„Schody, podjazdy, podbiegi i podium dla AT w Górznie” – Marcin Stajszczyk

15
2

Zaczynając relację z GIT Górzno nie mogę nie zacytować słów pewnej piosenki, która pozwala trochę z przymrużeniem oka i pewnym dystansem spojrzeć na „atrakcję” jaką przygotowali organizatorzy finałowych zawodów Garmin Iron Triagthlon w Górznie.

 

 

 

 

 

„Schody, schody, schody, schody
jak w Casino de Paris…
Schody wyjść nie mogą z mody,
widz o schodach z rewii śni.
Schody, schody, schody, schody
jak na filmie z Hollywood.
Nie mogą schody wyjść nigdy z mody,
najtrwalsza to z wszystkich mód.

 

Nawet Chińczyk, nawet Pers,
mnich, co w swej pustelni kisł,
widząc schody pełne girls
woła: brawo! Krzyczy: bis!!!
Krzyczy: bis!!! Krzyczy: bis!…”

Może tak jest, że widz rewii o schodach śni… może tak jest, że schody z mody wyjść nie mogą… może nawet tak jest, że widząc schody pełne „girls” większość czuje zachwyt… ale zapewniam wszystkich, że na schodach w Górznie było inaczej. Mniej rewiowo choć oprawa plastyczna schodów zbliżała nas bardziej do przywołanej rewii niż zawodów.

 

gorzno3

 

Taki psikus organizatorów, miały nie wyglądać tak strasznie… i nie wyglądały… ale tylko pierwsze 10… a łącznie było ich 200.

 

gorzno2

Ale od początku. GIT Górzno to były ostatnie, piąte zawody cyklu. Jednak każdy komu przyszło do głowy, że finałowe zawody zrobi „z górki” żeby nie powiedzieć „na luzie” raczej się pomylił. Raczej mocno. Tzn. z górki było, ale wcześniej trzeba było na nią wjechać albo wbiec. Ponad 250 m przewyższenia na 45 km trasy rowerowej jeszcze nie wyglądało tak strasznie. Ale ponad 180 m przewyższenia na 10,5 km trasy biegowej robiło już duże wrażenie na każdym, kto choć trochę biega. Rzeczywistość wyglądała jeszcze gorzej niż wyobrażenie. Zawody rozegrane zostały oczywiście w pełnym słońcu, a temp. wynosiła 30-kilka stopni C’ , jakże by inaczej.

Moje założenia na ten start ustalone przez Filipa Szołowskiego były podobne jak na poprzednich „ćwiartkach”. Pływanie mocno, rower z wysokim HR, czyli dla mnie mocno i bieg jak zawsze początek z czuciem spokojnie, a potem w miarę możliwości spróbować przyśpieszyć. W Ślesinie, gdzie uzyskałem najlepszy swój czas na tym dystansie płynąłem w miarę luźno (bałem się mocno), jechałem na rowerze poniżej zadanego zakresu tętna, tak, żeby nogi nie zapiekły, żeby starczyło sił na bieg w morderczych warunkach klimatycznych. Tym razem postanowiłem zaryzykować i popłynąć mocniej, a rower pojechać tak mocno jak się da… miałem nadzieję, że uda mi się utrzymać na rowerze za moim Przyjacielem Arturem. A wiadomo jak to jest z nadzieją i przekonałem się o tym na własnej skórze. Zawody w Górznie nie były dla mnie kategorii A, a nawet B w moim kalendarzu startów, co jest również ważne. Pierwsze zawody A w sezonie to był Susz Triathlon i tam zagrało wszystko jak powinno. Start był z normalnego, w miarę mocnego tygodnia treningu bez odpoczynku przed zawodami. Nie miałem wielkich oczekiwań choć oczywiście poprawienie wyniku na ¼ IM byłoby miłą niespodzianką. Marzenie to porzuciłem po zapoznaniu się z trasą. Na domiar złego w przeddzień startu udałem się na objazd trasy rowerowej, który poprowadzony był w średnim tempie, ale jednak mnie zmęczył z uwagi na profil trasy. Po objeździe zrobiłem jeszcze 25 minutową zakładkę biegową po trasie zawodów. To mnie dobiło tego wieczora. Czy miało jakikolwiek wpływ na start tego nie wiem. Przed startem wszyscy uśmiechnięci, wyluzowani… tylko ja gdzieś zagubiony.

 

GIT-Gorzno-0077

 

Popłynąłem mocniej tak jak sobie i Filipowi obiecałem. Miałem być po pływaniu zmęczony. Nie było to tak mocno jak w zadaniach na basenie, ale w moim odczuciu było to zdecydowanie mocniej niż w Ślesinie. Trasa pływacka była bardzo przyjazna, taka odwrócona litera L z jedną długą prostą i jedną krótszą. Tym razem ustawiłem się blisko pierwszej linii w połowie szerokości stawki i o dziwo nie miałem dużych problemów na trasie z tzw. pralką. Z wody wyszedłem mocniej zmęczony niż zwykle. Czas pływania 17:59 to mój najlepszy dotychczas wynik na ¼ – poprawa o 47 sekund w stosunku do Ślesina. Nadal gorzej niż np. Krzysiek „Kosa” ale moja strata do niego nie była już taka duża, co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło. I na tym poprzestanę porównań z Kosą na tych zawodach.

 

Po wyjściu z wody każdy musiał się zmierzyć z wbiegnięciem po 200 schodach prowadzących na szczyt wzniesienia, na którym znajdował się rynek, ale po osiągnięciu tego szczytu pozostawało jeszcze paręset metrów do pokonania, żeby znaleźć się w strefie zmian. Zresztą pisząc o mierzeniu się z wbiegnięciem mocno przesadzam, bo większość na górę szła w tym ja. Ale co najmniej jeden zawodnik biegł… no oczywiście… dobrze się domyślacie… to był Kosa. W końcu sława zobowiązuje, a poza tym schody pełne „girls” w osobach Karoliny i Julki… sami rozumiecie. Docierając do T1 nogi miałem lekko chybotliwe. Ale zamiast dać im odpocząć na pierwszych kilometrach roweru ja postanowiłem dotrzymać danego Arturowi słowa i pojechać od początku mocno. I pojechałem.

 

gorzno5

 

Wszystkie podjazdy pokonywałem na dużej tarczy, a na zjazdach pamiętając rady Rafała Hermana naciskałem na pedały jeszcze mocniej. Wiedziałem, że długo tak nie pociągnę, ale raz w życiu można spróbować. Poza tym jechałem bez odczytu tętna, bo mój pasek zwariował i pokazywał abstrakcyjne wartości. Dodatkowo nie wiem dlaczego szkiełko zegarka po raz pierwszy zaparowało (nie miałem go ze sobą na pływaniu!) i to akurat w miejscu, gdzie miałem ustawioną średnią prędkość. „Wszyscy jesteśmy MKONami”. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że przez 5 km na rowerze, druga piątka zawodów, jestem jak (mk)ON! Jechałem 5 km ze średnią 38 km/h, czyli tyle ile Marcin przez 180 km w trakcie zawodów w Roth. Cóż… każdy jest MKon’em tak długo na ile go stać, dobre i tyle. Średnia prędkość pierwszych 10 km wyniosła ponad 35 km/h, co objawiło się moim oczom po odparowaniu szkiełka…

 

Super! Wow! Nigdy tak szybko nie jechałem… i to by było na tyle. Zresztą na 9 km minął mnie Artur i tyle go widziałem. Nawrót, podjazdy, wiatr w twarz, skwar z nieba i euforia z nóg wyparowała jak kropla potu z czoła. Pozostałe kilometry do końca etapu kolarskiego to już normalna orka w moim tempie, a nawet poniżej niego, bo jak się później okazało ostatnie 10 km pojechałem znacznie poniżej 30 km/h. Ale spróbowałem, wiem gdzie jestem. Po zawodach Filip powiedział, że gdyby nie ten „kozacki” początek to na pewno całość roweru byłaby szybsza. Pomimo tego udało mi się nieznacznie poprawić czas roweru w stosunku do Ślesina – 1:22:51 vs 1:23:14. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że do Artura straciłem na rowerze 4 minuty. Przewaga wypracowana na pływaniu prysła jak bańka mydlana.

T2, wybieg, woda na głowę i w drogę. Zostało jeszcze tylko 10,5 km. Teraz będzie z górki… na początku. Stromy kilkuset metrowy zbieg, trochę wypłaszczenia, małe fałdki i długi stromy podbieg w stronę lasu. Tam nawrót i w stronę mety. W tą stronę stromy zbieg z początku zamienia się oczywiście w bardzo stromy podbieg, odbierający siły i wolę walki. Dwa podbiegi na każdej pętli to 800 metrów z nachyleniem ok. 3,5% i 700 metrów z nachyleniem 5%. I tak trzy razy.

 

gorzno6

 

W połowie pierwszej pętli mija mnie z naprzeciwka Artur, przybijamy piątkę i dalej każdy w swoją stronę. No to przynajmniej już wiem jaką Artur ma przewagę. Dużą. Dogonienie go będzie graniczyło z cudem. Wygląda dobrze, świeżo. Miałem go dopingować na trasie biegowej w razie kryzysu, ale widzę, że nie będzie takiej potrzeby. Poza tym ja na razie jeszcze jestem na zbiegu i zupełnie nie wiem, jak moje nogi będą sobie radziły z podbiegami. Pierwsza pętla pokazała mi, że jakakolwiek kontrola tempa na tej trasie jest niemożliwa. Dopiero po każdym km widzę, jak szybko go pobiegłem. Nie jest najgorzej. Tempo ok. 5:05-5:10 to dla mnie szybko. W połowie drugiej pętli doganiam Adama Pastusiaka, który bardzo ucieszony tym faktem proponuje żebyśmy dalej biegli razem. Ma mały kryzys. Utrzymujemy równe tempo, biegniemy obok siebie. W sumie pochlebia mi to, bo Adam to M25 i dotychczas zawsze był na mecie` dużo szybciej. Artura mijamy już zdecydowanie bliżej nawrotu. Zbliżamy się. To jednak mały doping Artur będzie miał. Ufff, to tylko trzy pętle więc jeszcze jedna i po bólu. Zbieg wydaje mi się trudniejszy niż podbieg, za stromo dla mnie. Muszę bardzo uważać. W połowie trzeciej pętli po nawrocie Adama łapie bardzo silna kolka, ale na szczęście udaje mu się ją przezwyciężyć. Artur przed nawrotem jest blisko, ale biegnie już z górki, a ja jeszcze pod nią i ucieka mi z zasięgu wzroku, kiedy zawracam. On też to widzi i wie, że nie może zwolnić choćby bardzo chciał. A chciał. To jednak doping jest. Ale Artur walczy o pudło w klasyfikacji całego cyklu GIT więc musi dać z siebie wszystko. I dał. Wpadł na metę z czasem 2:40:44, a my z Adamem z takim samym czasem 2:41:37 (dało mi to 21 miejsce na 60 w kat. M40, a Adamowi w M25… też 21). Było blisko. Na biegu udało mi się odrobić dużą część straty po rowerze. Jestem zadowolony. Mój bieg 53:56 to tylko 47 sekund gorzej niż w Ślesinie na zdecydowanie trudniejszej trasie.

Podsumowując moje cząstkowe wyniki z pływania, roweru i biegu były to najlepsze zawody na ¼ z dotychczasowych. W Ślesinie do złamania 2:40 zabrakło mi 26 sekund. W Górznie wynik lepszy tylko o 23 sekundy, ale oczywiście zawody to także strefy zmian. To właśnie one, a właściwie ona, bo mowa o T1 i sławetnych kolorowych schodach nie pozwoliły mi osiągnąć wymarzonego celu. Dodatkowa strata w T1 wyniosła u mnie ok. 2 minut. Ale za to w przyszły roku będzie o co walczyć. Na mecie Filip pyta jak było? Mówię, że bieg to masakra, a on ze swoim uśmiechem pyta „poważnie?”

 

GIT-Gorzno-0440

 

A Kosa? Poza naszym zasięgiem. 2:23:15. Gratulacje! Ale to nie wszystko. Kosa i Artur zajęli 2 miejsce w swoich kat. wiekowych w całym cyklu Garmin IronTriathlon. 

 

  GIT-Gorzno-0717

 

Ogromne gratulacje!

 

GIT-Gorzno-0723

I to jeszcze nie wszystko. Okazało się bowiem, że i mnie, skromnemu amatorowi na dorobku przyjdzie stanąć na podium, a to za sprawą 3-go miejsca dla AT Team wśród startujących klubów w klasyfikacji całego cyklu! Razem z Arturem reprezentowaliśmy na podium (chyba jako jedyni byliśmy jeszcze obecni?) wszystkich startujących w barwach AT Team. Gratulacje dla wszystkich! „Szkiełko” czyli statuetkę za 3 miejsce odebrałem osobiście, ale nieopatrznie zostawiłem ją u Artura w samochodzie i tyle ją widziałem. Jakby nie miał swojej własnej, ładniejszej. Ale obiecał oddać. I jeśli pozwolicie zostawię ją sobie (na zdjęciu na prośbę fotografa coś krzyczymy ale szczerze mówiąc nie pamiętam co… tylko Artur jakiś zamyślony:) Wygrał LaboSport Team, którego także po części jestem członkiem, więc mogę być podwójnie zadowolony.

 

gorzno10

Czy to był koniec emocji? Nie! Dopiero na koniec sięgnęły zenitu jak Tomek Pomierny stanął w szranki w walce o nagrodę główną cyklu GIT czyli samochód Renault Clio. I nie opiszę tego co się działo, bo nie sposób, ale zobaczcie sami jaką miał minę, kiedy się okazało ostatecznie, że wygrał!!!

{gallery}gorzno_2014{/gallery}

 

15 KOMENTARZE

  1. Brawo Arkadiusz Cichecki!!! A nie mowilem Arku;) 1/2 IM TrIathlon POZ czas 4:59:21 zlamales piątala;)))) nie moglem czekac na Twoj wpis i musialem Ci juz pogratulowac:)))

  2. A rozmawialismy z Arturem nt foto „szkiełka” do art. ale ostatecznie zrezygnowalismy:) Arku podjazdy z blatu tylko na 1/4 trasy… byłem ciekawy ile wytrzymam:) Ale za to jaką to dało srednią… na 1/4 trasy:))) MKon kumuluj swoją pozytywną energię i dam Ci znać, kiedy bedziesz ją mógł wykorzystac tzn. odwdzięczyć sie w kibicowaniu:))) Niestety w tym roku nie będzie to Gdynia, nie startuje. Także Grzesiu nie w tym roku ale w przyszłym kto wie;)

  3. Gratulacje dla wszystkich startujących z AT za III miejsce . Widziałem Was Panowie Profesorowie na podium 🙂 ale nie śmiałem się wychylać bo moje wyniki raczej się nie przyczyniły do tego , choć była to okazja , która może się nie powtórzyć aby stanąć na pudle 🙂

  4. Kurcze, zupełnie mi wypadła z pamięci klasyfikacja drużynowa i zaraz po zawodach zebrałem się do domu. Co prawda, wielkiego wkładu z moimi miernymi wynikami w nią nie miałem, ale zawsze jakieś pół cegiełki, bądź kielnię zaprawy dołożyłem. 🙂
    Do zobaczenia na pozostałych zawodach w tym roku!

  5. Również gratulacje dla wszystkich! Cieszy dyspozycja AT Team!
    Bardzo mi się podoba podejście do rywalizacji Naszych ekspertów! Klasa!
    Marcinie ale, że podjazdy na dużej tarczy…. hmm… 🙂

  6. Profesor zrobi zdjęcie:))
    Łukasz, widzę, że dołączysz w 2015 do wszystkich zawodów Garmin i zdobędziemy 1 miejsce druzyniowo:)
    Fajna relacja Marcinie, przeżyłem to jeszcze raz. W biegu nawet jak przeszło mi przez głowę, że mogę odpuścić bo 3-ci w kat. wiekowej i tak mnie nie dogoni to widząc Ciebie i Adama musiałem pilnować tempa. Te zawody odbudowały mnie trochę przed Kopenhagą.
    No i jeszcze jedno. Zabawa była znakomita. Oczywiście Przyjaciele i Znajomi ale muszę podkreślić znakomitą organizację cyklu Garmin. Oprawa, zabezpieczenie ratownicze i medyczne, napoje, owoce, obsługa zawodów, stoiska firm, nagrody, no i bezpośrednie zaangazowanie Filipa Szołowskiegio i Marcina Florka ustawiły platformę tego cyklu na bardz wysokim poziomie.

  7. Dołączam się do gratulacji 🙂 Super – wielki sukces!
    Marcin – fajna i zabawna relacja ukazująca piękno tego sportu (walkę, determinację, kryzysy, wsparcie, emocje, radość… ) a najbardziej rozweselił mnie tekst: „każdy jest MKon’em tak długo na ile go stać” 🙂

  8. … a może jakieś zbliżenie tej statuetki za to trzecie miejsce, niech wszyscy zobaczą, o co również przy okazji tak dzielnie walczyli 😉

  9. @Marcinie, ciekawa relacja a w niej „perełka” :
    ….”każdy jest MKon’em tak długo na ile go stać”.
    Gratuluję wszystkim, którzy startowali.

  10. Jeszcze raz wielkie gratulacje dla wszystkich, a w szczególności dla AT Team za 3 miejsce. Jesteście wielcy! Dzięki za tak wspaniałą reprezentację 🙂 żałuję, że mnie nie było! W przyszłym roku musimy ustawić się na wszystkie zawody cyklu i…wiecie co…:-)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here