brett sutton
Home Trening Trenuj... gdziekolwiek jesteś Triathlon - jak to robią w Szwecji?

Triathlon - jak to robią w Szwecji?

czwartek, 11 lipca 2013 Napisane przez  Maciej Czarnota

W ostatnim opublikowanym przeze mnie artykule, w którym przedstawiłem relację z zawodów Hallsta Triathlon w Szwecji wspomniałem o tym, że trenuję w lokalnym klubie, w mieście, gdzie jestem na wymianie studenckiej. Dzisiaj chciałbym podzielić się z Wami moim spostrzeżeniami dotyczącymi sportowej, w szczególności triathlonowej, rzeczywistości, której podczas pobytu w Szwecji byłem nie tylko obserwatorem, ale i uczestnikiem. W momencie, kiedy piszę te słowa, jestem w drodze powrotnej do Polski, dzień po zawodach organizowanych przez Orebro AIK. Udział w nich był ostatnim akcentem mojego pobytu w Skandynawii. O tym jednak później – trzymajmy się chronologii: Przed wyjazdem do Szwecji miałem za sobą już pewne, choć dość ubogie, doświadczenie w triathlonie i byłem zdeterminowany, aby moja przygoda ze słynnym Erasmusem nie stanęła mi na przeszkodzie w przygotowaniach do kolejnego sezonu. Szybko okazało się, że w mieście, do którego planowałem się wybrać, funkcjonuje kilka klubów zrzeszających amatorów zarówno biegania jak i innych dyscyplin. Jakaż była moja radość, gdy dowiedziałem się, że w tym stu trzydziesto-tysięcznym miasteczku działa również klub zrzeszający nie tylko biegaczy, ale i fanów naszej dyscypliny – Örebro AIK. Krótka wymiana e-maili z prezesem, opłata bardzo przystępnej (400koron) rocznej składki członkowskiej i już byłem pełnoprawnym reprezentantem klubu. A cóż takiego oznacza bycie nim? Same korzyści: treningi z trenerami na olimpijskim basenie, zimowe treningi na hali lekkoatletycznej (za drobną dopłatą za wstęp na nią), długie treningowe wybiegania organizowane w trzech, czasem czterech grupach czasowych, treningi duathlonowe na stadionie lekkoatletycznym (tak to nazywaliśmy – w naszym żargonie to po prostu trochę bardziej rozbudowane zakładki), spontanicznie organizowane treningi kolarskie, ale przede wszystkim ciągłe wsparcie i wzajemne dopingowanie do ciężkiej, (ale jakże przyjemnej pracy) nad swoim ciałem i charakterem.

 

kumla


Od samego początku mojej przygody z klubem byłem zachwycony pasją moich klubowych znajomych i ich otwartością na nowego członka, którego obecność wywoływała konieczność tłumaczenia wszystkich zadań i ćwiczeń na angielski (a przynajmniej większości z nich) co pewnie, czasami mogło być dla trenerów męczące. Ale chyba bardziej niż sympatycznym przyjęciem zaskoczony byłem warunkami, w jakich przyszło mi trenować oraz tym, jak wiele osób w mieście (co jest oczywiście zjawiskiem ogólnokrajowym) naprawdę poważnie angażuje się uprawianie sportu i aktywne działanie na rzecz swoich klubów. (Więcej o Örebro AIK opowie na końcu artykułu, w wywiadzie - który przeprowadziłem specjalnie dla AT już jakiś czas temu – Mikael, prezes klubu.*) Jak wspomniałem, Örebro to miasto zamieszkiwane przez 130 tysięcy obywateli, będące jednocześnie siódmym z największych miast Szwecji – w naszej skali miasto średnie, a wręcz nieduże. Jak więc to możliwe, że funkcjonuje w nim kilka sporych klubów biegowych, narciarskich, kolarskich, pływackich, a nawet triathlonowy? I nie mówię tu o klubach szkolących przyszłych zawodowców, ale zrzeszających amatorów w każdym wieku i na każdym poziomie wytrenowania. Przecież w takiej prawie milionowej Łodzi działa tylko jedna mała, przyszkolna triathlonowa drużyna napędzana chyba tylko entuzjazmem jednego z Redaktorów AT i jej zawodników! Co więc stoi za tą chęcią do uprawiania sportu i organizowania się przez szwedzkie społeczeństwo?...

 

Być może jego zamożność, więcej wolnego czasu, świadomość potrzeby ruchu, a może moda… trudno powiedzieć, pewnie w każdej z tych odpowiedzi jest część prawdy, ale nie mam wątpliwości, że Szwedzi żyją sportem i to nie tylko tym kanapowym, z pilotem w jednej ręce i piwkiem w drugiej, ale przede wszystkim tym uprawianym aktywnie. Bezsprzecznie, mają też do tego znakomite warunki i to chyba również one zdeterminowały sposób, w jaki spędzałem znaczną większość mojego „pozauczelnianego” czasu w Szwecji (i nie mam wątpliwości, że mój przykład można odnieść do skali całego kraju). Po pierwsze, członkostwo w klubie zapewniło mi 2 razy w tygodniu darmowy (nielimitowany czasowo) wstęp na doskonały basen, po drugie roczny (również nielimitowany czasowo) karnet kosztuje tam ok. 350zł. półroczny karnet na siłownię 200zł, korzystanie z bieżni na stadionach lekkoatletycznych jest darmowe, wstęp na hale, których w mieście jest kilka, również bardzo niedrogi – to wszystko w kraju, w którym za chleb płacimy 15zł. Ponadto dookoła miasta mamy do dyspozycji kilka oznaczonych, zmierzonych, oświetlonych(!) i świetnie utrzymanych tras biegowych zróżnicowanych pod względem stopnia trudności i długości, zimą równie dobrze przygotowane wielokilometrowe trasy narciarskie, no i co zrobiło na mnie największe wrażenie, setki kilometrów gładkich jak stół dróg rowerowych (nie przypadkiem, nie używam określenia „ścieżek”).

 

IMAG0683

 

Poza tym wystarczy wyjechać kilka kilometrów poza obręb miasta, aby cieszyć się, praktycznie wolnymi od ruchu samochodowego, drogami odkrywającymi przed nami prawdziwe, dzikie piękno skandynawskiego krajobrazu. Czy nie wstyd byłoby tych warunków nie wykorzystać? Być może to właśnie dlatego, kilka razy w tygodniu, czasami mimo mrozu sięgającego -25st grupa od kilkunastu do nawet 30-40 zwykłych ludzi spotyka się tylko po to, aby wylewać siódme poty i robić wszystko, aby zmęczyć się do granic wytrzymałości. Nie dotyczy to wyłącznie moich klubowych przyjaciół, ale tysięcy innych zwykłych Szwedów, których widać na trasach biegowych, rowerach, na nartach czy narto-rolkach właściwie o każdej porze doby przez siedem dni w tygodniu. Oczywiście wysiłek wkładany w treningi nie jest z tego powodu ani mniejszy ani mniej męczący, ale jednak miło jest na przykład jadąc rowerem nie musieć cały czas patrzeć pod koła w obawie przed wywrotką lub co najmniej przecięciem opony na nierównościach.

 

Wykorzystując te warunki oraz możliwości stworzone mi przez członkostwo w klubie, spędziłem bardzo miłe i owocne 5 miesięcy na treningach oraz starując w kilku imprezach w tym biegu na 10km i półmaratonie, w których znacznie poprawiłem swoje życiówki. Ponadto zaliczyłem Hallsta Triathlon, o którym już pisałem oraz Kilsbergen Triathlon, któremu chciałbym poświęcić kilka słów na zakończenie. 

 

DSCN1319


Jest to impreza odbywająca się już od kilku lat w osadzie Ånnaboda położonej kilkanaście kilometrów od Örebro. Organizatorzy zachęcają uczestników do startu w niej określając, jako „najtrudniejszy triathlon Szwecji” – choć trzeba przyznać, że dystans nie przeraża (1,5-44-11) to profil trasy rzeczywiście może dawać do myślenia, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę, że w tej okolicy chyba zawsze wieje silny wiatr. Poza startem głównym, jest też krótszy start na dystansie 0,5-22-5,5 – oba w formule bez draftingu. Właśnie w tym drugim przyszło mi uczestniczyć, choć nie ukrywam, że moim pierwotnym planem był występ w głównym wyścigu, niestety kłopoty zdrowotne i drobny uraz kolana zmusiły mnie do podjęcia takiej decyzji. Zawody są dosyć kameralne, ale jest to raczej zaleta niż wada, gdyż dzięki temu towarzyszy im bardzo miła, rodzinna wręcz atmosfera oraz stwarza to pewne poczucie elitarności. Na starcie głównego dystansu stanęło w tym roku kilku szwedzkich profesjonalistów i czołowych szwedzkich „age-groupesów” co znacznie podniosło poziom konkurencji i jej prestiż.


Sama trasa zawodów jest bardzo ciekawa: najpierw płyniemy 3 okrążenia w pięknie położonym, choć niewielkim, jeziorze (w dystansie krótkim – jedno), następnie pokonujemy bardzo męczący, około 400-metrowy dobieg do strefy zmian, który prawie cały czas prowadzi pod górę, jednak chwilę potem możemy odpocząć, gdyż etap kolarski rozpoczynamy od około czterech kilometrów zjazdu. Nie możemy się tutaj jednak w pełni zrelaksować, gdyż zawody rozgrywane są przy tylko częściowym zamknięciu ruchu, a prędkości mamy okazję rozwinąć bardzo przyzwoite. Po zjeździe do miejscowości Garphyttan, należy pokonać jeszcze ok. 7km po pofałdowanej i bardzo wietrznej trasie, po czym zawracamy i tą samą trasą wracamy na szczyt wzniesienia gdzie umiejscowiona jest strefa zmian – dla uczestników „spintu” jest to koniec jazdy rowerem, natomiast startujący w dłuższym dystansie pokonują tę pętlę dwukrotnie. Zapewniam, że finałowy podjazd potrafi dać popalić nawet jeśli – tak jak ja – wjeżdżało się na niego dziesiątki razy i znało każdy fragment, po prostu trzeba tutaj zacisnąć zęby i na chwilę zapomnieć o tym, że nogi mają nam jeszcze tego dnia posłużyć podczas biegu. Ten składa się natomiast z jednej, lub odpowiednio dwu pętli, na które wybiegamy ze strefy zmian tą samą drogą, którą wbiegamy do niej po pływaniu. Początek nie zwiastuje tego, z czym za chwilę przyjdzie nam się zmierzyć. Przez chwilę biegniemy po asfaltowej ścieżce, po czym zbaczamy z niej, aby pokonać dość długi, kamienisty i wymagający technicznie zbieg. Kluczowym etapem odcinka biegowego jest moment, w którym wybiegamy na trasę, która zimą stanowi arenę zmagań narciarzy biegowych i musimy pokonać niezwykle stromy i długi podbieg – przyznaję, że pomimo wielokrotnych ostrzeżeń zbagatelizowałem sprawę i nie wybrałem się ani razu na rekonesans, co było błędem. Nigdy nie wbiegałem pod tak strome zbocze i szczerze współczuję zawodnikom dłuższego dystansu, że musieli pokonać je dwa razy. Na koniec czeka nas jeszcze ok. 2km względnie płaskiego odcinka, po którym finiszujemy tuż przy strefie zmian i padamy martwi na trawie podnosząc się dopiero po kilku minutach na nogi, które wcale nie mają ochoty na ani jeden krok więcej tego dnia. Zawody zorganizowane są bez wielkiego zadęcia, ani szczególnego wsparcia sponsorów, jednak mimo to, dzięki zaangażowaniu organizatorów niczego na nich nie brakuje. Są napoje na trasie, posiłek na mecie, grill, ognisko, prysznice, sauna itd. Muszę przyznać, że chociaż nie zrealizowałem mojego celu jakim był start w głównym wyścigu to jestem bardzo zadowolony, gdyż pomimo bardzo zachowawczego z uwagi na kolano i trudną technicznie trasę udało mi się zająć 4. miejsce open w dystansie krótki. Jest to co prawda wyścig bardziej rekreacyjny, ale oczywiście również tutaj nikt się nie oszczędza! Poza tym mam powód, aby wrócić tam za rok, do czego i Was serdecznie zachęcam!

DSCN1347


*Wywiad z Mikaelem Slevinem prezesem Örebro AIK
Kiedy i przez kogo został założony klub Örebro AIK?
Klub został założony już w latach 60-tych, w przyszłym roku będziemy obchodzili jubileusz pięćdziesięciolecia istnienia AIK. Oczywiście od początku nie był to klub triathlonowy, co zabawne założyli go amatorzy chodzenia i to właśnie maszerowanie na długich dystansach było pierwszą dyscypliną uprawianą w naszym klubie. Później pojawili się biegacze, a także zwolennicy różnych mniej popularnych sportów. Najważniejszą, przez znaczną część historii klubu, dyscypliną jest właśnie bieganie.


A kiedy pojawił się w klubie pomysł na uprawianie triathlonu?
Sekcja triathlonowa działa od 1994 roku, po jakimś czasie klub dołączył Szwedzkiej Federacji Triathlonu. Oczywiście na początku triathlon uprawiały tylko pojedyncze osoby – kiedy ja dołączyłem do klubu w 2004 albo 2005 roku było nas tylko pięcioro uprawiających tę dyscyplinę. Dzisiaj to właśnie liczba triathlonistów w naszym klubie rośnie najszybciej. Aktualnie staramy się ich policzyć, bo sami nie wiem,y ilu właściwie nas jest, a to dlatego, że nie ma wśród członków klubu, żadnego oficjalnego rozróżnienia na biegaczy i triathlonistów, a tych drugich przybywa z tygodnia na tydzień. W tamtym roku w Kalmar reprezentowało nas 19 zawodników co oznacza, że było nas około 30-35 osób. Ale na tą chwilę trudno jest mi dokładnie powiedzieć ilu triathlonistów jest w klubie.


Jak w takim razie jest klub zorganizowany? Ile osób jest zaangażowanych w zarządzanie klubem i jakie są ich obowiązki oraz jak klub jest finansowany?
Jeśli chodzi o finansowanie to opiera się ono głównie na składkach członkowskich które wynoszą 400 koron na rok. To niewiele, ale właściwie nie mamy dużo wydatków ponieważ głównym założeniem AIK jest to, że każdy członek poza trenowaniem robi coś dla klubu w miarę swoich możliwości czego przykładem jest na przykład to, że nasi trenerzy są jednocześnie członkami klubu i realizują treningi razem z pozostałymi zawodnikami. To znacznie obniża koszty działalności. Ponadto organizujemy kilka wyścigów, co oczywiście przynosi pewne zyski, ale właściwie zarabianie nie jest naszym celem, nie jesteśmy komercyjnym klubem, podobnie z resztą jak bardzo wiele innych klubów w Szwecji. Mamy jakieś oszczędności w banku, ale na pewno nie można też powiedzieć żebyśmy byli bogatym klubem. 


Jeśli chodzi o zarząd klubu, to zasiada w nim 10 osób łącznie ze mną. Spotykamy się raz w miesiącu, aby przedyskutować najważniejsze kwestie i na bieżąco podejmować decyzje związane z treningami, startami itd. Poza tym są też inne grupy jak np. grupa ds. triathlonu, grupa ds. startów, czy grupa ds. organizacji zawodów. Tu właśnie przejawia się idea, o której wspomniałem wcześniej – jeśli jesteś członkiem klubu, to w czymś możesz zawsze pomóc. Teraz stoją przed nami nowe, ale i bardzo miłe wyzwania, których wcześniej nie znaliśmy – przede wszystkim związane ze stale i szybko rosnącą ilością nowych członków, ale dzięki temu że działalność naszego klubu opiera się przyjaznych relacjach i wzajemnym wsparciu to ze wszystkim dajemy sobie radę.


Jak myślisz skąd bierze się takie zainteresowanie AIK w ostatnim czasie?
Myślę, że chodzi o ogólny wzrost popularności aktywności fizycznej wśród Szwedów. Od paru lat można już zauważyć, że większość ludzi uprawia jakiś sport, co automatycznie daje nam dużo potencjalnych członków. W naszym mieście jest, co prawda, kilka klubów biegowych, ale na pewno to nam przybywa najwięcej nowych członków. Większość osób dowiaduje się o naszym klubie od znajomych, którzy już w nim są, a także mamy bardzo dobrą reputację „przyjacielskiego” klubu, co pewnie również wpływa na naszą popularność. Triathlon w Szwecji przeżywa teraz prawdziwy boom, a my jesteśmy jedynym klubem triathlonowym w Örebro i okolicy. Od kiedy organizowane są w Kalmar zawody pod szyldem Ironman również wiele osób zapisało się do klubu,, aby móc tam wystartować - członkostwo w oficjalnym klubie należącym Szwedzkiej Federacji Triathlonowej jest konieczne, aby móc się tam zapisać.


Które zawody są najważniejsze dla członków Örebro AIK, w których bierze udział największa ich liczba?
Jeśli chodzi o imprezy biegowe to na pewno Stockholm Marathon. Co roku staruje tam potężna reprezentacja naszego klubu. Zawsze organizujemy z tej okazji autokar, którym wszyscy podróżujemy razem do Sztokholmu. Jest to zdecydowanie impreza biegowa numer 1 dla biegaczy z naszego klubu. Poza tym startujemy w lokalnych imprezach np. w półmaratonie w Örebro którego jesteśmy organizatorami. Jeśli zaś chodzi o triathlon, to nie mogę wskazać jednych zawodów, jednak na pewno celem dla wielu z nas jest udział w Kalmar Ironman. Ważny jest dla nas także Kilsbergen Triatholn, którego podobnie jak półmaratonu, jesteśmy organizatorami. Ale oczywiście nasi zawodnicy startują także w wielu innych imprezach zarówno w Szwecji, jak i za granicą.

 

A czy mógłbyś przedstawić czytelnikom AT najważniejsze triathlonowe osiągniecia zawodników Örebro AIK?
Oczywiście. Jeden z naszych kolegów był 2 lata temu dziesiąty w klasyfikacji generalnej w Kalmar z czasem 9 godzin 11 minut, nie był to co prawda jeszcze oficjalny Ironman w tamtym czasie, ale to i tak duże osiągnięcie bo to Mistrzostwa Szwecji na tym dystansie. W tym roku wygrał on też zawody na dystansie half-ironman w Szwecji. Zdobywamy również dość regularnie medale w rywalizacji age-groupersów na mistrzostwach Szwecji.


Słyszałem też, że ukończyłeś Norsman’a…
Tak, to prawda. Udało mi się zdobyć czarną koszulkę w 2010 roku – fantastyczne i ekscytujące zawody…


…ale pewnie też ekstremalnie wyczerpujące?
Hmm… niezupełnie. To znaczy, każdy Ironman to wielki wysiłek, bez dwóch zdań! Nie powiedziałbym, jednak żeby były aż tak ekstremalne. Oczywiście wyścig trwa kilka godzin dłużej niż zazwyczaj, ale nie przesadzał bym – to są zupełnie inne zawody niż pozostałe, atmosfera jest niezwykła. Oczywiście ostatnie 17km maratonu pod górę nie jest łatwe, ale trasa kolarska wydawała mi się całkiem przyjemna, no i miałem szczęście bo temperatura wody wynosiła 17 stopni, podczas gdy zazwyczaj oscyluje około 13.


Przygotowywałeś się do tego startu jakoś specjalnie, czy trenowałeś tak jak zazwyczaj?
To był mój siódmy czy ósmy wyścig na dystansie 226km i szczerze mówiąc moje przygotowanie do niego nie różniły się znacząco. Oczywiście starałem się jeździć jak najwięcej pod górę, ale generalnie wszystko robiłem tak jak zawsze.


Czy mógłbyś powiedzieć na zakończenie co w tym sezonie jest priorytetem dla klubu i na czym będzie się skupiać w tym roku najbardziej, jeśli chodzi o triathlon?
Przede wszystkim staramy się cały czas pozyskiwać nowych członków, to dla nas bardzo ważne. Poza tym chcemy też startować w większej ilości zawodów niż w ubiegłym roku i zmobilizować większą ilość naszych zawodników do częstszego ścigania się. No i oczywiści nasze własne zawody – Kilsbergen Triathlon są dla nas bardzo ważne. Chcemy, aby stały się w tym roku dużą - jak na szwedzkie warunki - imprezą. Mamy nadzieję, że w tym roku ilość zawodników znacznie przekroczy 200.
Mam nadzieję, że pojawią się na niej także triathloniści z Polski. 


Również mam taką nadzieję, ale na razie mogę mówić tylko za siebie. Bardzo dziękuję za rozmowę i powodzenia.



Red. W przyszłym tygodniu opublikujemy artykuł o jednym z polskich klubów triathlonowych - WTT (Warszawskie Towarzystwo Triathlonu). 

1 Komentarz

  • ^ Marcin Stajszczyk czwartek, 11 lipca 2013 16:37 Umieszczone przez: Marcin Stajszczyk

    Bardzo ciekawy art. Na pewno można korzystać z dobrych wzorców i próbować z nich korzystać w naszych warunkach. Jednego czego z pewnością nie przeskoczymy szybko to infrastruktura. Ale niech rządzący czyli tzw decydenci czytają i może jakieś wnioski z tego wyciągną.

Zostaw komentarz

Upewnij się, że wypełniłeś wszystkie wymagane pola oznaczone gwiazdką (*).
Dozwolony jest podstawowy kod HTML.

Blogi

Ostatnie wpisy Pokaż wszytkie

stat4u
Website Security Test