Tabelka motywacyjna, czyli co Grass wiesza na lodówce?

14
8

Człowiek słabości ma i mieć będzie. Każdy. Bez względu na to, czy jest to skoncentrowany na celach krótko i długoterminowych mkon, Grass i inny Herman (nie wspominając o Podsiadłowskim), czy ktoś, kto chce ukończyć Ironmana i jak najszybciej o tym fakcie zapomnieć. W tym drugim przypadku słabości nie mają wiekszego znaczenia. Zjedzenie jednej czekolady dziennie czy spożycie „Kopytka łosia” (czytaj wysokoprocentowy alkohol domowej roboty, opisany przez Nadblogera Strześniewskiego), nie przekreśli ukończenia zawodów nawet na dystansie Ironman. Jeżeli jednak chcemy poprawiać życiówki, rywalizować z kolegą z ławki w open space, albo pokazać Prezesowi firmy, że warto sponsorować moje hobby i wyjazd na Hawaje na Mistrzostwa Świata, to musimy trzymać pion! Po 6 latach zabawy w triathlon, osiągnięciu przyzwoitych wyników jak na amatora, stwierdzam, że triathlonista z gatunku „niespełniony sportowiec zawodowiec”, musi trenować jak zawodowiec, biorąc poprawkę na intensywność i objętość. Ale zasady obowiązują go takie same. Dziś chciałbym Wam przedstawić jedną z metod automotywacji, jaką wymyśliłem na swoje potrzeby dwa lata temu i z powodzeniem stosuję. 

 

W pewien weekend, po bardzo intensywnym tygodniu treningowym i w pracy, zastanawiałem się, co ja tak naprawdę zrobiłem z zadanego planu? Co zjadłem? Ile niezdrowych rzeczy zdążyłem chwycić między nagraniem dla TV, pisaniem artykułu a treningiem? Nie potrafiłem odpowiedzieć prezycyjnie na to pytanie, które w przypadku trenowania bez jakiegoś ambitnego celu typu kwalifikacja na Hawaje, byłoby mało istotne. Ale ja miałem i mam cele wykraczające poza trenowanie rekreacyjne, więc zacząłem się zastanawiać, jak tu się zmotywować do przestrzegania diety, realizacji planu treningowego, a przede wszystkim, jak ten proces kontrolować? O ile z motywacją nie mam problemu (zakładając, że już wyszedłem z okresu roztrenowania), o tyle monitorowanie przebiegu mikrocyklu tygodniowego i przestrzegania diety… z tym bywa różnie. Mój trener wie doskonale, że z raportowaniem jest jak z korkami w mieście – raz są, raz ich nie ma i nie wiadomo tak naprawdę, dlaczego? Ale patent jaki wymyśliłem, sprawdził się na tyle, że „sprzedaję” go również podczas szkoleń motywacyjnych i spotkań, które mają za zadanie inspirować do pozytywnej zmiany. Nazwałem to Tabelką Motywacyjną. 

 

Wygląda tak (przykład z ubiegłego roku): 

 

 

dzień tygodnia   swim   bike   run   core/siła   słodycze   alkohol 
poniedziałek   2km   –   10km  –   +  – 
wtorek   3km  90km  –   –   –   – 
środa   –   –   12km  +   –   – 
czwartek  3,5km   100km   2km   –   –   – 
piątek    –   –   12km   +   –   – 
sobota   3km   100km   –   –   +   + 
niedziela   –   –   22km   –   +   + 
suma  11,5km   290km   58km   2x  3x  2x

 

 

Po co mi taka tabelka?

 

Wieszam na lodówce. Każdego dnia zapisuję w rubrykach odpowiednie dane, widzę, jak realizuję poszczególne jednostki, mam przejrzystą kontrolę nad utrzymaniem wszystkiego zgodnie z założeniami, dodatkowo motywuje mnie to do działania, tabelka może być zabawna, jeśli dołączą do tego członkowie rodziny i zaczynają się żartobliwe docinki. W moim przypadku po kilku tygodniach dołączyły córki i żona, ale więcej było z tego fanu i robienia sobie jaj, niż faktycznego przestrzegania jakichś założeń. Oczywiście w moim przypadku było to jak najbardziej „wojskowe” narzędzie do realizacji planu i postanowień. 

 

Każdego poranka, robiąc śniadanie, obiad czy kolację, sięgając po przekąskę, sprawdzając, czy w lodówce po zmroku świeci się jeszcze świato, miałem przed oczyma tabelkę motywacyjną. Bywało, że cofałem rękę patrząc, że w tym tygodniu zjadłem już jakąś słodycz i wypiłem dwa razy podróbkę „Kopytka łosia”. Poza tym, kiedy dzwonił trener i chciał porozmawiać o zrealizowanym planie, wszystko było czarno na białym. 

 

W kolejnym felietonie opowiem Wam o jeszcze bardziej szczegółowym monitorowaniu dnia, czyli zapisywaniu niemal wszystkiego, co dotyczy procesu treningowego, kondycji organizmu i diety. 

 

A wy, jakie macie sposoby na motywację i monitorowanie procesu treningowego? Czy wśród czytelników jest ktoś, kto stosuje takie metody, mimo, że jego celem nie jest bicie życiówek i kwalifikacja na Hawaje? Wśród tych, którzy do końca tygodnia opiszą swoje doświadczenia, rozlosujemy upominki książkowe. 

 

Z pozdrowieniem 

Ojciec Dyrektor 

 

 

 

 

 

14 KOMENTARZE

  1. @Łukasz Babczyński, giordano, Lidia, Tomasz Kacymirow, Jakub Masiuk, robertwen – dla Was książkowe upominki. Skontaktujemy się mailowo w celu ustalenia szczegółów wysyłki. POzdrawiam.
    P.S. Strześniewski i Cichecki…za szyderę wpisuję Was na listę „do odstrzału”. W tym celu muszę wykraść „Kopytko łosia” i załatwię sprawę po cichu… jak już odpadniecie…

  2. ja wstaję 4.50 i zaczynam od biegu . na 7.00 do firmy więc nie ma mowy o basenie, zamknięty. w ciągu dnia zawsze jakaś druga jednostka jest zaplanowana. Obecnie największą moją motywacją jest zakupiony rower do czasówki :). pozdrawiam

  3. Ilość sexu jest wykładnią sumienności treningowych, dlatego Arku u Ciebie po serii minusów – nareszcie + (dwa ale może to początek czegoś pięknego). Age grouperzy 40+ i tak w końcu wszystko w końcu sprowadzą do sexu :). Cały poprzedni sezon treningowy wstawałem w tygodniu o 5, szykowałem dzieciakom śniadanie i o 6 już byłem w wodzie – kwestia przyzwyczajenia i motywacji. Tabelki są super – okienko treningowe dzielę na pół i wpisuję objętość założoną i zrealizowaną. Szeroki przegląd – miesięczny lub tygodniowy pozwala też zaplanować odrobienie niezrealizowanych jednostek. Wracając do sexu, w moim przypadku zapisy na runlogu (lodówka jest zbyt ogólnodostępna) potwierdzają tezę o ilości, w kwestii jakości ? Czasem sprint jest bardziej satysfakcjonujący niż pełny dystans, ale wszyscy marzą o pełnym, najlepiej na Hawajach 🙂

  4. pomysł z tą tabelką całkiem ciekawy, chyba go wypróbuję.
    Co do motywacji u mnie sprawa jest dość prosta, mam cel który chcę osiągnąć i za każdym razem kiedy nie chce mi się wyjść na trening lub głowa próbuje mi powiedzieć, że mogę zrobić coś innego a ten jeden raz mogę odpuścić wtedy szybko przypominam sobie gdzie jest moja meta i wiem, że nie ma nie mogę. Kolejny motywator to jakiś zakład i próba dorównania do kogoś. Jak widzę ile i jak trenuję to nie chcę być gorszy. Jako że ze wstawaniem nie mam większego problemu, a wiem że delikwent zrobił jazdę 3h lub + to mogę wyjść na trening nawet o 4 rano, później nie mam czasu. Monitoruję treningi poprzez Garmin Connect oraz teraz zacznę przez tabelkę Ojca Redaktora 🙂

  5. U mnie każda próba wbicia się w tabelki, rygory, plany i tym podobne prowadzi błyskawicznie do zniechęcenia, odwrotnego efektu i porzucenia. Motywuje mnie najbardziej efekt bez w porównaniu do efektu po. Ponieważ trenuję prawie wyłacznie rano sprawa jest prosta. Jak nie poruszam się rano to dzień mam potłuczony i bez ładu i składu. Więc nowy pomysł jaki ostatnio realizuję to jak się nie uda rano to chociaż pobiegam koło południa i już przynajmniej druga część dnia jest ok.

  6. Ze wstawaniem na basen to koszmarrrr! 5 rok treningów do tri i niestety nie jestem w stanie zmusić się samodzielnie do wstawania na pływanie o 6 rano. Zdecydowanie łatwiej jest mi wstać tak wcześnie kiedy mam komuś poprowadzić trening na basenie:). A co do realizacji innych jednostek treningowych i motywowania się do nich to chyba to kilkuletnie doświadczenie pokazało mi ,że jak odpuszczę raz ( jeżeli jest to wina lenistwa)to i odpuszczę następny raz. A organizm jest taką francą że formę robi się długoo i systematycznie. A jak chce się osiągnąć swój cel to wypadające po sobie kolejne jednostki treningowe nie przyniosą nam tej pożądanej formy w sezonie. Plan ,plan i jeszcze raz plan:).
    Dlatego zaraz się wbijam w buty biegowe i lecę. Jak to się mawia samo się nie zrobi:)

  7. Łukasz, może się mylę, ale w wersji, którą mi pokazywałeś była jeszcze jedna kolumna. Między „słodycze” i „alkohol” był jeszcze „sex”. Co się stało?

  8. Ha! Też mam dodatkową rubrykę plusów i minusów w zeszycie treningowym tylko te ,,słabości” wrzuciłem w jeden koszyk. Po bardzo długim okresie ,,minusowym” w końcu odhaczyłem dwa pierwsze plusy. 🙂

  9. Wstawanie na basen o 6:00AM to dla mnie największy problem… uwielbiam pływać; o każdej innej porze dnia to czysta przyjemność. Ale jak mam do zrobienia dwie jednostki treningowe w ciągu dnia to basen musi być przed pracą… wieczorem zawsze jest motywacja i wizualizuje sobie, jak to rano wstaję z uśmiechem na twarzy i idę a basen… potem dzwoni budzik i zaczyna się horror… help…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here