Stanąć na nogi i wyjść poza schematy – wywiad z Markiem Jurowskim

0
21

Wielu z Was szuka w internecie ciekawych filmów o triathlonie. Większość z nich pokazuje trening lub skróty z zawodów. Jest też jeden polski film, wyjątkowy, który nie ukazuje drogi do mety, lecz drogę do osiągnięcia celu znacznie ważniejszego – powrotu do życia. Film, który jest etiudą studencką Bartosza Warwasa i opowiada o Marku Jurowskim – człowieku, który zmagał się z własną nieśmiałością, kontuzjami, przeżył wypadek w którym zginął jego ojciec. I w końcu zmagał się z wyzwaniem największym: walką z nałogiem alkoholowym i uzależnieniem od antydepresantów. Marek urodził się w Pabianicach w 1964 roku. Sport zawsze był obecny w jego rodzinie. Mama była lekkoatletką, ojciec bokserem. Nic dziwnego, że młody Marek zajął się sportem. Nie miał ulubionej dyscypliny, najdłużej trenował karate. Od zawsze podobał mu się jednak triathlon. Na początku nie wierzył, że uda mu się pokonać dystans. Podobnie było z podejściem do życia. Brak wiary w siebie i akceptacji własnej osoby. Potem kolejne problemy jakie przyniosło życie. Finał Jego historii jest jednak pozytywny, bo Markowi udało się nie tylko ukończyć kilka triathlonów, ale pokonać nałóg i wygrać nowe życie. Nie raz stawał na podium, ale najważniejsze, że stanął na nogi. Uprawia sport, prowadzi mały klub sportowy, nie boi się rozmawiać z ludźmi. Nie pije… Nie bierze…


Historię Marka Jureckiego poznałem dzięki filmowi na Youtube… Jak Pana znalazł autor filmu?

Znalazł mnie, ponieważ chciał nakręcić film o kimś, kto jest ciekawą osobą. Byłem wtedy w Klubie Ludzi Sukcesu. Trafiłem tam skierowany w ramach terapii. A wszystko zaczęło się od wypadku i mojego uzależnienia. Te spotkania wiele mi dały. To sposób na walkę ze swoją nieśmiałością, oporem mówienia. Po jakimś czasie zostałem nawet prezydentem tego klubu. Wymagało to sporo pracy, ale i tak nie tyle, ile w moim klubie sportowym.

Na czym polega uczestnictwo w Klubie Ludzi Sukcesu?

Uczymy się wypowiedzi, ale przede wszystkim innego sposobu myślenia. Ludzie, gdy się spotykają, niemal zawsze zaczynają od narzekań. My uczymy się innego podejścia do problemów i przestawiamy się na ich rozwiązywanie. Problemy są zawsze, ale najważniejszą rzeczą jest podejście do nich. Spotkania w klubie zawsze zaczynamy od opowiadania o swoich sukcesach, z ostatniego dnia, tygodnia. To nie muszą być jakieś wielkie osiągniecia. Możemy się pochwalić na przykład zmianą nawyku, czy nawet przykręceniem kranu. Chodzi o to, by wyłapywać te małe rzeczy, które czynią nasze życie lepszym. To jest tak zwany Sukces Na Co Dzień. Później przechodzimy do Łańcuszka Mówców. Uczestnicy nawzajem narzucają sobie luźne tematy do rozmowy i muszą zmieścić się w jednej minucie. Tematy są czasem banalne, na przykład ja musiałem kiedyś mówić o „czapeczce z czerwonym bąbelkiem”. I na początku miałem duże opory aby się wypowiedzieć, zwłaszcza publicznie. Z czasem nabrałem jednak pewności siebie i nie mogłem się doczekać kiedy znów przyjdzie moja kolej na mówienie.

Do Klubu trafił Pan w ramach terapii?

Tak. Po zakończeniu zajęć moja terapeutka wysłała mnie właśnie do tego klubu. Na początku było mi naprawdę ciężko, stresowałem się. Ale w miarę upływu czasu zacząłem się w tym odnajdywać. Trafiłem do zespołu Realizacji Celów- wyznaczaliśmy sobie cele i musieliśmy do nich dążyć.

Jaki był Pana pierwszy cel?

Chciałem otworzyć sklep rowerowy.

Udało się ?

Nie. Ale udało się coś innego. Przez próbę realizacji tego marzenia założyłem klub UKS Rojna – a wszystko za sprawą pewnego ciągu zdarzeń. Zawsze chciałem robić coś, co jest związane z rowerami. Nagle zapragnąłem pracować z młodzieżą. Pracowałem wtedy w sklepie rowerowym, ale odkryłem jak wielką satysfakcję daje kontakt z młodymi ludźmi. Realizując cele z Klubu Ludzi Sukcesu poszedłem do domu dziecka. Ostrzegano mnie, że praca z dziećmi z takiej placówki jest trudna. Nie przejmowałem się tym. Oni potrzebowali kogoś, kto pokaże im jak się grać w piłkę, zorganizuje im zajęcia pojeździ z nimi na rowerze i pomoże im zorganizować rowery zorganizuje im zajęcia sportowe. Po tej rozmowie zrozumiałem że nie dotyczy to tylko tych dzieci u których byłem, w domu dziecka. Stwierdziłem że chcę założyć klub sportowy i tak powstał UKS Rojna. Udało się to wszystko zrealizować tylko dlatego, że dążyłem do jakiegoś celu. To był niesamowite..

I na dobre zaczęła się Pana przygoda z klubem, ale tym razem sportowym…

Dokładnie. W Gimnazjum numer 7 w Łodzi, gdzie uczył się mój syn, założyliśmy uczniowski klub sportowy. Jeździliśmy na zawody kolarskie, te mniej ważne i te wyższej rangi, na przykład na Ligę Świętokrzyską. Pierwsze zawody- zupełnie przegrane. Chłopaki nie dali rady przejechać dystansu. Właśnie wtedy na poważnie zajęliśmy się pracą treningową. Zaczęliśmy robić tempówki i rozjazdy. Starałem się im tłumaczyć, że nie wszystko da się osiągnąć od razu. Zaczęliśmy biegać. Braliśmy udział w Biegu Sylwestrowym. Dziś w klubie jest 14 osób, ale rotacja jest ogromna. To naturalne – niektórzy traktują sport o wiele bardziej poważnie, inni chcą po prostu spróbować. W końcu – wejście na wyższy poziom treningu wymaga wielu wyrzeczeń.

{gallery}jurowski{/gallery}

A jak to było z Panem? Kolarstwo, bieganie i w końcu ukończył Pan triathlon.

Zawsze było to moim sportowym marzeniem. Podziwiałem tych, którzy startowali w zawodach. Ja, niestety, miałem problemy z pływaniem kraulem i to stało na przeszkodzie ukończenia tri. Któregoś dnia, chyba w roku 2000, wybrałem się by obejrzeć triathlon organizowany w Łodzi. Nie zainteresowali mnie najlepsi, ale facet, który płynął „żabką”. Potem przesiadł się na rower, zwykłego bujanego górala. Stwierdziłem, że jeśli on może, to ja też. Minęło niewiele czasu, a sam stanąłem na linii startu triathlonu na dystansie sprinterskim i spełniłem swoje małe, sportowe marzenie.

Były jeszcze później jakieś starty ?

Oczywiście. Następny był w Poznaniu, gdzie przeszedłem istne męki. Potem dwa razy w Zakopanem. To były Igrzyska Lekarskie pojechałem, jako osoba towarzysząca. Co najśmieszniejsze, startowałem pierwszy raz w piance, ale to była pianka dla płetwonurków!

Bez maski, bez płetw… ?

Bez ! (śmiech). Największe problemy były z kapturem w piance i nawigacją, bo ciągle dobijałem do brzegu. Na szczęście na rowerze było znacznie lepiej. Po Zakopanem ponownie wystartowałem, chyba dwa razy, w Łodzi. Najdłuższy dystans jaki ukończyłem to olimpijka. Byłem wtedy bardzo dobrze przygotowany i myślę, że stać mnie było nawet na dłuższy dystans.

Kontuzje?

Kolano. Z tym borykałem się najdłużej. Po kilku basenach ciągle robiła się wielka kula na kolanie. Lekarze nie bardzo wiedzieli, co można z tym zrobić. Pomógł mi rower i jakoś doszedłem do siebie, aczkolwiek znów jestem w trakcie rehabilitacji.

Jakie plany startowe w 2012 roku?

Bardzo chciałbym ukończyć maraton pływacki. Jeśli będzie triathlon w Łodzi, to chyba też się skuszę. Oczywiście zawsze wolę startować w crossie, bo wszystkie miejsca na podium w kolarstwie górskim zająłem startując na „góralu”. A jeszcze lepiej jeśli warunki są „tragiczne”: deszcz, błoto…

Wspomniał Pan o trudnościach. Wypadek, który zmienił Pana życie…

Jechałem z moim ojcem samochodem na pogrzeb wujka. Byłem zmęczony po dyżurze w pogotowiu, więc za kierownicę usiadł tata. Chcąc uniknąć czołowego zderzenia z ciężarówką uderzyliśmy w drzewo. Tata dostał wylewu. Niestety zmarł. Ja przeżyłem, tylko dlatego, że chciałem się przespać w trakcie jazdy i opuściłem w dół swój fotel. Dach samochodu dopiął się do samej szyby. Auto zostało zmiażdżone. Po wypadku zaczęło sztywnieć mi kolano. Najgorsze jednak były „zjazdy” emocjonalne. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Żona wytrzymała ze mną chyba tylko dlatego, że jest psychiatrą. Nie radząc sobie z problemami zacząłem pić. Uzależniłem się od antydepresantów. Od 1994 do 1996 roku nie byłem sobą.

Kiedy nastąpił przełom ?

Pojechaliśmy z rodziną nad jezioro. Postanowiłem wejść do wody i przepłynąłem spory dystans. Lekarze kazali mi wtedy uważać na siebie nawet w wannie, a ja pokonałem około 600 metrów i to bez przygotowania. W tamtej chwili ponownie zapragnąłem sportu. Wróciłem na rower. Wtedy wszystko powoli zaczęło się „przestawiać”. Czas spędzony w wodzie i na rowerze dał mi sporo do myślenia. Zdecydowałem się na terapię, która pozwoliła mi wrócić do normalnego życia. Trafiłem do Klubu Ludzi Sukcesu. Pojawił się pomysł na triathlon i wyzwania sportowe, które okazały się bodźcem do wyjścia z „dołka”. To był mój największy sukces. Z człowieka, który był spisany na straty, stanąłem na nogi.

„Spisany na straty” – to dokładnie Pańska wypowiedź jeszcze z Klubu Ludzi Sukcesu.

Nie zawsze akceptowałem siebie. Miałem niską samoocenę. Nie miałem dobrego kontaktu z moim ojcem, zresztą miał kiedyś problemy z alkoholem. Był człowiekiem, który ciągle coś próbował w życiu „złapać”. Gdy zaczynał zbliżać się do tego, zaczynał pić. Trafił na terapię, tak jak później ja, ale tydzień później zginął w wypadku. Około pół roku przed tym zdarzeniem poczułem, że odzyskuję ojca. Zaczęliśmy ze sobą normalnie rozmawiać. Byłem bardzo szczęśliwy, że wracamy do normalnych relacji. Sześć miesięcy później go straciłem. Teraz wiem, że mój problem z samoakceptacją wynikał z ludzkiego myślenia, które polega na operowaniu schematami. Staram się przekazywać młodym ludziom, że trzeba wyjść poza te schematy. Wszyscy, bez wyjątku jesteśmy uzależnieni od tych schematów. Każdy żyje w swoim świecie. Niektóre światy są gorsze, niektóre lepsze.

Żałuje pan czegoś z czasu, kiedy był pan uzależniony?

Żałuję używania przemocy wobec syna.

Wybaczył Panu?

Nie wiem.  Zapytam Go o to. Najważniejsze, że teraz mamy dobry kontakt.

Co dzisiejszy Marek powiedziałby temu z przeszłości, który był zagubiony w nałogu i nie akceptował siebie?
Zaproponował bym mu żeby poszedł do Witolda Skrzypczyka. To człowiek, który prowadzi ośrodek dla młodzieży w Łodzi. To był mój pierwszy terapeuta i to on pomógł mi się odbić. Potem wszystko było konsekwencją tych pierwszych kroków. Pamiętam kiedyś, gdy byłem na spotkaniu z mistrzynią sztuki Zen. Powiedziała coś co było dla mnie niewiarygodne: „A teraz zapytajcie mnie, o co chcecie”. Dla człowieka jakim byłem wtedy, to wydawało się niepojęte! Jak można tak bardzo otworzyć się na innych i być zdolnym odpowiedzieć na każde pytanie?! Ona również była bodźcem, stymulantem pójścia na terapię.

Dziękuję za rozmowę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here