„Ratunku, pomocy, nie chce mi się!” – felieton Macieja Dowbora

35
20

Ten felieton jest autentycznym krzykiem o pomoc i nawet jeśli tradycyjnie będzie miał zabawny i autoironiczny wydźwięk, to mi wcale nie jest do śmiechu. To raczej kwestia pewnych cech charakteru, sprawiających, że nigdy nie potrafię zachować powagi, nawet w najbardziej tego wymagających sytuacji. To zresztą był główny powód, dla którego zaprzedałem duszę diabłu o imieniu szołbiznes kosztem rzetelnego, twardego dziennikarstwa. Po prostu miałem nie pozbawione podstaw obawy, że informując moich widzów o śmiercionośnym tsunami, zupełnie podświadomie mogę pomyśleć o czymś zabawnym i w kąciku ust, w najmniej właściwym momencie pojawi się uśmieszek. Co to ma wspólnego z triathlonem?! Niewiele, gdyby nie taki drobny aspekt jakim jest właśnie brak powagi. Bo nie wiem jak inaczej określić to, do czego się doprowadziłem w zaledwie kilkanaście tygodni od zakończenia sezonu 2013. Niby wszystko szło zgodnie z planem i radami wszystkich mądrali sportowych tego świata. Bo w końcu kiedy, jak nie po sezonie, robić roztrenowanie, zluzować reżim, dać odpocząć wycieńczonemu organizmowi i zamulonej psychice. 

 

Zaczęło się niewinnie, od 7 dni kompletnej rozłąki z treningiem. Później sam się motywowałem do szybkiego powrotu na wysokie obroty, chociaż wszyscy dookoła zalecali co najmniej kilka tygodni przerwy. Wszystko zaczęło się sypać, kiedy delikatna kontuzja, która przypomniała sobie w końcówce sezonu zaczęła co raz bardziej dokuczać. Bolące kolano w pewnym momencie tak bardzo mi przeszkadzało, że na przełomie października i listopada niemal kompletnie zarzuciłem bieganie, koncentrując się na pływaniu i wykorzystując ostatnie sprzyjające warunki na rower. W ten sposób udawało mi się zaliczyć ok 5 jednostek tygodniowo, chociaż ich intensywność nie powalała. Powalała za to dieta, która się kompletnie rozsypała. Właściwie już w Vegas jeszcze przed starem w MŚ, mocno sobie folgowałem, ale tam przynajmniej dużo spalałem i wypacałem. Powrót do zimnej ojczyzny zaakcentowałem przejściem na wysokokaloryczne menu, z wyraźnym akcentem na samo zdrowie w postaci pizzy, kebabów i innych smacznych świństw. No i moja największa zmora – słodycze. Układem obowiązkowym stało się wieczorne wylegiwanie na kanapie przed telewizorem z litrowym kubełkiem lodów. I to wcale nie był sorbet. Niestety. Na początku efektów nie było widać, dzięki czemu łatwo wmówiłem sobie, że właściwie to nic mi nie grozi, a odrobina wzrostu masy tłuszczowej na zimę tylko pomoże w treningu.

 

Nawet nie zauważyłem kiedy waga przestała pokazywać z przodu ósemkę. Wzrost wartości drugiej cyfry też jakoś przeszedł niezauważenie. Najwyraźniej bardziej się chełpiłem, że nie tyję jak inni, niż na faktycznym stanie swojego organizmu. Ni stąd ni zowąd odkryłem, że jestem dobre 5 kg powyżej wagi startowej, która dodam daleka była od ideału. Oznacza to tylko tyle, że dziś do naprawdę dobrej wagi brakuje mi 10 kg. Oj przepraszam, mi niczego nie brakuję, właściwie to mam tego aż nadto. Problem polega na tym, że taka świadomość nie zawsze działa motywująco. Tym bardziej kiedy ma się pełną świadomość, gdzie się było jeszcze 3 miesiące temu. Na mnie wpłynęło to tragicznie. Co gorsza, przypomniwszy sobie zapomniane smaki alkoholu, chipsów, wszelkich słodyczy i uruchamiając destrukcyjny nawyk jedzenia wieczorem, wpadłem w samo nakręcającą się pętle głodu. Zacząłem odmierzać czas od posiłku do posiłku, a ssanie w żołądku i myślenie o jedzeniu stały się moją obsesją.

Kolejnym tragicznym w skutkach zjawiskiem okazał się kompletny brak motywacji do treningów. Po pierwsze po raz pierwszy byłem świadomy jak monotonny, szary, bury i niewdzięczny okres jest przede mną. Ile nudnych i z pozoru niewiele wnoszących zajęć muszę odbębnić. Muszę, bo muszę, bo ktoś tak powiedział i koniec. Ale mózg się buntuje, pyta dlaczego i nie przyjmuje do wiadomości dogmatów. Do tego abstrakcyjnie oddalony w czasie cel. Zawsze można powiedzie, że nie trzeba się spinać, bo jeszcze jest czas. To chyba najgorsze stwierdzenie jakie może nam towarzyszyć. Jeszcze jest czas. Gdzieś tam w maju, za 8 miesięcy, pierwszy start. Przecież nic się nie stanie jeśli raz czy dwa odpuszczę trening?! Jak jeden czy dwa dni poleniuchuję przed TV albo playstation. W końcu w zeszłym sezonie też coś mi tam wypadło i nie było źle. Mało tego. W środku sezonu, po Gdyni bardzo wyluzowałem i na koniec sezonu byłem u szczytu formy. Więc da się! Taki tok myślenia sprowadził mnie na manowce i nawet się nie obejrzałem jak z 8 miesięcy do pierwszego startu zrobiło się 6, a za chwilę będzie Nowy Rok i żarty się skończą. Ale jak tu nie żartować, kiedy patrzę na siebie w lustrze i porównuję ze zdjęciami z lata. Toż to dwaj różni faceci i nie chodzi mi tylko o to, że tu i ówdzie się zaokrągliłem. Gdzie się podział ten gość, który potrafił wstawać o 5 rano, żeby zrobić trening, a każdą straconą jednostkę opłakiwał niczym matka poległego na froncie syna?! Gdzie uleciała moja determinacja, konsekwencja i wiara w ciężką pracę prowadzącą do celu?! Dziś każdy najmniejszy powód potrafi być wystarczającym do olania ćwiczeń. Znajduję sobie 1001 wytłumaczeń i przeraża mnie z jaką łatwością potrafię się wewnętrznie rozgrzeszyć . A to pogoda, a to zły nastrój, a to zmęczenie pracą, a to rodziną. Plus milion innych wymówek, które jeszcze 4 miesiące temu stanowiły by dla mnie dowód słabości i uzasadnienie pogardy.

Nawet kiedy w końcu zmuszę się do treningu, to w niemal każdej minucie muszę walczyć z jakimś drugim Ja, które szepcze mi do ucha „zwolnij, odpuść sobie, wróć do cieplutkiego domu, jest tyle fajnych i miłych spraw do zrobienia, po co się męczyć” . Rano kiedy staję na krawędzi basenu, przez kilka minut medytuję zanim zmuszę swoje cielsko do zetknięcia z chłodną taflą wody. Pływając zastanawiam się, z którego fragmentu treningu mógłbym zrezygnować i jak to wszystko skrócić, żeby jak najwcześniej być znowu w domu.
Kiedy zaczynałem swoją przygodę z triathlonem, wiele osób ostrzegało mnie, że po pierwszych sezonach następuję delikatny marazm i przetrwanie tego okresu jest większym wyzwaniem niż najcięższe zawody. I chyba właśnie osiągnąłem ten stan. Oczywiście jest mi cholernie daleko do spełnienia i mam mnóstwo marzeń związanych z tym sportem, ale sezon 2013 był moim pierwszym prawdziwym. Takim od początku do końca. Mniej więcej wiem już jak wygląda cały cykl przygotowań. Wiem też ile czasu i pracy trzeba na to poświęcić. I chyba brakuje mi takiego ciekawskiego podniecenia, bo prawdziwy fun zacznie się dopiero wiosną. Są zawodnicy, którzy czerpią radość i satysfakcje z samego trenowania, są też tacy dla których trening jest tylko drogą do realizacji celu jakim jest osiągnięcie założonego wyniku na zawodach. Ci drudzy mają trudniej w fazie początkowej przygotowań, ale z każdym kolejnym tygodniem, czują zapach walki i rywalizacji, i to ich nakręca, daje paliwo. Ja niestety należę do tych drugich.

Zazdrość mnie zżera i krew zalewa, kiedy słyszę kolegów, zdających relacje ze swoich treningów. Dziesiątki kilometrów, godziny spędzone na wybieganiach, a nawet pierwsze zakładki. Przy nich czuję się taki malutki. Chociaż niestety wcale nie bardziej zmotywowany. Z tego żalu i depresji co raz rzadziej odwiedzam Facebooka, bo pełno tam sprawozdań z dobrze wykonanej pracy. A ja nie mam się czym chwalić.

Przede mną ważny sprawdzian. Pokus nie brakuje. Łechcą z każdej strony. To koledzy zapraszający na wieczorną wódeczkę, ciepłe łóżko z rana czy witryna ukochanej cukierni. Od tego jak poprowadzę swoją wewnętrzną walkę ze złymi demonami zależy, czy wytrwam i zasłużę na miano prawdziwego zawodnika. Czy może będę tylko jednym z tych, którzy łapią się wszystkiego po trochu, ale nie stać ich na prawdziwe zaangażowanie?! Dowiem się czy przypadkiem nie jestem wydmuszką, modnisiem, szpanerem, któremu starczyło zapału na kilkanaście miesięcy, a kiedy przyszło do prawdziwych sprawdzianów woli, pokazałem faktyczne oblicze swojego charakteru?! Czeka mnie ciężki pojedynek z moim najgorszym wrogiem – samym sobą. I wcale nie jestem pewien czy podołam. Mam tylko nadzieję, że w swoich rozterkach nie jestem odosobniony. Powodzenia dla tych wszystkich, którzy czują to samo.

35 KOMENTARZE

  1. „Chyba najgorsza perspektywa to taka, w której zamiast progresu, nawet minimalnego, zaliczę regres. Gorsze wyniki, większe problemy z treningami, starty poniżej oczekiwań. To kiedyś musi nastąpić. Może nie w drugim, a nawet w trzecim sezonie, ale gdzieś z tyłu głowy kołacze mi taka właśnie myśl i obawa czy nie zniechęcę się do kolejnych setek wybieganych kilometrów, tysięcy nawrotów i Bóg wie ilu godzin wygniatania siedzenia. (…) Ważne, żebym do końca sezonu – w Berlinie, Gdyni, Borównie, gdziekolwiek – złamał te cholerne 4.50. Wtedy będę wiedział, że warto było znów odmrażać sobie przyrodzenie i wchodzić rano do lodowatego basenu.”

    🙂

  2. Panie Maćku, nie wyczytałem nigdzie, że urwało panu rękę, nogę czy coś gorszego nie daj Bóg. Więc lekka nadwaga to nie powód do płaczu. Najpierw masa, potem rzeźba więc … 😉 Redukcja fajna jest, a skoro głowa potrzebuje trochę luzu to proszę go jej dać, a potem ruszać z kopyta. Jeśli zdrowie jest to nie ma powodów do marudzenia 😉 Wesołych Świąt i do przodu z Nowym Rokiem.

  3. Maciej z szacunkiem dla Ciebie i dla kobiet, ale narzekasz jak baba! Jesteś dorosły facet! Przestań narzekać i trenuj. Odsłuchaj sobie Luxtorpeda „Hymn”. Rugbyści Balian raczej tak nie „płaczą” 🙂 Wracaj do Nas, do triathlonistów. Jesteś Człowiek z Żelaza, czy nie?

  4. Macieju zarzynałeś się przez chwilę na PRO. Osiągnąłeś jakiś poziom. I teraz brakuje ci nowej poprzeczki. Może warto rok „troszke” zluzować. Nastawić się na 1/4 IM. Poszukać radości na zawodach i odkryć podczas nich motywację do nowych wyzwań… A w 2015 wystartować w IM.

  5. Nie czytałem artykułu w całości – drogi Maćku wybacz 🙂

    Ale z bardzo pięknego tytułu śmiało mogę Cie zmotywować – jeśli nie chcesz ćwiczyć to po jaką cholere ćwiczysz ? Przecież chyba nie robisz tego dla kogoś innego tylko dla siebie, stąd zastanów się jaki jest sens wpierw robienia z siebie pro, a teraz narzekania jak mi się nie chce trenować.

    Pozdrawiam
    Maciek

  6. Maciek, Ty swoje już zrobiłeś! Luz! Zamiast 10-15 godzin potu i bólu możesz mieć co tydzień: koncert, kino, pół książki, rodzinny spacer, kolację z winem. Za kasę na starty, szpeja i suple – wakacje w ciepłych krajach. Spokojne życie siedzącego kartofla. Nikt Ci nie będzie pyszczył, że celebryta, że przerost ambicji i inne pierdoły. A zawsze możesz powiedzieć, że połówkę w Vegas to pyknąłeś, jak tylko obczaiłeś wpinanie tych śmiesznych kapci. Ale zaraz… połówkę? Znaczy stać Cię tylko na pół?

  7. Mega ściema:) „Wódeczka, cukiernia, lody (nie sorbet), kebab, pizza”:) Nie wierzę. Pogoda zapewne nie sprzyja, ale ta relacja przypomina raczej okulałego Bolta przed Olimpiadą i ma na celu wysłać konkurentów do kina z pop cornem. Jak przyjedzie co do czego, będziemy oglądać stopy, koło i plecy Dowbora:) – Ja tego nie kupuję, idę na trening.

  8. Maciek ja odpalam narty biegowe bardzo mocno w tą zimę podobno są mega na poprawę samopoczucia i na szybki powrót do formy może tego ci potrzeba czegoś innego.

    Ja tylko czekam do pierwszych śniegów i BUT.

  9. @Arek Cichecki! Bluźnicie towarzyszu! Ja się nie udzielam? To ja tu siedzę od rana do nocy na AT, piszę, komentuję itd, a świeżo upieczony redaktor mówi, że cicho siedzę. Poczekaj no! :-))

    @Maciek Dowbor! Nie będę się odsłaniał i pisał jakie czasy mam na basenie i na rozbieganiu, bo to dramat zupełny :-)) Tymczasem smacznego na święta!!

  10. No i jestem w pełni usatysfakcjonowany, bo taż przybrałem 5kg też wpylam słodycze i inne badziewie. Też walczę ze sobą przed treningiem (jedynie pływanie sprawia mi prawdziwą przyjemność)i wmawiam sobie, że od stycznia zacznę mocny trening.
    Przecież postanowienie noworoczne dodaje motywacji…;)

  11. Panie Maćku!!
    Popłakałam się ze śmiechu 🙂 Trochę kalorii przez to spalonych. Uwielbiam Pana i Łukasza felietony.
    A co do „problemu leniwca”, to jak pisali moi przedmówcy… paradoksalnie ten tekst jest większym motywatorem niż najlepsze motto 🙂 Póki co, zawsze można porąbać drewno do kominka, wleź na dach i udekorować cały dom lampkami, pognać do lasu z siekierą po choinkę, a kiedy spadnie śnieg powalczyć na śnieżki… Aha i jeśli mieści się Pan jeszcze w kominie jako Santa Claus oczywiście to wszystko jest OK 🙂 WESOŁYCH ŚWIĄT!! Dla wszystkich

  12. @Arku odnośnie małej aktywności, coś wisi w powietrzu, albo Redaktor szykuje bombę na IM2015 albo szykuje się rewanż za pojedynek z Maćkiem, pewnie „menadżerowie” dogrywają szczegóły przed walką 🙂

  13. zasłona, nie zasłona ale brzmi znajomo 😉 Pewnie wielu z nas tak ma i się zastanawia przed wskoczeniem do basenu lub w trakcie, albo kręcąc na trenażerze – po co ? dla jakiej idei? na co mi to ? itp. To jest prawdziwa walka, jak wytrwać i nie dać omamić naszym pokusą, naszemu alter ego. Wszystkim życzę powodzenia – sobie rónież 😉

  14. Jak nic to zasłona dymna:-) Niby, że mi się nie chce, niby że przytyłem 10 kg, niby że nie trenuję a wszyscy przecież pamiętamy publiczne zobowiązanie się do udowodnienia, że w dziurawej piance, na rowerze no name i w jednym bucie też można, a nawet trzeba.

    @Mariusz Szczotka
    Jeśli Maciej pisze aż tak negatywnie tzn., że szykuje się nie na 4.30, a na złamanie 4 godzin:-)))

  15. Achtung!Achtung!Uwaga! Uwaga! Ważny komunikat! Podczas intensywnego penetrowania stront AT dostrzeżono ograniczoną aktywność Łukasza. G. Drugi prominentny działacz tejże strony obnażył się publicznie twierdząc, że jest zainfekowany groźnym ,,syndromem leniwca”!
    W imieniu wszystkich drobnych inwestorów czasowych i w trosce o w/w wymienioną witrynę apeluje:
    1. NIE – lenistwu!
    2. NIE – spoczywaniu na laurach!
    3. NIE – hmm… (wena mnie opuściła)!
    Pozwolę sobie przytoczyć słowa wybitnego wieszcza i idola młodzieży Hardkorowego Koksa – ,, Nie ma lypy! Koniec opier…. sie !!!”.
    Myślę, że głębia tego hasła wpłynie na morale Naszych TRI – wiodących.
    Pozdrawiam.

  16. Jeśli ktoś po udanym sezonie pisze takie rzeczy to on nie pisze tego serio, tylko żartobliwie i ironicznie. Zgłaszam wniosek o przesunięcie Kolegi Felietonisty do sekcji gimnastycznej – w kolektywie nabierze jeszcze więcej optymizmu i zacznie się jarać nadchodzącym sezonem 🙂

  17. a mnie się wydaje że Maciek puszcza zasłonę dymną,chce wszystkich wpuścić w maliny że jest słaby, a w pierwszych zawodach złamie w HIM 4:30 🙂

  18. Maciek, jak dla mnie dowodzisz , ze zdarza się nawet najlepszym 🙂 szczerze, to taki felieton to dla mnie najlepsza motywacja, bo widzę, ze w moich wewnętrznych monologach nie pozostaje sama 🙂 damy radę, prawda? ,?!?! Damy , damy…

  19. Maćku, nie przejmuj się! Mnie też ósemka z przodu minęła jakoś tak pod koniec sezonu startowego 🙂 I jakoś nie chce powrócić… Za to ta druga cyfra… ewoluowała 😉 Ale próbuję być „kontrEWOlucjonistą” 🙂 Jeśli chodzi o motywację, to pomyśl sobie o tej chmarze zawodników 40+, 50+, a nawet tych z liczbą 66 na łydzie, którzy czają się, żeby złoić Ci skórę w kolejnym sezonie! Działa? :)))

  20. Panie Maćku, przestań się mazać, bądź IRONMANEM!! To nie Koło Gospodyń, ani Towarzystwo Wzajemnej Adoracji. Trzeba wziąć się w garść i do roboty! Siła! 🙂

  21. gdy mnie dopada taki stan(krótkotrwały)odrazu zaczynam szukać motywacji i różnych pozytywów w tym co robię,czyli czytam biografię ciekawych sportowców lub artykuły na temat sportu,staram się nakręcać,a wyjście na trening traktuję jak swego rodzaju bitwę,z której wychodzę zwycięsko i po takim treningu czuję podwójną satysfakcję,z zrealizowanego planu i oczywiście z wygranej „bitwy”albo się jest sportowcem albo nie,jeśli zrezygnujesz to znaczy ,że nim nigdy nie byłeś.Powodzenia wieżę ,że się nie poddasz.Pozdrawiam Tomasz Pasik

  22. Zawistuję – Letnie Mistrzostwa Polski Masters w Pływaniu. Termin: ostatni tydzień czerwca 2014. Miejsce – Olsztyn. W międzyczasie można podskoczyć do Suszu na Olimpijkę.. ( „okłady chlorowe” zwykle pomagają w nabraniu apetytu na trening lądowy!) MOCY W NOWYM ROKU ŻYCZĘ REDAKCJI!

  23. gdy mnie dopada taki stan(krótkotrwały)odrazu zaczynam szukać motywacji i różnych pozytywów w tym co robię,czyli czytam biografię ciekawych sportowców lub artykuły na temat sportu,staram się nakręcać,a wyjście na trening traktuję jak swego rodzaju bitwę,z której wychodzę zwycięsko i po takim treningu czuję podwójną satysfakcję,z zrealizowanego planu i oczywiście z wygranej „bitwy”albo się jest sportowcem albo nie,jeśli zrezygnujesz to znaczy ,że nim nigdy nie byłeś.Powodzenia wieżę ,że się nie poddasz.Pozdrawiam Tomasz Pasik

  24. odniosę się do tytułu cytując klasyka – „Mam tak samo jak Ty…”, a wszyscy wiemy redaktor do sezonu przygotuje się tip-top…

  25. Panie Maćku ta dam!!! nie jest Pan sam!!! Co to oznacza, to że jest Pan człowiekiem. Już wielokrotnie wypowiadałem się na ten temat, że dla takich jak ja tj. czyli facetów u progu kryzysu wieku średniego tri to pasja, ale nie całe życie. Te „maszyny” co są jedynie w stanie trenować albo analizować ostatni trening, kiedy nie trenują staram się traktować jak powietrze, bo ani oni mnie nie motywują, ani nie ma czego podziwiać – do podziwiania lepsi są zawodowcy. Mnie motywuje właśnie walka ze zjedzonym chipsem i pomału zbliża się ten czas kiedy to będzie walka totalna :)))

  26. Nie wierze w to co przeczytalem. Jeden z bohaterow sezonu 2013 a wypisuje tak niezrozumiale dla mnie rzeczy. Gdziez sie podziala milosc do sportu per se, radosc z tego ze mozna i ze sie da? Po sezonie 2013 (mniej wiecej od wrzesnia) jestem mocno zmotywowany do przygotowan do kolejnego sezonu, ktory nieuchronnie sie zbliza. Motywacja pojawila sie miedzy innymi dzieki trzem osobom z AT, tj. Grass, Dowbor oraz Petelski. Ilez to Panowie osiagneliscie w tym roku i jak bardzo jestem zmotywowany, aby osiagnac rownie wiele w przyszlym roku. I za to wielkie dzieki. Przygotowania rozpoczalem od poczatku padziernika pelna para (pobudki o 4.15 i codziennie trening biegowy oraz plywacki przed praca!) I tak przez kolejne 2 miesiace. Grudzien mialby byc podobny, niestety skrecona paskudnie kostka w czasie biegu wylaczyla mnie na 3 tygodnie (ha, ale juz w tym tygodniu, po jedynie 8 dniach przerwy, codziennie jestem na basenie). A okresu poswiatecznego, gdzie bede mogl ponownie wrocic do rezimu pobudek o 4.15 nie moge sie wrecz doczekac… Panie Macku, nie wiem jak pomoc, bo nie rozumiem. Ale trzymam kciuki, ze kolejny sezon bedzie rownie udany!

  27. Maćku, sporo kokieterii w Twoim felietonie – i b.dobrze. Fajnie się to czyta. Stan motywacji zawodnika w okresie roztrenowania jest jak ostatnie tygodnie bessy na giełdzie – kiedy wszyscy juz sprzedali i nikt nie wierzy w odbicie ono właśnie przychodzi. Roztrenowanie to nie tylko mniej treningu/więcej żarcia, ale i okres potrzebny to wywołania poczucia winy, że się nie trenuje. To jest ta spręzyna, która pozwala nam wrócić do rutyny. Najpierw powoli i krótko, a potem szybciej i dłużej. Pozwól endorfinkom zabulgotać i będzie dobrze.

  28. Pocieszę Cię – każdy z Nas to przechodzi – tylko jedni łapią doła na początku, kiedy ciężko im się zebrać po okresie roztrenowania a innych dopada po 3-4 miesiącach kręcenia w pomieszczeniu – będzie dobrze – do zobaczenia na trasie 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here