„Rezultat pracy sportowca – czyli start”

9
6

Z wielką uwagą przeczytałem na Facebooku post Łukasza Grassa, oceniający „wyczyny” polskich sportowców, którzy będąc faworytami niestety przegrali. Przegrali przez brak „czegoś”. U pana Fajdka pewnie przez psychę, u p. Kszczota przez tzw. dyspozycję dnia. I mimo, że w Twoim wpisie pobrzmiewała nuta usprawiedliwienia, chciałbym przedstawić z lekka odmienne zdanie. Bynajmniej nie potępiające (sam mam za sobą tony nieudanych startów i bardzo dobrych przygotowań). Raczej pokazujące inną perspektywę oczekiwań.

 

W liceum uprawiałem lekką. Mój kolega z ławki uprawiał zapasy. I wiecznie kłóciliśmy się, która z tych konkurencji jest trudniejsza. Argumentem nie do podważenia było stwierdzenie Pawła, że w trakcie biegu niby konkurujesz z innymi, ale tak naprawdę wynik (nie miejsce, ale czas) zależy WYŁĄCZENIE od ciebie. W sytuacji sam na sam z przeciwnikiem już nie. I to jest trudniejsze. Patrząc na swoje przygody triathlonowe po tych kilkudziesięciu latach (ależ to brzmi….) zgadzam się z Pawłem jeszcze bardziej.

 

Jaki jest tego związek z twoim wpisem? Otóż w konkurencjach, gdzie jest człowiek i wynik, według mnie niedopuszczalne jest doprowadzenie do takiego stanu, że nie jesteś w stanie wypracować pewnego automatyzmu i powtarzalności, który pomimo niesprzyjających warunków (pogoda, presja, oczekiwania, pora dnia) nie da ci wyniku minimalnego. Mówimy – Fajdek rzucał na treningach tuż przed kwalifikacjami 77 metrów na luzie. No to co z tym automatyzmem, jak wszedł na sesję kwalifikacyjną? Wiadomo – zawiodła głowa. Ale głowa nie może (wiem, wiem – ma) mieć aż takiego wpływu na cel minimum. Tłumaczę sobie to tak. Jeśli dla mnie prędkością startową (życiówkową) na 10km jest powiedzmy 3:20/km to prędkością kwalifikacyjną jest 3:35. I choćby skały s….y nawet po zjedzeniu 10 pączków wiem, że jestem w stanie pobiec po 3:35, bo na tyle wytrenowałem swój organizm. I żeby było jasne – bardzo, ale to bardzo żałuję wszystkich, którym nie wyszło i trzymam za nich kciuki. Ale mam też pretensję (do nich, do sztabu, do psychologów), że nie wytrenowali tego automatyzmu. Szczególnie w konkurencjach technicznych, gdzie tylko ty + koło + młot, kula dysk. A jak głowa nie pozwala, to trzeba głowę ćwiczyć. Wizualizować sobie porażkę i przyzwyczajać się do tego, co się stanie, jeśli nie wyjdzie – dzięki temu mamy już świadomość, jak się będę wtedy czuł. Przynajmniej ja tak mam.

 

Pewność siebie to obok motywacji podstawowy czynnik wpływający na efektywność (pracownika – tak szkolę), ale właśnie od relacji przełożony podwładny – w przypadku sportu trener – zawodnik, zależy to, czy przy niskiej pewności siebie moja efektywność będzie na zadowalającym poziomie (cel minimum), czy wystrzeli ponad poziom oczekiwany. Żeby daleko nie szukać: dzieciak uczący się jazdy na rowerze na dwóch kółkach zatrzymuje się, jak zorientuje się, że rodzic go nie trzyma. Ale w pewnym momencie (wraz ze wzrostem kompetencji) ta asysta nie tylko nie jest potrzebna, ale nawet przeszkadza. Mamy przecież w pamięci tę skalę interwencji maminych zaczynających się od „nie przejmuj się, dajesz radę” do „nie tak szybko szatanie, zabijesz się”. Ale właśnie kluczem do tych „wyczynów” jest zwiększająca się umiejętność jazdy. Bo to właśnie umiejętność, powtarzalność, kompetencja prowadzi do zmniejszania znaczenia wiary w siebie w wyniku końcowym.

 

Łatwo mi się pisze tuż przed Wolsztynem, gdzie celuję w życiówkę. Nie wiem, czy się uda. Ale wiem, że jeśli popłynę sub 30, pojadę 40km/h i pobiegnę 3:40/km, to wynik mam zagwarantowany. Jeśli nie wyjdzie, to raczej będzie to kwestia nieprzygotowania, a nie psyche. 

9 KOMENTARZE

  1. Ja Panie i Panowie, nie wdając się w dyskusje mam tylko dwie uwagi – trochę … jest porównywanie motywacji i presji olimpijczyka do nawet najbardziej zmotywowanego AG – to tak jakby porównywać presję kardiochirurga operującego na otwartym sercu do lekarza rodzinnego przypisującego aspirynę i syrop na kaszel,
    – mistrzowie treningu tych są tysiące – mistrzów olimpijskich „kilku”

  2. Marcin, jesli piszesz: „Wiadomo – zawiodła głowa. Ale głowa nie może (wiem, wiem – ma) mieć aż takiego wpływu na cel minimum.(…)”
    To w końcu ma, czy nie ma? 🙂 Jesli ma, to usuń post a jesli nie ma to usuń ten nawias. Jak słysze słowo automatyzm, to przed oczami mam robota :), ale zgadzam sie, że można ciało uwarunkować do pewnego stopnia automatyzmu ruchu, jednak jest on pochodną – no własnie – głowy. Jest zaburzenie głowy? No to jest zaburzenie automatyzmu.
    Jest różnica między zrozumieniem a wyrozumiałoscią 🙂 Odbieram w tym poscie zrozumienie, ze głowa ma wpływ na wynik „(wiem wiem – ma)”, ale brak jest wyrozumiałosci dla zawodnika „bo głowa nie może mieć aż takiego wpływu…” 🙂
    Moim zdaniem nie powinno się też porównywac dwóch różnych dyscyplin, jak np. bieganie i rzut młotem, ich charakter jest zupełnie inny. Jednak w różnych sportach można obserwować mniej lub bardziej jaki wpływ na wynik ma dyspozycja w danym dniu. Bardzo dobrze widać „kwestię głowy” w sportach walki, ale raczej słabo w rzucie młotem, gdzie sam akt trwa kilka sekund – Rzucił młot! och! nie wyszło.
    Dodam jeszcze, że wielcy sportowcy mają zwykle wielkie EGO, dzięki temu sa wielkimi sportowcami 🙂 A to kolejny element skomplikowanej układanki – powyżej zwanej „głową”.

  3. Dla mnie miarą klasy mistrza jest nie tylko przygotowanie fizyczne ale i psychiczne co w sumie daje konkretny wynik. Owszem, możemy się porównywać do profesjonalistów tylko my bawimy się za własną kasę i większości bez towarzyszącej ekipy, współodpowiedzialnej za wyniki. Zresztą nasze wyniki to nasza prywatna sprawa, często anonimowa. Co innego reprezentacja kraju. Dokładamy do szkoleń kadry, do stypendiów… płacąc podatki co daje nam prawo do jakiś oczekiwań. Pewnie, że coś może nie ,,zatrybić „, drobny błąd w przygotowaniach, dyspozycja dnia czy inne czynniki ale jakiś poziom zawodnik musi prezentować nawet zerwany w środku nocy. Jak słyszę, że reprezentant kraju na najważniejszych zawodach skarży się, że musiał wstać ,,skoro świt” i to wpłynęło na jego dyspozycje to szlag mnie trafia. Mam większe oczekiwanie niż 33 miejsce, które udało się osiągnąć naszej reprezentacji, taki mój ,,urok”.
    Mkon, potrafi wywołać dyskusje… 🙂

  4. Mysle,ze kazda dyskusja bedzie pozyteczna. Posilkujemy sie przykladami sportowcow wielkiego formatu bo olimpijczykow. Ale tak jak w innych zawodach, brak wytworzenia automatyzmu, odpornosci na stres, odpornosci na naciski medialne i wiele innych czynnikow powoduje,ze start tym mistrzom moze nie wyjsc. Ale idac tokiem rozumowania Marcina musi wyjsc baza, czyli jak w przypadku naszych mistrzow awans do finalu. Racje ma tez Filip, piekno sportu to tez nieprzewidywalne zdarzenia, chocby braz naszej olimpijki w piecioboju, ktora jeszcze pare miesiecy wczesniej chodzila o kulach:)Pamietam ile godzin w mlodosci musialem spedzic na „niepowaznych” (tak myslalem wtedy) cwiczeniach „na sucho”: wiazanie nitek gleboko w sloiku dwoma palcami wskazujacymi, zszywanie ton recznikow i scierek uzywajac narzedzi operacyjnych, „operacji” pod mikroskopem itd, itp. To jest baza, to jest ten automatyzm,ktory nie moze mnie zawiesc w stresie, w nocy, po zjedzeniu setek paczkow…:) Wtedy glowa dzisla nawet pod ogromna presja. A dzisiaj mlodzi chca od razu noz do reki i ciach..:) Ps. A zyciowki w Wolsztynie to chyba nie mogly sie udac bo „dodano” 600-700m plywania…

  5. Może akurat przykład tego olimpijczyka nie jest najlepszy. Nie chcę być odebrany jako hejter, ale wg mnie zawiodła i głowa i charakter czyli trochę jakby za mało pokory. Być murowanym faworytem to jedno. Po co na podium ME nie podał ręki Białorusinowi? Po co gadanie, że rano lubi spać? Po co tłumaczenie, obrona dopingowiczów – ciężarowców?. Za dużo trochę tego się nazbierało. Klasa mistrzowska na takiej imprezie to umiejętność dostosowania się do wszystkich ewentualnych warunków. Oczywiście trzymam kciuki za Pawła, jestem pewny, że wyciągnie wnioski i za 4 lata nie powtórzy już tych samych błędów. Może nam jest łatwiej bo w końcu nie startowaliśmy w RIO. Nie mamy tej presji. Presji wytworzonej przez siebie samego, ale przez innych w tym niestety, ale to boli, przez media, dziennikarzy. Pompowanie balonu jest skandaliczne. My startujemy w kraju (w większości). Każdy z nas trenuje i pojawia się na trasie anonimowo. Nikt na nas nie patrzy, nie ocenia, nie wymaga. Jesteśmy My i założenia które albo zrealizujemy albo nie. Dziś miała być życiówka w Wolsztynie. I przegrałem sam ze sobą. Pierwszy raz na zawodach dostałem kolki. Męczarnie nie bieg. Nigdy bym się tego nie spodziewał. życiówki nie było. Temat bardzo ciekawy, na długie rozmowy, z wieloma wątkami, argumentami, jednak przykład naszego pechowego olimpijczyka….. nie ta liga. Nie powinniśmy jednak tego analizować. Sorki Panie Pawle za swoje słowa.

  6. Historia sportu zna bez liku wyników które na logikę nie miały prawa mieć miejsca, od fascynujących sukcesów do spektakularnych porażek faworytów, można na ten temat eseje pisać, albo po prostu pogodzić się z faktem że w sporcie tak jest, że jest on bardzo często nieprzewidywalny i to jest jego największe piękno 😀

  7. Racja po obu stronach, tak mysle. Racje ma Marcin, na poziomie mistrzowskim i olimpijskim musza byc wypracowane bazowe automatyzmy. Ale takowe moga byc mimo wszystko zaburzone przez tak zwana dyspozycje dnia: brak snu, wilgotnosc powietrza, temperarura, zly humor, klotnia z trenerem… Tutaj klamia sie opinia Łukasza. Wszyscy jednak moga miec podobne problemy i tez identyczne warunki. Ale nie kazdy jest przygotowany na taki stres. Chociazby wysoka temperatura. Nie slyszalem i nie czytalem (moze sie myle) zeby nasze maratonki trenowaly w warunkach gorszego komfortu cieplnego (upal) i zwiekszonej wilgotnosci. A takie warunki panuja w Rio. To taki przyklad z brzegu, ktory laczy obie opinie, Łukasza i Marcina, czyli z jednej strony ksztaltowanie automatyzmu a wlasciwie jego brak, z drugiej brak lepszego wyniku z powodu warunkow zewnetrznych. Glowa jest wazna. Ale glowa nie zastapi sily naszego ciala. Glowe sie tez szkoli i ksztaltuje. Jesli wiem,ze losowanie startu moze wrzucic mnie na rano a przygotowuje sie do startu zycia to przestawiam swoj zegar na ranne wstawanie… Wtedy nie bedzie stresu. Nie przytocze w tym miejscu nazwiska ale tylko „zeznania” jednego z olimpijczykow po nieudanym starcie: pracowalem z dietetykiem ale to zarzucilem bo …lubie slodkie.., bede musial wrocic do tej wspolpracy…Piekne, nieprawdaz?! Start zycia… To tak jak wiele waznych monentow w zyciu. Przygotowujemy sie na wszystkie elementy, ktore moga nas zaskoczyc. Jesli zaskoczy nas kontuzja, choroba to pech. Jesli pora dnia, nadmierne kilogramy, wlasna pycha to jest to brak profesjonalizmu.

  8. Im jestem starszy, tym coraz trudniej mi o jednoznaczne sądy, stwierdzenia 🙂 swój pogląd wyraziłem na FB, nie chcę powtarzać. I oczywiście bardzo doceniam i szanuję zdanie mkona i Wojtka Herry, którzy twierdzą, że to się nie powinno było zdarzyć na takim poziomie. Ciekaw jestem Waszej opinii. Zapraszam do dyskusji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here