeth. Marcin MKON Konieczny wpadł na pomysł, aby umilić i dodać pikanterii tej rywalizacji. Skontaktował się z Ojcem Dyrektorem i zaproponował, że przez 3 ostatnie miesiące do zawodów, a więc styczeń, luty i marzec kilku wybranych przez niego zawodników, będzie "rywalizowało" wirtualnie w przygotowaniach do zawodów. Ostatecznie pomysł przerodził się w obstawianie kilometrów, jakie pokona każdego miesiąca cała piątka, a w tle jest cel charytatywny. O zasadach możecie przeczytać w tekście pt.: "Mistrzostwa Polski M40 w Afryce - mkon ma pomysła", ale w skrócie przypominamy je również w tym tekście. Zaczynamy zabawę.

 

MKON:

"Pierwszy – styczniowy etap w naszej zabawie dotyczyć będzie pływania. Pierwsza z triathlonowych dyscyplin, niby najmniej ważna na dystansie IRONMAN, ale jak powszechnie wiadomo, jeżeli ktoś wyjdzie z wody za daleko, to ma naprawdę małe szanse, aby dogonić tych, którzy wyszli w czołówce.Przypomnę założenia zabawy. Pięciu ścigających się w jakże mi bliskiej kategorii wiekowej M-40 w ramach Ironman South Africa czyli: Marcin Waniewski, Łukasz Grass, Olek Łakomski, Rafał Herman oraz Radek Pawłowski walczą o slota na Hawaje. Zabawa w #MistrzostwachPolskiAfryki w styczniu polega na obstawieniu, ile ŁĄCZNIE kilometrów przepływanie cała piątka na basenie. Jak można wziąć udział w zabawie?

  1. Przekazujesz w ramach swojego rozliczenia rocznego (niekoniecznie w styczniu) 1% na dowolną – wskazaną przez Ciebie organizację pożytku publicznego. Nie potrzebujemy potwierdzeń, świadectw, przelewów itd. Triathlon to sport dla ludzi honorowych, więc wierzymy, że jeśli chcesz się z nami bawić – zapłaciłeś. Jeśli nie płacisz podatku dochodowego (studenci, uczniowie) bierzesz udział w zabawie za darmochę.
  2. Obstawiający powinien podać łączną sumę kilometrów (pełna wartość, bez wartości po przecinku) całej piątki. 
  3. Obstawiamy w komentarzach podając swoje imię i nazwisko oraz liczbę (można oczywiście okrasić to stosownym komentarzem)
  4. Obstawiamy TYLKO RAZ. I ponownie – nikt nie będzie bawił się w sprawdzanie Waszych numerów IP – traktujemy to jako zabawę. Uczciwą zabawę.
  5. 2 lutego podajemy wartość jaką podadzą nam Panowie (przesyłać będą maile do MKON’a – nie znając wartości swoich rywali). Wygrywa osoba, która trafi w wynik. Jeśli takiej osoby nie będzie szukamy osoby najbliżej +\- Przykład: panowie „napływają” 1000km. Najbliższym wynikiem może być 999 lub 1001. W przypadku osób z dwoma podobnymi różnicami nagroda zostanie wylosowana.

Nagrodą w styczniowej edycji konkursu są okularki pływackie Altair marki HUUB. Najnowszy model, w którym możecie wybrać jedną z trzech najlepiej pasujących do aktualnych potrzeb parę szkieł.

 

altairman

 

Zapraszamy do zabawy. Mamy nadzieję, że konkurs oraz sama zabawa jeszcze bardziej zmobilizuje Panów do rywalizacji, nie tyle ze sobą, ale z kolegami z innych krajów. W końcu do zdobycia w M-40 jest aż 8 slotów!

 

SUPLEMENT: Oczywiście kibicujemy nie tylko biorącej w zabawie piątce, ale wszystkim pozostałym startującym w imprezie Polakom".

 

Łukasz Grass: 

Dziękuję MKON za pomysł i logistykę! Szykuje się dobra zabawa. Ze swojej strony dodam, że przygotowujemy również zabawę w obstawianie wyników wszystkich startujących Polaków w Ironman South Afrika. Ponieważ nie ma jeszcze listy startowej na stronach IM, proszę wszystkich, których nie ma na poniższej liście o informację. Dopiszemy i wówczas uruchomimy sondę. 

 

Marcin Waniewski

Łukasz Grass 

Olek Łakomski

Rafał Herman

Radek Pawłowski

Aleksander Sachanbiński 

Dariusz Dąbrowski 

Piotr Gąsiorowski 

 

 

 

 

Opublikowane w Publicystyka
wtorek, 04 października 2016 07:51

"Czy warto wystartować w Ironman Barcelona?" - mkon

Na 3 dni przed startem miałem dwa koszmary. Koszmar numer 1 to fale. Pływałem z Radkiem Buszanem treningowo i kołysało nami tak, że czuliśmy się po treningu jakbyśmy mieli chorobę morską. Koszmar numer 2 to drafting. Ostrzeżony przez Professora, ciągle miałem w głowie wyprzedzającą mnie grupę 30 zawodników. Powracało pytanie: co mam w takiej sytuacji zrobić? Przycisnąć 500 watów, wysforować się na pierwsze miejsce i wrócić do swojej założonej mocy? Za chwilę wyprzedzą mnie znowu. Ustąpić? A jeśli pociąg ma 100 metrów? Co w takiej chwili? 

 

Lekko zestresowany stanąłem na linii startu z dwoma celami: zrobić życiówkę i zakwalifikować się na Hawaje. Po nocnych przygodach wiedziałem, że cel nr 1 jest poza zasięgiem. Żeby zrealizować cel nr 2 musiałbym być w pierwszej 5-tce. Jak się skończyło wszyscy wiedzą, więc mniej będzie o tym jak to bolało, a więcej o samych zawodach, bo dostałem dzisiaj rano pytanie, czy polecam tę imprezę na debiut. Pytanie było z kategorii smentorskich, więc nie chciałem odpowiedzieć wprost. Zamiast tego pokazałem jej plusy i minusy.

 

mkon hawaii2017

 

Ale zacznijmy od sprawy najważniejszej. Czy były to zawody uczciwe?

Według mnie dla tych, którzy mieli możliwość (i chcieli) - były, dla tych, którzy możliwości nie mieli i/lub nie chcieli - nie. I mówię to z pełną premedytacją, bynajmniej nikogo nie wskazując. Pierwsze 3 km po mieście w małych uliczkach spowoduje, że utworzą się małe grupki... czy tego chcecie czy nie, tak będzie. Potem albo uciekniesz albo pierwsze 40-50km jedziesz z innymi. Na trasie było bardzo dużo sędziów. Pierwszą część I pętli właściwie byłem eskortowany przez motor z sędzią. Było ciągłe wyprzedzanie, a okrzyki „left”, „left” sypały się gęsto. Czy można było nie draftować? Można. Jak się jechało w czubie. Czy można było nie draftować wychodząc z wody w 60 percentylu zawodników, przy 3000 uczestników? NIE!

 

I nie ma znaczenia, czy jesteś uczciwy czy nie. Inną kwestią jest to, co robiłeś po 30, 40, 50km. Dla mnie asysta sędziego skończyła się na nawrocie pierwszej pętli. 8 panów i jedna pani PRO, których goniłem, bo chciałem się załapać chociaż na te parę metrów po nawrocie jadąc pod wiatr, zaczęła tak współpracować, że miałem do wyboru: jechać swoje albo ich gonić. Ponieważ średnia pokazywała mi po 45km 42km/h zdecydowałem, że nawet jeśli pod wiatr pojadę swoje, to wystarczy. I pojechałem swoje. I tak jechałem do końca. Ale żona mówiła mi, że widziała zawodników, którzy na rondzie nawrotowym czekali na grupy, żeby pojechać w tunelu!

 

mkon hub

 

Co jeszcze można powiedzieć o tych zawodach?

Pływanie w morzu nie jest dla mnie jakoś specjalnie przyjemne. Fale, woda, która powoduje odruch wymiotny. Trasa pływacka (pierwszy nawrót po 300m) powodowała, że był tłok. Słabo zorganizowana była strefa zmian w kontekście wieszaków na worki. Numerki były poprzyklejane co 10 i trzeba było liczyć, gdzie wiszą twoje ciuchy. Powodowało to lekkie zamieszanie i wydłużenie trwania T1 i T2  mimo, że dystanse w strefach były krótkie. Bieganie częściowo po promenadzie, częściowo po ulicach dwóch miasteczek (Calella i Pineda de Mar). W dniu zawodów mieliśmy dużo szczęścia bo niebo było zachmurzone. W dni poprzedzające start zastanawiałem się, czy nie wystartować w kasku szosowym – taki był gorąc. Dokładając do tego codziennie wiejący wiatr, zawody te wcale nie należały do najłatwiejszych. Wielu zawodników (włącznie z piszącym te słowo) lekko „zeszło” na biegu. 

 

Podsumowując: zawody fajne, z potencjałem do bardzo dobrych wyników. Ilość debiutantów świadczyć może o tym, że rozeszła się fama, że to dobra miejscówka. Według mnie nic nie przebije Klagenfurtu, a slota łatwiej złapać w innych lokalizacjac. Czy polecam je na debiut? Jeśli lubisz startować w cieple, przy falującej słonej wodzie z wiatrem i poradzisz sobie z presją draftingu?  TAK, warto. 

Opublikowane w Felietony

44 Polaków ukończyło dystans Ironman w Barcelonie. Najszybszym polskim triathlonistą był Marcin Konieczny, który wygrał swoją kategorię wiekową uzyskując czas 08:52:46. Jego międzyczasy to: pływanie 1:01:58, rower 4:35:57 i bieg 3:08:49. Na podium stanął także Grzegorz Wiśniowski, zajmując trzecie miejsce w M25-29. Wśród zawodników PRO Filip Przymusiński zajął 27 miejsce, a Mikołaj Luft niestety nie ukończył zawodów. Jedyną kobietą, która dotarła do mety to Kaja Delewska, w kategorii F25-29 zajęła 8 miejsce. Ironman Barcelona 2016 oferował 40 slotów na MŚ na Hawajach w 2017 roku.

 

 MarcinKoniecznywygraM40-44naIronmanBarcelona1

 

Wyniki Polaków

 

PRO
Filip Przymusiński 27 miejsce - 8:58:39

 

M25-29
Grzegorz Wiśniowski 3 miejsce - 8:56:32
Tomasz Domagała 16 miejsce - 9:44:25
Rafał Ponikwia 45 miejsce - 10:45:22

 

F25-29
Kaja Delewska 8 miejsce - 11:05:00

 

M30-34
Mariusz Pirek 4 miejsce - 9:00:49
Bartłomiej Jedrychowicz 80 miejsce - 10:35:28
Eugeniusz Licznarowski 93 miejsce - 10:43:01
Dariusz Mateja 157 miejsce - 11:38:20
Piotr Madej 163 miejsce - 11:42:22
Leszek Stelmachowski 192 miejsce - 12:06:58

 

M35-39
Radek Buszan 9 miejsce - 9:12:49
Mariusz Klatka 38 miejsce - 9:41:18
Przemysław Szuder 55 miejsce - 9:55:00
Dariusz Epelbaum 71 miejsce - 10:07:06
Damian Witkowski 87 miejsce - 10:16:30
Tomasz Panufnik 156 miejsce - 10:53:35
Grzegorz Radziukiewicz 194 miejsce - 11:05:41
Paweł Bajsarowicz 204 miejsce - 11:11:03
Bartosz Potyrała 276 miejsce - 11:48:44
Jacek Zielonka 279 miejsce - 11:49:54
Dariusz Dziuba 303 miejsce - 12:08:13

 

M40-44
Marcin Konieczny 1 miejsce - 08:52:46
Piotr Bula 26 miejsce - 09:41:14
Marcin Kapitula 75 miejsce - 10:19:04
Konrad Wilijewicz 114 miejsce - 10:38:37
Paweł Targoni 141 miejsce - 10:49:22
Paweł Błażutycz 177 miejsce - 11:02:43
Przemysław Przywarty 180 miejsce - 11:03:45
Piotr Barwiński 181 miejsce - 11:03:58
Wojciech Maka 248 miejsce - 11:33:46
Mieszko Kastelnik 276 miejsce - 11:47:27
Rafał Sieradzki 296 miejsce - 12:00:34
Michał Dzioba 321 miejsce - 12:16:12
Dariusz Leśniak 324 miejsce - 12:16:44

 

M45-49
Jarosław Świątek 73 miejsce - 10:36:03
Tomasz Czasak 98 miejsce - 10:45:38
Michał Piotrowski 99 miejsce - 10:46:03
Paweł Boniecki 146 miejsce - 11:13:47

 

M50-54
Jacek Jurski 105 miejsce - 11:39:35
Ireneusz Czwojdziński 130 miejsce - 12:11:25
Jacek Dudkowiak 141 miejsce - 12:20:03
Ryszard Grobelny 143 - 12:20:20

 

M55-59
Grzegorz Grzelec 7 miejsce - 10:12:29

Opublikowane w Wydarzenia

W jednej z koncepcji zarządzania, którą „sprzedajemy” na prowadzonych przez nas szkoleniach jest typ pracownika, którego nazywamy kompetentnym, ale ostrożnym praktykiem. To taki osobnik, który wie jak, ale nie za bardzo w siebie wierzy. Porównujemy to często do dzieciaka, który chcąc nauczyć się jeździć na rowerze na dwóch kółkach potrzebuje rodzica, który trzyma kijek wetknięty miedzy ramę i pomaga mu złapać równowagę. Kiedy się przewraca? W większości wtedy, kiedy widzi, że rodzic go nie asekuruje. I tak się trochę czuję przez niedzielnym startem. Niby wiem, ze jestem przygotowany, niby wiem, że nic więcej zrobić nie mogłem (bo wykonałem 100% planu treningowego), niby wiem, że ten plan był dobry (gwarantuje go zestaw trenerski Kowalski-Rostkowski). Ale wątpliwości mam. Co więcej! Te wątpliwości przeradzają się w przerażającą przedstartową sr*czkę. Złapałem się na tym, że chcę/chciałem popełnić wszystkie błędy, o których przestrzegałem w swoich felietonach. Ale po kolei.

 

Najpierw źródło. Półmaraton Warszawski nie poszedł mi tak, jak pójść powinien. Stąd przerażenie wynikające z tego, że nie wszystko idzie jak iść powinno. Jak dołożę sobie myślenie typu: ledwie dobiegłem 21km w 1:14’22 to jak mam ubiec kolejne 21? Kolejny pretekst do tego myślenia dał mi zeszłotygodniowy trening 2x10km. Druga dycha w tempie startowym. Wcale nie było łatwo ani z zapasem. Jak pobiec to x4? Niewyobrażalne. No to zaczęły się pomysły na ułatwianie/ulepszanie lub co gorsza czarowanie.

 

Najpierw złapałem się na tym, że staram się zaczarować rzeczywistość fetyszami. Z jakiego bidona powinienem korzystać? Czy jak piłem z czerwonego przez zawodami to szło mi dobrze, czy raczej nie realizowałem celu? A jak jest z rutyną przedstartową typu fryzjer. Mam tak, że przed ważnym startem idę do fryzjera. Ale zawsze robię to w sobotę. Tym razem musze być rano o 11.00 w W-wie, więc nie mogę iść w sobotę. Panika… Ja pierdziele. Stary a głupi. Nawiasem mówiąc – zapraszam na gofry MOCY MKON’a na expo Orlen Maraton.

 

Potem zaczęła się jazda z cudami odżywczymi. Jeden blog, drugi, a może jednak spróbować diety sztokholmskiej (kilka razy próbowałem – na mnie nie działa). Ale jadę… co mam do stracenia. Po pierwszym dniu odstawienia węglowodanów Ewa kopnęła mnie w dupę i otrzeźwiła. Fajnie mieć taką Ewę ;)

Potem poszło mi w tematy triathlonowe. Co z tego, że wiosna pod znakiem biegania, a cel triathlonowy to perspektywa dopiero październikowa. Nie idzie w bieganiu trzeba kompensować pływaniem i rowerem. Piotrek Rostkowski mówi: najlepiej jakbyś w ostatnich 10 dniach do maratonu nic nie pływał i nic nie jeździł. A u mnie myślenie typu: sezon rowerowy zmarnowany. Idę pokręcić. Albo takie myśli: "Nie dość, że nic nie biegam, to jeszcze będę pływał jak siekiera". No paranoja kompletna.

 

Ostatnim bezsensem, jaki chcę wspomnieć jest „próbowanie się”. To już bezsens nad bezsensy. Oczywiście nie dałem się ponieść temu idiotyzmowi, ale przeszła mi przez głowę taka myśl. Odwołali ci szkolenie. 3 dni luzu akurat przed maratonem – machnij sobie sprawdzian na 400. Będzie ślad w triathlonie korespondencyjnym. Wprawdzie nie pływasz, ale przynajmniej coś zrobisz. Zobaczymy, czy pikawa dobrze działa. Szok. Niby jestem dojrzałym zawodnikiem, a takie bzdury przychodzą mi do głowy i co najgorsze jestem KROK od ich realizacji…Zero logiki.

 

Prawda. Nadmiar wolnego czasu. To wszystko nie pomaga. Ale rowery już poczyszczone, garaż sprzątnięty. Do drewna się nie dotykam, bo ostatnio (dzień przez PWM) przerzuciłem 5m3 więc teraz nie ma niebezpieczeństwa. Na szczęście mam mądrego trenera. Pisze do mnie: "Wszystko zależy od diety, nastawienia i wypoczynku. Nie kombinuj".

 

No to nie kombinuję. Co ma być, to będzie. Nie ma co wierzyć w cuda. Trzeba wierzyć w siebie. Cel minimum: życiówka (sub 2:34), cel maksimum sub 2:30. #niemaniemogę

Opublikowane w Felietony

Pisze Sebastian: "Jak chcesz, to podrzucę Ci jeszcze jeden temat na felieton(...) Czasami lecę na autopilocie, patrzę w kalendarz "what's next" i dalej jazda, i tu czasami napotykam na trudność, bo nie do końca potrafię “lecieć" w tematach zawodowych, które wymagają dużego skupienia, skoncentrowania i poświęcenia 120% uwagi, myślenia koncepcyjnego i strategicznego, a nagle “beznamiętnie” wskoczyć na rower i do tego zrobić jeszcze jakościowy trening. Potrzebuje chwili wyciszenia, skupienia i w końcu przestawienia się na myślenie i czucie sportowe skoncentrowane na robocie TERAZ, na efekcie, na wysiłku, na “fizyczności”, a jak wiadomo wszystko, co robimy (również zawodowo, emocjonalnie, życiowo), ma wpływ na całościowy bilans energetyczny i to bardzo często czuć, jak obciążenie pozasportowe potrafi wpłynąć na jakość treningu."


No kto tak nie ma?! Dlatego nazywa się nas sportowcami – amatorami. Łączymy te 3 światy. Biznes, rodzina i… sport. W takiej (rekomendowanej) kolejności.
To przełączanie się u mnie trochę zależy od tego, w co wskakuję i z czego wyskakuję. Sebastian w dalszej części maila pisał o konieczności lekkiej przerwy pomiędzy biznesem a treningiem, szczególnie jakościowym. Wizualizacja, lekka „kimka”, czy nawet obejrzenie jakiegoś fragmentu z zawodów. Ja mam inaczej. Ja wskakuję jak do rzeki z zimną wodą. Po pierwsze szkoda mi czasu na pauzy pomiędzy czynnościami, po drugie ta energia jaką mam z aktywności biznesowej zawsze, ale to zawsze, działa mobilizująco na trening. Przykład. Kończę szkolenie na lekkim „wku..rzeniu” to wiadomo od razu, że pierwsze kilometry biegu albo pierwsze minuty na rowerze będą albo na zbyt dużych watach albo za szybkie. Zawsze tak mam. Jak z kolei kończę na lekkim zmęczeniu i naprawdę mi się nie chce – bo czuję brak energii, to wiem, że jak nie wyjdę od razu, to niebezpieczeństwo "nie wyjścia" w ogóle wzrasta proporcjonalnie wraz z kolejnymi 5,  kiedy leżę i sobie odpoczywam.

 

Tutaj z kolei już nauczyłem się nie zwracać uwagi na tempo i prędkość pierwszych – rozgrzewkowych kilometrów. Po prostu wiem, ze będzie słabiej/wolniej. Z kolei już sam trening (jego część zasadnicza) to już 100% koncentracji na tej założonej jakości. I tutaj nie ma zmiłuj. W końcu po to robimy treningi jakościowe, i dlatego właśnie mają one rozgrzewkę i schłodzenie. Czasami nawet podczas treningu rowerowego lekko modyfikuję rozłożenie akcentu. Np. jeśli mam zadanie 10x1’/1’ w czasie 2h treningu to zwiększam część rozgrzewkową – żeby się dobrze rozgrzać, a zadanie robię w ciągu ostatnich 45’.


Bardzo często jednak nie udaje mi się wyłączyć poprzedniej aktywności całkowicie. I wtedy staram się jakość połączyć jedno z drugim. Pamiętam, że zdarzyło mi się nagrać na dyktafon w telefonie najważniejsze myśli, założenia pomysłu, jaki właśnie przyszedł mi do głowy. I to nie tak, że one jakoś nagle wpadają. Brak przełączenia się staje się dla mnie zadaniem zajmującym głowę. Klient poprosił o rozwiązanie extra – robię burzę mózgu i zadaje sobie zadanie wymyślenia co najmniej 10 pomysłów dookoła tematu. Skończyłem pierwszy dzień szkolenia i nie jestem za bardzo zadowolony – zastanawiam się nad pierwszymi 90’ drugiego dnia, itp. Oczywiście jak pojawia się zadanie, niestety jakość pomysłów spada. Ale stąd konieczność rozgrzewki. To trochę jak w taśmie magnetofonowej szpulowca. Czasami ta „rozbiegówka” była baaardzo długa.

Podsumowując: przełączanie się jest elementem stałym naszej amatorskiej natury. Warto się do tego przygotować. Jak? Każdy ma swój sposób. A jak nie ma, niech tym „switchem” będzie rozgrzewka przed zadaniem głównym podczas treningu albo początek treningu – jeśli np. stałym tempem – niech nie będzie jakoś znacznie niżej albo wyżej od zakładanego tempa, watów czy prędkości.


HOWGH!
Po takich e-mailach pomysły na felietony nigdy mi się nie skończą ☺ Dzieki Sebastian.

 

Opublikowane w Felietony
niedziela, 21 lutego 2016 10:56

"Chodzenie na skróty" - mkon

Chodzenie na skróty. Na każdym kroku. Począwszy od nawigacji samochodowej, a skończywszy na ułatwianiu sobie trenowania. Dobrze to widać np. na forach. Nowy forumowicz zamiast wpisać odpowiednią frazę w wyszukiwarce,  pisze: "Wiem, że temat prawdopodobnie był wałkowany wielokrotnie, ale chciałbym zapytać o…" Jasne, zawsze znajdzie się jakiś życzliwy, który jednak podpowie. Ale generalnie rozleniwiamy się. Kupujemy tabletki, które mają dostarczyć nam optymalną ilość magnezu, albo wydajemy kasę na żywienie pudełkowe, zamiast zrobić sobie samemu porządny zbilansowany posiłek. Potrzebujemy coacha, który nas zmobilizuje do wysiłku albo i nawet samego wyjścia na trening. Wiem, czasami jest to środek do celu. Ergo: nie mam czasu na gotowanie, a stać mnie - idę w dietę pudełkową. Nie chce mi się szukać na forach, albo się nie znam – szukam kogoś, komu zapłacę i zrobi to za mnie. Tak działa outsourcing. A ja się czasami zastanawiam, czy ten mniejszy wysiłek podczas procesu przygotowawczego nie przekłada się potem na łatwiejszą rezygnację. W trakcie zawodów nie będzie coacha. Na 30 km maratonu nie powie: dajesz MKON. MKON będzie musiał sam się zmobilizować. Pojedziemy na zawody, daleko od diety pudełkowej, to brak umiejętności pewnych podstaw skończy się smutno, bo przecież nie umiejąc zrobić sobie zbilansowanego posiłku, pójdę do restauracji...na glutaminian sodu.


Ucząc ludzi zarządzania pracownikami, często dyskutujemy, jakie są powody, dla których ludzie nie realizują zadań, które otrzymują. Ludzie nie realizują celów, bo nie umieją albo im się nie chce. Jest jeszcze kwestia zasobów – ale o tym na koniec. Patrząc na kolegów sportowców, którzy idą na skróty, zastanawiam się, dlaczego nawet jeśli używamy czyjejś dostarczanej nam wiedzy, sami na tym nie skorzystamy. Czasami ręce aż opadają, jak dajemy się robić w balona (czasami niekoniecznie intencyjnie), a wyłączanie myślenia w kontekście: zapłaciłem za usługę – ufam, więc nie kontestuję - prowadzi na manowce. Przykład: dieta redukcyjna zakupiona przez kolegę. Patrzę na jadłospis i widzę porcję 50 gram płatków na śniadanie. I co robi kolega? Płatki to płatki, wsypuje 50 gramów „Chocapic”. No jaja jakieś. Nie mam wiedzy – nie kontestuję. Inny przykład: wierzę, że plan zaordynowany przez trenera jest super – zadziałał. A co jak skończy mi się kasa? Przestaję trenować? Czy nie warto poznać mechanizmu sugerowanego mi treningu? A co jeśli trener jest akurat na wyjeździe i nie podeśle planu na czas? Nie trenuję przez pierwsze dni tygodnia?


Czasami jest jeszcze gorzej. Idziemy w ślepą wiarę tego, co działa u innych. "MKON czy mógłbyś mi podesłać swój plan treningowy jaki miałeś w 2015?" Jasne, ale chcesz go skopiować? Nie, chcę się zainspirować. Wtedy jest ok. Ale jak ktoś zrobi kopię 1:1, to raczej nie zaprowadzi go to w dobrą stronę. Ani ja nie jestem nim/nią ani ona/on mną.

 

Podsumowując. Mamy teraz w mediach społecznościowych wysyp obrazków porównujących tzw. prawdziwych mężczyzn z tymi drugimi. Ci pierwsi, jak się złapie gumę zdejmują koło, a ci drudzy dzwonią po pomoc drogową. Mnie bliżej jest mi do tych pierwszych, bo chyba mniej im się zdarza iść na skróty. Bo bez pracy nie ma kołaczy. Tak to mi się wydaje. I to oddaje potem, gdy nadchodzi moment próby. Z trzech poruszonych przeze mnie przeszkód w realizacji celu poruszyłem jedną – brak umiejętności. Przy braku motywacji – nie ma sensu nawet kupować sobie butów do biegania. Nikt za Ciebie nic nie zrobi – po prostu szkoda gadać. W przypadku braku zasobów – np. czasu, outsourcing i priorytetyzacja jest jedynym wyjściem.

Opublikowane w Publicystyka
niedziela, 14 lutego 2016 17:06

Charytatywny SAE Duatlon Kamionka 2016

Jak co roku na wiosnę, tym razem 9.04 zapraszamy do przetarcia się przed sezonem. Tegoroczne zawody odbędą się w siedzibie Nidzickiego Funduszu Lokalnego, w miejscowości Kamionka pod Nidzicą. Zaplanowana trasa 3km biegu, 30km roweru i 6km biegu dadzą możliwość sprawdzenia swojej formy przed pierwszymi startami triathlonowymi. Trasa biegowa będzie crossowa, a pagórkowata trasa rowerowa (jak to na Warmii) da mocno w kość.  Dzięki pomocy finansowej Jacka Nowakowskiego oraz firmy SAE każdy z uczestników otrzyma pakiet startowy z pamiątkową koszulką. Całość opłaty startowej (100zł) zasila konto Funduszu Lokalnego, dzięki któremu ufundowane zostaną stypendia dla zdolnej, ale mało zamożnej młodzieży. Więcej informacji o działaniach funduszu i stypendiach tutaj: www.funduszlokalny.nidzica.pl.

 

Trasa biegowa 

 

bieg 1_duatlon

 

 

Trasa rowerowa 

 

rower duatlon

 

Miejsce zawodów czyli Garncarska Wioska http://garncarskawioska.pl/ poza super infrastrukturą do samego startu daje też właściwie nieograniczone możliwości zajęcia się Waszych pociech. Rajski Ogród, kino 3D, warsztaty garncarskie, czerpanie papieru, poszukiwanie bursztynów. To wszystko i wiele innych atrakcji czekać będzie na osoby towarzyszące zawodnikom. W Wiosce znajduje się również gospoda, gdzie poza posiłkiem po zawodach można smacznie się „ugościć”.


Planujemy, aby w zawodach wystartowało 100 osób. Obecnie na liście startowej jest już 40 uczestników. I wprawdzie do końca zapisów jeszcze trochę czasu (4.04) ale zgłoszeń codziennie przybywa. Zawody odbywać się będą w dżentelmeńskiej formule non-drafting – czyli nie ma jazdy na kole ale nie ma też sędziów. Zobaczymy, kto z uczestników przyjedzie się pościgać, a kto będzie miał całkiem inny cel. Osobiście uważam, że formuła zawodów oraz czas, to przede wszystkim przestrzeń do sprawdzenia formy w danym momencie sezonu, a nie walki o jakiś czas lub lokatę. Chociaż nagrody zarówno w klasyfikacji głównej jak i w wiekowych są zacne. Zapraszam do zapoznania się z regulaminem i oczywiście zapraszam do zapisów. Twoja „stówka” wydana będzie w szczytnym celu.

Opublikowane w Wydarzenia
wtorek, 19 stycznia 2016 07:26

Jak wygrać z zimą? - Marcin Konieczny

Jestem betonem, żeby nie powiedzieć zatwardziałym tradycjonalistą. Mój opór przed nowościami jest powszechnie znany. A opór przed „modami” to już w ogóle. A jak moda staje powszechnie obowiązującą niepisaną normą, to już mam wysypkę. O wyjazdach w „ciepłe” pisałem już na łamach Akademii Triathlonu w zeszłym roku ("Dlaczego lubię trenować zimą?"), ale muszę napisać jeszcze raz, jako że zarówno w procesie mentorskim, jak też obok, trafiają zapytania typu: czy jak nie pojadę na tydzień do Calpe, to jest szansa na wynik w 2016? Moja odpowiedź zawsze jest taka sama: ja nie jadę, a o wynik nie martwię się w styczniu. Martwić się będę w kwietniu, a jeżeli start A zaplanowałem na październik, to nawet w styczniu nic jeszcze nie będzie stracone. Powtórzę tezę z zeszłorocznego felietonu: stać cię – jedź, ale nie na tydzień. A jeszcze lepiej trenuj, a nie kombinuj.

 

Jednak zamiast po raz kolejny przekonywać, że prawdziwe żelazo wykuwa się w brudzie i znoju, a nie w słonecznych okolicznościach przyrody, chciałbym zwrócić Państwa uwagę na to, jak warto sobie ułatwić trenowanie tutaj. A właściwie tu i teraz. W pełni zimy! Nie wiem jak w innych częściach Polski, ale w Olsztynie śniegu mamy do pół łydki. I tak jak nie stanowi to żadnego problemu w przypadku treningu na basenie i rowerze (ja naprawdę kocham trenażer), to już przy bieganiu warto sobie pomagać. Jak? Najprostszymi i najskuteczniejszymi metodami.

 

Metoda 1 – sprzęt.
Miej najlepszy sprzęt na jaki cię stać - mawiał Darek Sidor. Jednocześnie na jego blogu znalazłem kiedyś inspirację nt. wyposażenia swoich butów w kolce w postaci wkrętów. Lekko modyfikując ten wynalazek na jeden ze startów w ramach CityTrail wkręciłem, a właściwie przebiłem podeszwy starych butów biegowych wkrętami, włożyłem dwie wkładki i… jakoś dało radę. Teraz się zcwaniłem i mam pro buty do biegania z zamontowanymi od razu kolcami (jeden z modeli Salomona) i naprawdę lód mi nie straszny. A już taki ubity śnieg jak dzisiaj w Łazienkach – dla mnie to autostrada. A mówimy o bieganiu w okolicach 3:35/km. Naprawdę daje radę! Do tego dobra kurtka biegowa – i to najlepiej taka, co to ją można zmieść na czas odcinka tempowego i wsadzić za gacie a potem na przerwie założyć na grzbiet.

 

mkno stycze2016

 

Metoda 2 – dopasowuj trening do stanu nawierzchni.
Jak dla mnie przesuwanie treningu o jeden dzień (mocno/słabo śnieży, mróz, chlapa) nie ma znaczenia. Wszystko można ustalić i zaplanować. W ostateczności można lekko zmodyfikować sam trening czyli zamiast np. Bc2 14km polecieć 2x7 albo 3 x 5km. U mnie biegowe treningi akcentowe odbywają się zimną zwykle w:
zwykłych miejscówkach – jeśli nie ma błota pośniegowego.
drogach wyjazdowych z miasta (albo wcześnie rano albo późno, kiedy ruch mniejszy),
na odśnieżonych ulicach Miasta (niedawno biegałem 10x1000 na Myśliwieckiej)
W ostateczności, jeśli naprawdę nie ma gdzie, idzie się...brrrrrr... na bieżnię do siłowni.

Ale ten ostatni przypadek to dla mnie - jak to się mówi - kosmos! Zaletą jest to, że wystarczy dobrze nastawić prędkość – nie tak jak w Bułgarii, kiedy to ustawiłem 17,4km/h zamiast 17,14 – i można katować nawet "tysiączki".

 

Metoda 3 – sam sobie przygotuj nawierzchnię do biegania.
Oczywiście nie mówię o czystym asfalcie – no chyba, ze ktoś posiada zaprzyjaźnionego kierowcę solarki. Mówię o metodach chałupniczych. Jak dla mnie do treningów typu podbiegi, zabawa biegowa, fartlek albo szybszy cross wystarczy… ślad samochodu. A jak się da namówić kolegę, co to ma samochód terenowy albo quada... i jeśli da się namówić do pociągnięcia za sobą opony – to już prawie autostrada się robi. Mamy taką pętlę w Lesie Miejskim w Olsztynie (1100m) i jak tylko za mocno napada to sam wielokrotnie ją „odśnieżałem” w taki właśnie sposób.

Innym sposobem, chociaż tutaj mam dziwne skojarzenia z chomikiem, można zainwestować w czyn społeczny i za pomocą łopaty, odśnieżyć pierwszy tor na stadionie lekkoatletycznym. Trzeba tylko mieć „układ” z zarządzającym. My w Olsztynie mamy ☺. Wtedy BC2 12km staje się nie tylko treningiem fizycznym, ale i mentalnym.

 

Wracając do początku. Trenowanie w cieple jest przyjemniejsze – bez dwóch zdań. Ale nie dajmy się zwariować. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. I niemaniemogę!
Pozdrowienia!

Opublikowane w Felietony

Styczeń 2016, moment noworocznych postanowień. Są wśród nich takie: zostanę triathlonistą. Nie ma znaczenia na jakim dystansie. Dla mnie takim samym triathlonistą jest ten, który chce ukończyć sprint, jak również też, który che złamać 10h w Ironmanie. Jednak wszyscy początkujący mają według mnie ten sam, bardzo charakterystyczny zestaw zachowań, który zidentyfikowałem też u siebie, patrząc na pierwsze lata mojej tri-kariery. Myślę, że niektóre z tych „cech” można przypisać do każdego rodzaju sportu, a i zapewne nie wszystkie z nich wymieniam poniżej. Może się dołożycie?

 

  1. Trenuję triathlon – jak śmiesz nie wiedzieć co to jest?
    To ten sport co się lata z karabinem? A to wszystko jednego dnia? Ile razy słyszeliście te pytania? A ile razy was to irytowało? Na początku irytowało mnie to kosmicznie. Jak można nie wiedzieć z czego składa się moja ukochana dyscyplina sportu? Nie wiedzą – znaczy są gorsi. Zresztą ta relacja:  "trenuję, jestem lepszy – nie trenujesz, jesteś gorszy",  jest niebezpieczna dla ego. Oj jest! Od tego już tylko krok do nieomylności, oceniania innych, myślenia o sobie typu primus inter pares, co prowadzi do kolejnego złego zachowania: "Nie widzisz, że trenuję?
  1. Nie widzisz, ze trenuję?
    Co w praktyce oznacza: nie mam dla ciebie czasu, nie mam czasu na rozmowę z tobą, na obowiązki domowe, w końcu na nic innego poza treningiem. Przecież trenuję tak ciężko (w końcu to najcięższa dyscyplina), więc nie masz prawa ode mnie nic wymagać. Zresztą o tym, że trenuję ciężko dowiesz się natychmiast z mojego FB, bo przecież 100km, które pokonałem właśnie na rowerze, to dla Ciebie kosmos. Więc podziwiaj! Brrr...koszmar! Do dzisiaj pamiętam swojego pierwszego bloga, gdzie zamieszczałem swoje codzienne treningi. Tak jakby kogoś obchodziło, ile i co robiłem. Co to w tej głowie siedzi?!
     
  2. "Jestę triatlończykiem" – musicie się ze mną liczyć!
    Innym słowem: pozostali trenujący się nie liczą. I żeby było jasne – żabkarze na torze straaaaasznie mi przeszkadzają. Ale z drugiej strony to, że koleś ma na czepku napis triathlon, nie czyni go królem toru. W końcu pływanie w pralce to część triathlonu. Nie ma co więc prychać, wzdychać i albo wykupujemy tor dla siebie albo… pływamy z dobrodziejstwem inwentarza. Chociaż przyznam się szczerze, że kiedy widzę pełen zestaw gadżetów przed słupkiem, to łatwiej się pływa, bo wiem, że przynajmniej część treningu zawodnik wykona wąskim stylem, jakim jest dowolny. Podobnie jest z bieganiem na stadionie. Tor pierwszy na Agrykoli nie służy do truchtania. Tak samo truchta się na torze 2,3 i 4. Tor pierwszy służy do treningu jakościowego. Nie ma co po nim truchtać w koszulce z imprezy Garmin albo Endomondo, i tak pokaże, ile przebiegłeś.
     
  3. Aero Uber Alles.
    I nie piszę tutaj o manii kupowania sprzętu za miliony, ale raczej o fobii karbo-aero. Ważysz 5kg powyżej przyzwoitości – rower za 20k nie zrobi ci różnicy. Dopóki nie będziesz ważył tyle, ile zawodnik powinien ważyć, ten 1kg więcej sprzętu ci nie zaszkodzi. Na początku naprawdę ma to drugorzędne znaczenie. Noga się liczy - nie rower. Z rozrzewnieniem wspominam rozmowę z kolegą, który zaczynał przygodę z tri, kiedy mówił, że kurtki z decathlonu na rower to on nie założy, bo będzie mu oporowała. He he. Wolał kupić taką speca, 4x droższą. No to kupił. Ale jeśli ten sam kolega na treningu wywala za siebie papierki po żelach lub batonach (no bo trzeba co 10km wziąć jedno albo drugie, bez tego nie jestem tri-pro), bo nie będzie tego dźwigał albo nie będzie aero – tutaj już protestuję!
     
  4. Ostatni sprawa – wybory.
    Początki są trudne bo… można się zatracić. Triathlon to piękne hobby, ale hobby. Warto zastanowić się, czy ma on pochłaniać 100% naszego czasu. Bo, że trzeba będzie ten czas przeformatować to wiadomo. Ale mam nadzieję, że wszystkich zaczynających, nie będzie opisywał ten kawał: Jak poznać, że ktoś trenuje triathlon? Powie ci po 10’ rozmowy, albo szybko będzie chciał kończyć, bo rano ma basen!

Powodzenia na treningach!

Opublikowane w Felietony
niedziela, 06 grudnia 2015 19:28

Relacja trener – zawodnik. Odsłona trzecia

Dwa poprzednie teksty dotyczyły zaufania oraz krytycznej opinii o pseudotrenerach. Linki do tych artykułów podaję na końcu tego felietonu.Trzecia odsłona będzie o kasie – a właściwie o paradoksie w postępowaniu zawodników i trenerów, którzy płacą i biorą kasę. Refleksje dwie:

  1. Odpowiedzialność za realizację treningu. 

Czy trener pobierający pieniądze za napisanie planu treningowego jest odpowiedzialny również za jego realizację? Czy ma pilnować swojego zawodnika i sprawdzać, czy ten nie oszukuje? Widzę dookoła siebie dwa sposoby zachowania. Pierwszy "uber – trenerów", dzwoniących do zawodników z pytaniem, co to za dziesieciominutowa przerwa podczas wybiegania, bo „siku” nie było zaplanowane. Widzę też trenerów wyznających zasadę przekazania odpowiedzialności – napisałem ci plan i ty jesteś odpowiedzialny za jego % realizacji. Marcin Waniewski twierdzi, że nie da rady napisać kolejnego planu, jeśli nie wie, jak był zrealizowany poprzedni, ale z drugiej strony, czy nie standardem powinno być, że poprzedni był zrealizowany na 100%? W końcu trener to nie niańka. Po to (np. tak to funkcjonuje pomiędzy mną a Tomkiem Kowalskim) na 3 tygodnie wcześniej określam swoje możliwości treningowe (miejsce gdzie będę przebywał, dostępność basenu, godziny etc), żeby móc to doprecyzować. Odstępstwa zawsze się zdarzają, ale jeżeli zawodnik jest odpowiedzialny, to będzie realizował plan w zdecydowanej większość. Ale może ta super opiekuńczość niektórych trenerów jest wynikiem potrzeby pozytywnego bodźcowania zawodników?  Jestem obserwowany, to znaczy, że się mną interesują, a skoro się mną interesują, to znaczy, że jestem ważny… 

 

Główny przekaz jaki mam w głowie, pisząc ten tekst, brzmi: ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Myślę, że jeśli sami nie będziemy odpowiedzialni w 100% za siebie, realizację planów, motywację, cele i rezultat, to te zewnętrzne bodźce będą bardzo uzależniające. A jak to z bodźcami jest, każdy wie! Każdy następny, żeby działał skutecznie, musi być silniejszy, więc jest niebezpieczeństwo, że możemy dojść do fazy: trener - killer ;). Bo sowiecką szkołę treningową już mamy, prawda Kuba?

 

  1. Kantowanie.

Pisząc tę część mam pełną świadomość, że nadepnę komuś na odcisk – ale trudno. Rozmawiając o różnych trenerach mam poczucie, że najgorszą łatką, jaką można otrzymać od zawodnika to: "ON KOPIUJE TRENINGI" - czyli oszukuje swojego usługobiorcę. A ja zapytam, co jest złego w tym, że tydzień w tydzień w makrocyklu wykonujemy ten sam trening? Więcej – co jest złego w tym, że dwóch albo trzech z nas w tym samym tygodniu wykonuje te same treningi? Według mnie nic, ale pod jednym warunkiem. Jeżeli dostaję trening, w którym 15’ w strefie TEMPO oznacza określone "moje TEMPO", które różni się od tempa innego zawodnika, który dostał ten sam plan. Kiedy dostawałem do Darka Sidora bieg w PTS (przewidywanym tempie startowym), to przecież chodziło o moje tempo.

 

Chodzi mi raczej o innego rodzaju kantowanie – takie, którego w żaden sposób nie rozumiem. W tym przypadku również są wykroczenia mniejsze i większe, ale dla mnie najbardziej - mówiąc kolokwialnie - "porąbanym" pomysłem, jest realizowanie innych treningów niż te, które otrzymaliśmy od trenera. W skrócie wygląda to tak: dostaję plan, za który zapłaciłem. Plan, nad którym ktoś  pracował określony czas, plan zindywidualizowany pode mnie. I co robię?  Robię swoje! A ponieważ się na tym nie znam, to robię to, co wychodzi mi najbardziej i co najbardziej lubię. Bezsens. To po co płacić? Po co wymagać? Po co wkurzać się na plany, które są kopiuj-wklej. Nie lepiej dostać plan: dowolna jednostka x 10 w tygodniu, czas do 90 minut? No chyba, że tutaj chodzi o przypadek w rodzaju "orozmawiajmy, dlaczego mi nie wychodzi?" albo "Lubię być „opieprzany”… ale w tym wypadku polecam wycieczkę do psychologa, a nie do trenera. 

 

Linki do poprzednich felietonów z cyklu trener - zawodnik: 

 

1. Trener szarlatan, biznesmen czy ułatwiacz? 

 

2. Potęga pozytywnego feedbacku, czyli mówienia, co jest OK. 

 

Opublikowane w Felietony
pierwsza
poprzednia
1
Strona 1 z 3

Blogi

Ostatnie wpisy Pokaż wszytkie

stat4u
Website Security Test