„Triathlon bez granic…wieku!” – felieton Macieja Dowbora.

12

Do Las Vegas przyjechałem mocno pokiereszowany zarówno fizycznie jak i psychicznie po połówce w Gdyni. Myślałem głównie o tym, że 8. września w okolicach 13tej będę mógł nareszcie przestać myśleć o triathlonie. Ale w głowie wciąż siedziała mi masakra, z którą będę musiał się zmierzyć chwilę wcześniej. Jeszcze w Polsce Marcin Konieczny studził moje niepokoje i presję. W Las Vegas miałem przeżyć przygodę życia i zobaczyć coś wielkiego. Na moje wielkie występy czas przyjdzie może kiedy indziej. W niemal identycznym tonie motywował mnie Piotrek Netter, który stawiał przede wszystkim na zdobycie doświadczenia, zarówno podczas tak prestiżowej imprezy jak i w tak trudnych warunkach klimatycznych i geograficznych. Faktycznie – nigdy wcześniej nie startowałem w górach, a najtrudniejszą trasą, z którą wcześniej miałem do czynienia były pofałdowania w Szczecinku i Olsztynie. W tym świetle zmierzenie się z rollercoasterem w Parku Lake Mead było jak zdobywanie Mount Everestu. Tuż przed wylotem długo rozmawiałem z Marcinem Waniewskim, który rok wcześniej na tych samych zawodach zanotował bardzo dobry wynik. Jak się później okazało, jego rady były kluczem do sukcesu.

Przygoda w Las Vegas miała być rozsądnym kompromisem pomiędzy wyjazdem rodzinnym, a występem na jednej z największych imprez triathlonowych świata czyli właściwie kwintesencją sportu amatorskiego. Jednak w przeciwieństwie do Łukasza Grassa, nie odpuściłem treningów, chociaż ze względu na upały, charakter tras i już wyraźne zużycie organizmu po sezonie, objętości nie były powalające. Przede wszystkim przez wiele dni wizualizowałem sobie cały wyścig, wyzbywając się chorych ambicji i stawiając na realne cele. Przede wszystkim chciałem zachować zimną głowę. Wszystko kręciło się wokół dwóch niewiadomych. Jak zniosę taki upał i poradzę sobie z górami?! Przede wszystkim postanowiłem mieć kompletnie w czterech literach co inni powiedzą o moim starcie, czy na niego zasługuję czy też nie. Oglądając przez 10 dni na treningach swoich przyszłych konkurentów nie miałem wątpliwości, że do Vegas przyjechali naprawdę czołowi zawodnicy PRO i z grup wiekowych. Przejażdżka z Julią Huettheil ( 5 wygranych IM70.3 w 2013 ) czy pływanie na basenie z Craigiem Alexandrem tylko to potwierdzało. 

 

Pozbawiony zbędnego stresu, noc przed startem przespałem nadzwyczaj spokojnie. Nawet aż za bardzo, bo zaspałem i obudził mnie dopiero dobijający się do drzwi Rafał Fazan. Na szczęście jak nigdy wcześniej miałem już wszystko spakowane. Wyciągnąłem tylko z zamrażalki bidony, w których zamroziłem izotonik, do którego jeszcze wpakowałem po dwie ampułki saltsticków. W końcu walka z odwodnieniem miała być priorytetem. Tyle tylko, że akurat tego dnia po raz pierwszy w tym roku padał rzęsisty deszcz, a temperatura znacznie się obniżyła. A ja nie dość, że nie zabrałem ze sobą do Stanów ani jednej bluzy, to miałem jeszcze w plecaku dwie bryły lodu. W końcu przedarliśmy się z Rafałem przez sznur samochodów na strefę T1. Była 5 rano, kompletnie ciemno i tylko kilka nędznych halogenów podświetlało cały plac, na którym stało ponad 2000 rowerów. W przedstartowej krzątaninie, brodząc po kostki w błocie, próbowałem przygotować swój sprzęt. Największy problem miałem z doborem ciśnienia w oponach. Po pierwsze nie widziałem dokładnie wskazówki na ciśnieniomierzu, a po drugie nigdy nie ścigałem się w deszczu . Na domiar złego w każdym momencie mogło wyjść słońce i rozgrzać powietrze do ponad 40 stopni. Dlatego na wszelki wypadek, po namowach Łukasza i naszego wspólnego francuskiego znajomego Michaela Leuzona, tuż przed wejściem do wody spuściłem trochę powietrza. Robiąc to wszystko w wielkim pośpiechu nie byłem pewien, czy zakręciłem wentyle i pełen nerwów wszedłem do kompletnie obcego mi akwenu.

 

v2

fot. Maria Randolph

 

Jeśli kiedykolwiek narzekałem na stan wody podczas krajowych zawodów, to chciałbym teraz bardzo przeprosić. Sadzawka szumnie nosząca nazwę jeziora Las Vegas, kolorem przypominała kałużę na polnej drodze. Mętne coś w czym kazano nam pływać w Polsce nie przeszłoby podstawowych testów Sanepidu. Nareszcie zrozumiałem czemu organizatorzy MŚ Ironman 70.3 tak konsekwentnie powtarzali, że startujemy na swoją odpowiedzialność. Odetchnąłem z ulga kiedy zobaczyłem , że startujemy z wody, ale unoszenie się na niej w oczekiwaniu na dźwięk startera, bez pianki jest znacznie bardziej energochłonne. Tak jak tradycyjne odstresowujące oddawanie moczu. W końcu ruszyliśmy. Wyrwałem do przodu wiedząc, że na tym etapie muszę sobie wywalczyć trochę miejsca. Pływanie w swimskinie znacznie się różni od pływania w piance. O wiele bardziej liczy się technika, za to ręce mają więcej swobody i łatwiej można wykonać nimi dokładny ruch przy zachowaniu niskiej kadencji. Dość szybko stawka się rozciągnęła i czułem, że bez wielkiego wysiłku mogę utrzymać swoją pozycję. Jedyne co naprawdę dokuczało to zapach i smak wody, którą kilka razy się opiłem i zacząłem się obawiać czy nie zapłacę za tą przyjemność jakimiś dolegliwościami natury gastrycznej. Po 31 minutach dotarłem do brzegu. Miałem niskie tętno i zero objawów zmęczenia. A więc wszystko szło dokładnie z planem. No może poza tym lejącym deszczem, na który kompletnie nie byłem nastawiony. W strefie stało większość rowerów z mojej kategorii. To zawsze podnosi na duchu. Wiedziałem, że teraz dopiero zacznie się ściganie. 

 

dowbor vegas1

fot. Maria Randolph

 

Po wcześniejszych rozmowach z Waniewskim i kilku treningach na trasie wiedziałem, że muszę mocno pracować na zjazdach i rozsądne, techniczne wjeżdżać na wzniesienia. A tych nie brakowało – w sumie trasa miała 91 km długości i ok. 1000 metrów przewyższenia. Pierwsze kilometry to jazda po wąskiej dojazdówce do głównej drogi w parku Lake Mead. Przepychanie się przez tłum wolniejszych zawodniczek i zawodników ze starszych grup wiekowych w rzęsistym deszczu nie było zadaniem najłatwiejszym. W końcu wypadliśmy na główną i co najważniejsze, szeroką drogę stanowiącą podstawową arenę zmagań kolarskich. Tu przynajmniej wiedziałem czego się spodziewać, bo właśnie na tym odcinku trenowałem wcześniej. Tyle tylko, że mój zwizualizowany plan wyścigu zakładał szalone ataki na zjazdach, a na kompletnie mokrej trasie, ze strumieniami i kałużami, takie fajerwerki mogłyby się skończyć tragicznie. Dodam, że na treningach udawało mi się rozpędzać do prawie 80 km/h, więc żartów nie było. Jeszcze przed startem posłuchałem rady Łukasza i nie założyłem okularów na rower, bo jedyne szkła, które miałem były dostosowane do tropikalnych upałów. Szybko przekonałem się, że to nie był najlepszy pomysł. Krople deszczu przy większych prędkościach cięły po całym ciele i oczach jakby ktoś walił do mnie ze śrutówki. Nie zważając na niebezpieczeństwo jakoś udało mi się jedną ręką wyciągnąć okulary z tylnej kieszeni i wcisnąć je na nos. Co prawda widoczność za sprawą ciemnych i ciągle parujących szkieł była mocno ograniczona, ale alternatywą była jazda z kompletnie zamkniętymi oczami. Najgorzej było kiedy zbliżałem się do kolejnych wyprzedzanych zawodników, którym spod tylnych kół wylatywał długi na kilka metrów strumień wody. I to miało być to słoneczne Las Vegas?! Do tego „ograniczony” ruch samochodowy. Niby w sumie nie było większych zgrzytów, ale ze dwa razy miałem poważne wątpliwości czy jadący z naprzeciwka gigantyczny pickup uszanuje mój priorytet. Zagrożenie było całkiem realne. Jak bardzo? Oto przykład. Gdy w pewnym momencie garmin pokazał mi średnią pięciokilometrowego odcinka omal nie spadłem z roweru – 51 km/h.

 

To czego w ogóle się nie spodziewałem to drafting. O ile czołówka PRO jechała w miarę uczciwie, to czym dalej tym gorzej. Mniej więcej w połowie trasy tuż przed nawrotem dojechał mnie prawdziwy peleton cwaniaków, którzy nawet się specjalnie nie kryli ze swoimi zamiarami. Spojrzałem na nich wymownie i zawołałem tylko niecenzuralnie – „Guys, what the f… are you doing…” . Ale w odpowiedzi zobaczyłem tylko drwiąco-cyniczny uśmieszek jednego z nich. Przez krótką chwilę przez myśl przeszło mi, żeby się za nimi zaczepić, ale momentalnie się otrząsnąłem. Ok. Może będą szybciej, ale ja przynajmniej mogę spojrzeć w lustro i nie mieć żadnych ale…. Poza tym liczyłem, że za chwilę i tak ktoś ich dopadnie i minę tych cwaniaków odsiadujących swoje grzeszki w penalty zone. Niestety nic takiego nie nastąpiło. Było to o tyle wkurzające, że kolesie jechali tempem w moim zasięgu. Problemy z utrzymaniem dystansu miałem jedynie na odcinkach, na których drafting dawał wyraźną przewagę, czyli tych o mniejszym nachyleniu. Na podjazdach udawało mi się nawet lekko zmniejszać stratę. W końcu jednak straciłem ich z oczu. Trudno. 

 

dowbor vegas4

fot. Maria Randolph

 

Cały czas starałem się jechać konsekwentnie. Nie zważając od subiektywnych odczuć i pozornych potrzeb, regularnie piłem i jadłem wszystko co sobie przygotowałem. No może poza batonami, które pod wpływem deszczu przybrały bliżej nieokreślony kształt i konsystencję podobną do… Może jednak odpuszczę Wam ten opis i jedynie wspomnę, że były to batony czekoladowe. Niezależnie od warunków wykorzystywałem każdy zjazd do ułatwiania sobie podjazdów. Ta niezwykle interwałowa trasa mogła dać się we znaki, ale mniej więcej wiedziałem czego się spodziewać. Jedyną niewiadomą stanowił końcowy dojazd do T2, nieco ponad 10 km przez miasto. Nigdy wcześniej tędy nie jeździłem ze względu na spory ruch. Był to jedyny fragment trasy, o którym nie miałem pojęcia i którego nie poukładałem sobie w głowie. Wiedziałem jedynie, że końcówka miała być pod górę. Nie wiem czy to kwestia już mocno zmęczonych nóg, specyficznego, średnio nachylonego, długiego i monotonnego podjazdu, czy może właśnie brak świadomości, kiedy ta cholerna górka się skończy, ale ostatni podjazd był niekończącą się Golgotą. Chyba za wcześnie mentalnie nastawiłem się na koniec. Na tym końcowym odcinku zaczęła mi dramatycznie spadać średnia prędkość, co tylko dobiło moje spadające morale. Na szczęście w tym cierpieniu nie byłem osamotniony. Obok mnie podobne katusze przeżywali wszyscy, a obserwujący nas kibice dodawali otuchy, wrzeszcząc, że to już ostatnie metry pod górę, a już za zakrętem będzie z górki.

 

dwobor vegas2

fot. Maria Randolph

 

Trochę podniosło mnie to na duchu, chociaż ni cholery na profilu trasy nie mogłem sobie przypomnieć żadnego zjazdu przed metą. Niestety tym razem pamięć mnie nie zawiodła. Niemal do końca walczyliśmy z grawitacją. Kilkaset metrów przed T2 w końcu mogliśmy nacisnąć mocniej na pedały – pojawiło się trochę płaskiego. I właśnie w tym momencie o mały włos nie zakończyłem swojej zabawy w MŚ. Jakiś palant w pickupie (rzecz jasna), nie zważając na stojącą wszędzie dookoła policję i pachołki wyznaczające trasę wyścigu, postanowił z pobocza włączyć się do ruchu po przeciwnej stronie drogi i wykonać dynamiczny nawrót tuż przed dwoma zawodnikami jadącymi kilka metrów przede mną. Jakimś cudem na śliskiej nawierzchni udało im się wyhamować. Serce podeszło mi do gardła. W ostatniej chwili wyszedłem z pozycji aero i chwyciłem za klamki, ale i tak prawie wpadłem na chłopaków. Wszystko działo się przy ponad 40 km/h. Takie są uroki „ograniczonego” ruchu samochodowego. Nasze międzynarodowe towarzystwo synchronicznie wzbiło się na wyżyny swych lingwistycznych umiejętności, obrzucając pirata różnymi epitetami z „matką” w roli głównej. Pokląć sobie bezkarnie w doborowym towarzystwie…bezcenne.

 

Nie zdążyłem jeszcze dobrze ochłonąć po ostatnich wrażeniach, a już musiałem się przygotować do zmiany. Tym razem już (w przeciwieństwie do Berlina) nie było niespodzianek. Rower pokornie oddałem świetnie zorganizowanym wolontariuszom, którzy w międzyczasie przekazali mój numer startowy kolegom odpowiedzialnym za worki ze sprzętem na bieg. Zanim się zorientowałem już ktoś wcisnął mi w dłoń moje rzeczy, klepnął przyjaźnie w plecy i pokierował do namiotu-przebieralni. W takich warunkach zmiany trwają naprawdę oka mgnienie. Szkoda, że półmaraton nieco dłużej. Właśnie. Jeśli komuś dała w kość ulica Świętojańska w Gdyni, to w Vegas było tak cały czas… tylko trochę stromiej. Początek biegu mógł jeszcze nieco zamazywać rzeczywistość, bo przez dobre 1,5 km biegło się w dół. Ale później to już miazga. Ciągły podbieg przez pół pętli, później zbieg na palących czwórkach. Po drodze jeszcze ostry podbieg na koronę amfiteatru, który zabierał resztki sił (kto pamięta podbieg w Olsztynie, wie o czym mówię). I tak trzy razy. Kiedy moja grupa wiekowa wyszła na trasę półmaratonu po deszczu nie było już śladu. W dalszym ciągu konsekwentnie realizowałem swój plan. Wszystko robiłem zgodnie z założeniami. Nie zostawiłem sobie odrobiny miejsca na spontaniczność i ułańską fantazję. Ten sezon dobitnie mi pokazał, że szczególnie na długich dystansach nie ma miejsca na zrywy i przypadek. Twój wynik na poszczególnych etapach jak i na mecie jest wypadkową ciężkiej pracy na treningach i świadomości swoich możliwości. Jedyne niespodzianki w triathlonie, które sami możemy sobie sprawić, to niespodzianki negatywne. Jeżeli na treningach biegamy 3 zakres po 4.20 to nie ma szans, żeby na zawodach pobiec 3.50.

 

dowbor vegas5

fot. Maria Randolph

Ale do tego trzeba dorosnąć. Mi zajęło to prawie dwa sezony. Na szczęście tego dnia nic nie było mnie w stanie odciągnąć od planu. Na biegu koncepcja była banalna. Zaczynam lekko – zważywszy na górzysty profil trasy, temperaturę i trudy roweru nawet 5.00/km. W połowie jeśli będzie moc miałem przycisnąć. No i pić i jeść ile wlezie. Brałem wszystko co tylko było pod ręką – lód, gąbki, zimną colę, byle tylko schłodzić mój organizm – kolejne bezcenne rady Marcina Waniewskiego. Cóż ja bym bez Ciebie zrobił tego dnia chłopaku. Na pierwszej pętli wreszcie złapałem kontakt z moją rodziną. Wiedziałem, że Łukasz został daleko w tyle. To nie był jego dzień. Jak i wielu innych zawodników, w tym większości kolegów z Berlina, którzy w czerwcu byli ode mnie lepsi. Teraz jednak nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. W tych zawodach skupiony byłem tylko na sobie i na wszelkich próbach utrzymania w miarę płynnego tempa. Nie wiedziałem nawet jaki mam czas łączny. Zdawałem sobie jedynie sprawę z tego, że rower pojechałem lepiej niż zakładałem i byłem w okolicach 60 miejsca w kategorii. A więc nieźle.

W biegu tylko od czasu do czasu sprawdzałem średnie tempo. Mniej więcej w połowie wiedziałem, że co prawda kryzysu nie ma, ale szans na jakieś objawienie i magiczne przyspieszenie też nie. Mając w pamięci moje mini potyczki w Gdyni i ich tragiczne w skutkach konsekwencje, musiałem emocje mocno trzymać na wodzy. To była niekończąca się lekcja pokory. Ciężko mi było znieść upokorzenia w postaci kolejnych zawodników wyprzedających mnie z zaskakującą lekkością. Żeby nadać większej pikanterii rywalizacji, organizatorzy zastosowali bardzo prosty i skuteczny sposób określania kto startuje w jakiej kategorii wiekowej. Każdy miał na lewej łydce wypisany wiek. Mniej więcej po 20 łydkach z mojej grupy, które mnie wyprzedziły, przestałem liczyć, który jestem. Żeby zabić monotonię katorżniczego biegu, zgadywałem wiek kolejnych zawodników. Było to nieco frustrujące. Zdarzali się Panowie w wieku mojego ojca o aparycji i muskulaturze prężnych 30latków, bywały Panie mikroskopijnego wzrostu z wyraźnie zarysowanym każdym włóknem mięśni. Jakoś znosiłem to z godnością. Do czasu. W pewnym momencie, na ostatnim już podbiegu, kiedy przeżywałem poważny kryzys i opuszczały mnie resztki sił, moim oczom ukazała się łydka o diabelskiej kombinacji cyfr nawiązującej do najsłynniejszej drogi w USA, znajdującej się nomen omen całkiem niedaleko od Vegas. Przez chwilę miałem nadzieję, że to tylko omamy wywołane zmęczeniem. Przerażony i zrezygnowany przetarłem oczy. Niestety wzrok mnie nie zawiódł. Na łydce jak byk widniała liczba 66. To znaczy już właściwie nie widniała, bo jej właściciel pomknął rączo do przodu i napis przestał być czytelny. W realizacji celu człowiek jest przygotowany na różne poświęcenia, ale każdy ma swoją granicę. Byłem gotowy znieść wiele, ale nie to. Spiąłem się w sobie, zwarłem pośladki i … Nic. Poczułem tylko jak zaczyna mnie łapać kurcz wszystkiego. Odprowadziłem starszego Pana wzrokiem i zaciskając zęby zmusiłem się do pokonania ostatnich kilometrów.

 

dowbor vegas8

fot. Maria Randolph

 

Tu muszę podziękować amerykańskiej Polonii i innym rodakom, którzy niezwykle żywiołowo nas wspierali. Doliczyłem się przynajmniej 5 niezależnych ognisk polskości na trasie, nie licząc naszych rodzin. Kiedy oczom mym wreszcie ukazała się meta, akurat kolejna łydka z mojej kategorii postanowiła mnie wyprzedzić. Przypomniała mi się Gdynia i zielony dywan na finiszu, na którym straciłem z 5 miejsc, bo nie miałem siły na sprinterskie pojedynki w końcówce. Tym razem postanowiłem obronić tą symboliczną pozycję, jakby to miało jakieś kolosalne znaczenie czy będę 106 czy 107. Tak dla zasady wymieniłem przyjacielskie spojrzenia z doganiającym mnie konkurentem, po czym rzuciłem się do ucieczki. Po drodze moja Aśka zdążyła podać mi biało-czerwoną flagę. Chciała też podać naszą córkę, ale widząc jaki jestem umęczony, w trosce o bezpieczeństwo dziecka, szybko wycofała się z tego pomysłu. I dobrze. Bo na mecie byłem wycieńczony. Ale nie zniszczony. Za to przeszczęśliwy. Właśnie o to chodziło. Dać z siebie wszystko, ale nie umierać na trasie. Gigantyczny medal finiszera, najpiękniejszy jaki dotychczas otrzymałem dopełnił satysfakcji. Tego nikt mi nie odbierze. Ukończyłem połówkę IM na MŚ, na najbardziej wymagających zawodach z całego cyklu. Marzenia się spełniają. Kiedy emocje nieco opadły, a na mecie pojawiali się kolejni zawodnicy, w tym Łukasz, Rafał, pozostali Polacy, zaczęło do mnie docierać, że chyba nieźle mi poszło. A czas 5.00.23 był naprawdę całkiem zacny. Miejsce w górnej połówce kategorii i ćwiartce generalki w tak mocno obsadzonych zawodach to także więcej niż oczekiwałem.

 

dowbor vegas9

fot. Maria Randolph

Już godzinę po zawodach ból zniknął, o dziwo nie byłem aż tak tragicznie zmęczony. Dokuczało mi tylko potworne pragnienie i przegrzanie. Na biegu słońce prażyło niemiłosiernie, a na dodatek po deszczu zrobiło się dość parno. Wreszcie zasłużyłem na wielkiego hamburgera, z podwójnymi frytkami i wielkim piwem. Dla mnie sezon nareszcie się skończył. Był potwornie długi. 9 niezłych startów ukoronowanych występem na Mistrzostwach Świata w Las Vegas to dużo więcej niż mogłem sobie wymarzyć jeszcze na wiosnę. Te ostatnie zawody stały się także świetnym motywatorem na przyszły rok. Wiem ile potrafię i jak wiele jeszcze mi brakuje, żeby móc rywalizować na wysokim poziomie w grupach wiekowych. U mnie 70% braków to bieg i przede wszystkim na tym muszę się skupić zimą. Bo jak mnie jeszcze raz upokorzy 30 lat starszy Pan to mogę tego nie dźwignąć. Chociaż z drugiej strony to tylko uświadamia mi, że kariera triathlonisty nie ma ograniczeń wiekowych.

12 KOMENTARZE

  1. Raz jeszcze gratulacje panie Maćku !
    Za rok w Mont-Tremblant, Quebec, będzie dużo szybciej i wyżej w tabelce. Przepiękne miasteczko i czysciutka woda .
    Pełny IM (w tym samym miejscu) już po dwuch edycjach zdobył sobie miano najlepiej zorganizowanego IM w Ameryce .
    Tylko 3000(trzy tysiące) wolontariuszy.
    F-16 nad głowami przed startem i fajerwerki przed startem każdej fali, jak również po finiszu ostatniego zawodnika .
    @Euel, Jakub M
    Ed Whitlock kilka lat temu zaliczony został przez magazyn Runner’s World do siedmiu cudów biegania obok takich legend jak: E Zatopek, J Owens czy Bikila Abebe.
    Miałem przyjemnosć spotkac Eda kilka razy. Na jednych zawodach Ed 70 latek pobiegł 10km w 36min a ja, wtedy 40 latek 5km w zaledwie 19min .:-)
    Bardzo wysoki i niesamowicie chudy.
    Wygląda dosłownie jak szkielet obciągnięty skórą .:-)
    Podobno, kosci się nie męczą, mięsnie tak. :-)))

  2. Maciek – super: podejscie (nawet jesli zajelo Ci troche dojscie do tego punktu 😉 ), wynik i artykul. Naprawde inspiruja mnie Twoje relacje i zmagania – za to wielkie dzieki.

    Pozdrawiam
    Kamil

  3. Dopisze jedną uwagę z mojej strony. Ten sezon nauczył mnie, ze porównywanie siebie do innych (starszych czy mlodszych) nie ma większego sensu. Jest tyle zmiennych, które mają wpływ na dyspozycję, że wyniki mogą różnić się o kilkadziesiąt minut na 1/2IM. Najlepszy przykład to nasz ojciec Dyrektor. Wystarczy spojrzeć na wynik z Norwegii i LV.
    Powiedzial mi Jacek Gardener, że sztuką jest utrzymać równy poziom w sezonie, a idealnie przez kilka lat.
    Nie ulega jednak wątpliwości, że wynik tego gentlemana w wieku 66 lat zasługuje na wielkie uznanie.

  4. Gratulacje za Sezon, bo był przez duże „S”, jedyne ale to więcej pokory wobec Seniorów;
    rekord świata w kategorii M65-69 na 200 dowolnym na długim basenie – LANDIS Tom USA 02:18.53 15-08-2008 Nov 2008 a rekord świata w maratonie 69 letnich panów – 2:52:50 Ed Whitlock (CAN).
    Niech żyje starooość!

  5. Gratulacje!!! Świetny wynik i jak zwykle bardzo fajna relacja.

    Warunki, jako żywo, przypominają mi Poznań – łącznie z jakością wody, poziomo chłoszczącym deszczem na rowerze i łaźnią parową na biegu. Poznań polskim Las Vegas? 😉

    Niedawno, w oparciu o teksty na blogu Alana Couzens’a, obliczyłem, że trenując mniej więcej tak, jak obecnie poziom umożliwiający klasyfikację do IM KONA osiągnąłbym w wieku emerytalnym, czyli za dwadzieściaparę lat. Może ten pan z „66” na łydce właśnie go osiągnął? Czyli – da się 🙂

  6. jeszcze raz gratulacje i powodzenia dalej. Jeśli chodzi o ” starsza łydkę” to wiem coś o tym, podobnie miałem w Radkowie, ale jakimś cudem wykrzesałem z siebie ostatki sił i przed metą ją wyprzedziłem 😉 Nie mniej jednak daje to do myślenia i zagrzewa do dalszej pracy, budzi podziw i nadzieję, że można się w to „bawić” jeszcze przez wiele lat.
    Tak czy inaczej wielu z nas chciałoby się znaleźć na MŚ nawet jeśli miąłoby się być wyprzedzonym przez taką „łydkę” 🙂

  7. Bardzo dobra koncepcja z podejściem do tego co powiedzą inni. Zawsze znajdzie się jakiś zawistny malkontent. Piękna przygoda uwięczająca litry przelanego potu! Gratulacje!!! Dla mnie osobiście inny z wątków felietonu bardzo istotny – po sześćdziesiątce jeszcze można…. :-)))

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here