Sylwester Kuster – powrót do ścigania. Sezon ze szpitalem w tle.

0
15

Sylwek, na początek pytanie o to, co się w ogóle stało? Jeszcze w czerwcu byłeś w poważnych tarapatach zdrowotnych…

Cała historia jest bardzo skomplikowana. Byłem w trakcie przygotowania do dwóch ważnych startów w tym najważniejszego do Mistrzostw Europy, 21 czerwca. Można powiedzieć, że na etapie przygotowania do tych zawodów zaskakiwałem wszystkich tym, co robiłem na treningu – szczególnie trenera pływania Mariusza Waliczka. Potrafiłem przepłynąć setki w seriach po 1.05,  start w 1.15. Kolejne serie potrafiłem przepłynąć nawet  po 1.04 na 100 metrów, a to był trening 6km z innymi zadaniami, więc było naprawde bardzo dobrze. Ale to nie koniec, bo po południu wychodziłem na trening rowerowy i potrafiłem w treningu tlenowym zrobić 100km ze średnią prędkością 34km/h. I tak trenowałem dzień w dzień przez okres dwóch tygodni. To była tak zwana podbudowa tlenowa. Później był obóz w Portugali i tu już zmiana charakteru treningu, pierwsze tempa, pływanie na VO2max, ale więcej krótszych odcinków niż wcześniej, rower też się miał zmienić. Typowy BPS (Bezpośrednie Przygotowanie Startowe) pod zawody. Wszystko szło bardzo dobrze. Tak to jest, jak się dobrze przepracuje zimę, to ta baza później oddaje i tak było w moim przypadku. Problem jest taki, że kiedy zawodnik łapie formę, jego wydolność wzrasta, wszystkie parametry rosną oprócz tych, które są odpowiedzialne za odporność. Niestety spada ilość białych krwinek. No i zaczęło się. Podczas obozu w Portugali zjadłem rybę. Chyba nie do końca była świeża – takie mamy teraz podejrzenia. Zaczęły się problemy.

 

Tego samego dnia, czy na drugi dzień?

W zasadzie na drugi dzień rano. Wyszedłem na trening pływacki 12×400. Nie pływało mi się dobrze, ale trenowałem razem z Maćkiem Chmurą, który mnie trochę podkręcił, zmotywował i jakoś dałem radę. Jednak każdego dnia moje samopoczucie się pogarszało. Było coraz gorzej. Bolały mnie jelita po prawej stronie. Zaczęło mnie to niepokoić, Nie był to jednak tak uporczywy ból, żebym słaniał się na nogach. Pamiętam, że poważne problemy zaczęły się po ostatnim mocnym treningu basenowym. Połynąłem na koniec zadania głównego 200 metrów w tempie 2:13, wyszedłem z wody, wróciłem do domu i poczułem się bardzo źle. Złapała mnie gorączka, dreszcze, bół brzucha. Poszedłem do szpitala i opowiedziałem całą historię. Lekarz zbagatelizował ten problem, zrobił co prawda badania krwi, ale tylko morfologię, która nic nie wykazała. Wróciłem do domu, a następnego dnia zaczęły się naprawdę duże problemy. Byłem bardzo słaby. Przez kilka dni mój stan się pogarszał. Gorączka, dreszcze, ból brzucha, który nasilał się rano i w nocy. Odpuszczałem już każdy trening. Próbowałem pobiegać i z trudnem mogłem utrzymać tempo 6min/km. Zadzwoniłem do mojego ubezpieczyciela i mówię, że tu w tym szpitalu mi nie pomogą. Poprosiłem o pomoc w prywatnym szpitalu. Jednak i tam pani doktor zbagatelizowała moje objawy i całą historię, przepisując mi węgiel na przeczyszczenie! Następnego dnia byłem potwornie słaby. Żeby dojść do toalety musiałem trzymać się ściany. Nie byłem w stanie nic zrobić. Znowu zadzwoniłem do ubezpieczyciela i poprosiłem żeby zrobili mi diagnostykę, bo tak wróżyć z wusów możemy bez końca, każdy się może pomylić. Kolejna wizyta w szpitalu i kolejny lekarz, który na moje opowiadanie zaczyna się uśmiechać. Poprosiłem o badanie krwi z diagnostyką. Uparłem się. Kiedy lekarz wrócił z wynikami był blady. Okazało się, że wskaźnik CRP, który wykazuje infekcje bakteryjne, stany zapalne, który zwykle wynosi około 5, u mnie miał poziom 120. Z takiego stanu mogła rozwinąć się sepsa. Jeszcze tego samego dnia wylądowałem w szpitalnym łóżku, podpięto mi antybiotyk. Praktycznie 24h na dobę leżałem pod kroplówką, zastrzyki, leki przeciwbólowe, bo bół był nie do zniesienia. O 6 rano przychodziła pielęgniarka i na dzień dobry dostawałem 4 zastrzyki, podwójną dawkę antybiotyków. I tak dzień po dniu.

 

img 2912

 

Ile trwało szpitalne leczenie antybiotykami?

7 dni, ale musiałem już wyjść mimo, że lekarze nie chcieli mnie wypuścić. Miałem jednak kupione bilety na samolot do Polski.

 

A w którym dniu choroby trafiłeś do szpitala?

10 – 12 dni miałem ten problem. Umierałem z bólu zanim skierowano mnie na leczenie szpitalne. Dwa razy miałem robioną tomografię, do tego kolonoskopię z biopsją.

 

Można powiedzieć, że chory wracałeś do domu?
Tak. Dostałem jednak antybiotyki doustne, leczyłem się w domu według zaleceń. Mogę powiedzieć, że w tej całej nieprzyjemniej historii jest jeden miły akcent. Kiedy wracałem do domu siedziałem w samolocie z Paweł Korzeniowskim, naszym pływakiem, który jest bardzo towarzyski i prawie 3h podróży samolotem upłyneło nam na rozmowie o treningu. Pawła bardzo interesuje triathlon, wypytywał mnie o wszystko. Tym samym samolotem wracała Justyna Kowalczyk z obozu w górach.

 

Wróciłeś do domu i co dalej?

Przez kilka dni nie mogłem jeszcze trenować. Brałem antybiotyk. Byłem jednak bardzo podłamany. Cały czas żyłem Mistrzostwami Europy, cały sezon przygotowywałem się do tego startu. Wiedziałem, że nie zdążę się przygotować, nawet do startu w Mistrzostwach Polski w Suszu i pojedynku z Markiem Jaskółką. Wszyscy liczyli, że powtórzymy walkę z 2011 roku, kiedy biegliśmy ponad 10km ze średnią 3:05/km. Ale kiedy wyszedłem na pierwsze rozbieganie, nie byłem w stanie przebiec ciągiem 8km. Musiałem się zatrzymywać. To samo w wodzie. Najgorsze było to, że następnego dnia po takim treningu miałem zakwasy, jakbym był na siłowni. Byłem totalnie wyniszczony. Badania krwi wskazywały niemal anemię. Nigdy w życiu nie miałem tak słabych wyników badań. Miałem różnego rodzaju przejścia w życiu, nawet miesiąc chorowałem, ale nigdy w tak poważny sposób.

 

Nazwano jakoś tę chorobę. Co ci w ogóle było?

Biopsja nie wykazała żadnej choroby przewlekłej. Lekarz mówi, że najprawdopodobniej to przyczyna zatrucia. Chciałbym jeszcze na koniec przestrzec wszystkich, którzy wyjeżdżają na obozy zagraniczne. Ubezpieczajcie się! Ja w ostatniej chwili na dzień przed wyjazdem, nie mając ubezpieczenia z PZTri, zadzowniłem do koleżanki i Ewa Sobczak pomogła mi szybko załatwić formalności w ciągu godziny. Nie wiem, co by się stało, gdybym nie miał wtedy ubezpieczenia…

 

Sylwek, wystartowałeś w MP w Mietkowie na dystansie długim zdobywając tytuł Mistrza Polski, to Twój debiut na tym dystansie. Można powiedzieć, że już w pełni wróciłeś do zdrowia. Jak wrażenia po tego typu zawodach?

Tak, to mój debiut na tym dystansie, bardzo mi się podoba formuła rozgrywania zawodów – jest bardziej uczciwa niż na dystansie olimpijskim, gdzie niejednokrotnie ktoś po prostu popłynie za kimś, „przewiezie się”  na rowerze i dzięki temu zajmuje dobre miejsce. Wychodząc z choroby jestem zmuszony odtworzyć bazę tlenową zanim przejdę do szybszych treningów, a ten start po części wpasował się w przygotowania, poza tym dla mnie ranga Mistrzostw Polski to najwyższa krajowa ranga. Cieszę się z zwycięstwa, ale jeszcze dużo pracy mnie czeka, zanim wrócę do formy sprzed szpitala, jednak jak nie w tym sezonie, to za rok poprawię wszystkie wyniki. Takie doświadczenia są przykre, z tym, że jeśli już uda się z nich wyjść człowiek staje się jeszcze mocniejszy. Obecnie skupiam się na walce o Igrzyska Olimpijskie, nie wykluczam jednak w przszłości ścigania się na długim dystansie.

Chciałbym podziękować moim głównym sponsorom Planet X za rowery na których jeżdżę, firmie P.E.P. za wsparcie w tych trudnych dla mnie momentach, mojemu miastu Dąbrowie Górniczej i klubowi WLKS Kmicic Częstochowa.

 

kuster2

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here