Nogi z waty. Głowa chce, a nogi nie. I co robić?

1
15

To już dziś. Zawody na 1/8 Ironmana. Dystans niewielki: 475 m w wodzie, 22,5 km na rowerze i 5,25 km biegu. Co tam, trzy lata temu ukończyłem ¼ Ironmana. Co prawda był to bieg amatorski, a ja pedałowałem na rowerze górskim, ale udało się. Od tego momentu trochę czasu minęło. Po drodze doszło obowiązków, kolejne dziecko i więcej pracy. Na treningi było go mniej. Bieganie – od przypadku, do przypadku – głównie wieczorami, jak małe towarzystwo szło spać. Rower tylko w drodze do pracy. Dobrze przynajmniej, że mam do niej 10 km. Basen – z doskoku, ostatnio przed nocnym dyżurem. I tak dzień za dniem. Bez wczuwania się w plan treningów, opiekę trenerską, dietę, jedzenie tego, co pod ręką. …kurczę, mogłem się lepiej przygotować.

 

Dzień zaczął się dosyć wcześnie. Pobudka o 6:30, prysznic i pakowanie pozostałych rzeczy. Rower czekał na mnie już w strefie zmian. Dzień wcześniej pojechałem do Nieporętu na linię startu z dziećmi, by pokazać im, jak to wszystko wygląda. Klara, moja czteroletnia księżniczka, była zachwycona. W pewnym momencie zapytała:

– Czy ja też będę mogła startować w zawodach?

– Tak – odpowiedziałem. – Tylko najpierw musisz trochę potrenować.

Maksymilian, najprawdopodobniej z racji wieku (ma dwa lata), interesował się tylko barierkami i balonami, które dekorowały miasteczko zawodów. Tego dnia obiecałem Klarci, że przywiozę jej medal. W Nieporęcie byłem chwilę po ósmej. Zaraz zamykali drogę dojazdową. Na spokojnie udałem się do strefy zmian i zacząłem się przygotowywać. Wcześniej zjadłem kilka batonów i żeli, a rano, po drodze była kanapka z jajkiem. Nawodniłem się i czekałem na swoją kolej. Start był zaplanowany na 11:30. Pierwsi ruszyli zawodnicy na dystansie ½, a godzinę później ¼ Ironmana.

 

WojciechBalkowski4

 

Kilka minut po jedenastej byłem już w wodzie. Na brzegu rozciąganie i mała rozgrzewka. Woda dosyć zimna, ale po przepłynięciu kilku metrów ciało szybko dochodziło do odpowiedniej temperatury. Kwadrans przed startem wszystkich poproszono o odchipowanie się i ustawienie w kierunku zejścia do wody. Fajnie było patrzeć na te radosne twarze. Na tym dystansie ludzie się jeszcze do siebie uśmiechają. Traktują to jako zabawę. Prawdziwa rywalizacja zaczyna się na dłuższych dystansach. Kobiety, mężczyźni, niscy, wysocy, dobrze zbudowani lub niekoniecznie –wszyscy spragnieni adrenaliny. Ruszyliśmy w stronę wody. Do startu zostało siedem minut. To było siedem minut stania w zimnej wodzie. I się zaczęło… kurcze!

 

Miałem dylemat, nie wiedziałem, czy płynąć na końcu, czy też pchać się na początek. Start. Wybrałem środek i parę razy dostałem z łokcia i stopy. Mimo to po kilku metrach znalazłem trochę więcej przestrzeni, by ułożyć się w wodzie i złapać rytm i kierunek. Płynąłem na pierwszą bojkę. Wszystko było O.K. Skręt za bojką i… kurcze, no! Po przepłynięciu jakichś 300 metrów nagle poczułem, że tracę tlen. Duszę się. Nie mam powietrza w płucach. Wrażenie było straszne – nigdy wcześniej tak nie miałem. W wodzie czuję się świetnie, to moja ulubiona część, a tu taki zonk. Zacząłem trochę panikować. Dookoła zawodnicy, fale, ja dryfujący w wodzie, a tu… kurcze.

 

„Muszę uregulować oddech, uspokoić organizm”, powtarzałem sobie w myślach. Zacząłem pomału płynąć, najpierw żabką, potem na plecach i tak na zmianę. Nie umiałem się uspokoić. Słabo. Wiedziałem, że jeśli teraz się poddam, to nie ukończę zawodów, nie przywiozę mojej córce medalu, na który czeka. „Nie zrobię jej tego i nie zrobię tego sobie. Samo też się nie zrobi. Muszę odpuścić wodę i spokojnie dopłynąć”, dopingowałem się i szukałem gorączkowo jakiegoś rozwiązania. Ułożyłem nogi do żabki i ruszyłem w stronę lądu. Po wyjściu z wody wiedziałem już, co się dzieje z moim organizmem. Wiedziałem, na co muszę uważać, jeśli chcę dobiec do mety. Znałem mojego wroga – kurczę.

 

W punkcie zmian byłem kilka sekund później. Po drodze zdjąłem już czepek, okularki i do połowy piankę. Z drugą połową było gorzej. Mokra i obcisła nie chciała się zsunąć z nóg, a mi brakowało sił. Napinałem mięśnie i, kurczę, nie szło mi. Musiałem usiąść i metodą „na raty”, pomału zrzucałem ją z siebie. Strój na rower miałem już na sobie. Pożyczył mi go kolega z pracy. Marku, dziękuję za gatki! Marek Kacprzak to dla mnie fenomen. W ciągu trzech, może czterech lat, nauczył się facet pływać, wcześniej tylko biegał i trochę jeździł na rowerze. Niedawno w imponującym czasie ukończył pełen dystans Ironmana: 3,86 km pływanie, 180,2 km rower i 42,195 km bieg. Szacun. Zwłaszcza, że za triathlon wziął się, no, powiedzmy, że przed czterdziestką.  

 

WojciechBalkowski5

 

Ruszyłem na trasę rowerową. Początek kiepski, bo jechaliśmy po jakiejś kostce, strasznie telepało. Dobrze, że za radą Marka wcześniej ustawiłem sobie najmniejsze obciążenie. Jeszcze kilka łyków wody, żel i w drogę. Po wyjściu z zakrętu zrobiło się przyjemnie. Trasa przez las na gładkim asfalcie może być przyjemna, nawet po takim wysiłku. Złapałem odpowiedni rytm i prędkość. Było cudownie. Zwłaszcza, jak co jakiś czas wyprzedzałem zawodników, którzy mnie przegonili w wodzie. Pierwsza piątka minęła spokojnie, musiałem się trochę zregenerować po ostatniej walce, uspokoić emocje i wyrównać oddech. Wiedziałem, że nie mogę przesadzać. To moje pierwsze zawody po tak długiej przerwie. W myślach tłumaczyłem sobie, że nie jadę na wynik, tylko na ukończenie. Taki też był plan. Spokojnie, krok po kroku wszystko przejść. Skupić się więcej na technicznych sprawach niż na samym wyniku. Nie to jest najważniejsze, nie teraz, to nie ten czas. Pierwsza dycha, punkt z izo i dalej heja!

 

Po wyjściu z zakrętu i wyprzedzeniu jeszcze kilku zawodników… kurcze. Znów to samo. Co mnie podkusiło, by przycisnąć. Zrzucam na niższy bieg, chwila odpoczynku. Nie zsiadam jednak z roweru. Nie ma mowy. Wiem, że jak zejdę, to już nie wejdę. Po kilku minutach znów nabieram tempa. Cały czas czuję nadwyrężone łydki i stopy. Nie odpuszczam. Zbliżam się do dwudziestego kilometra. Nie jest źle. Na trasie ludzie dopingują, czuć zapach pieczonej kiełbaski, a z dala słychać, jak szczekają psy. Pogoda jest idealna. Momentami tylko zawieje trochę, najważniejsze, że nie ma upału. Wciągam ostatni żel, popijam wodą i… kurczę. To już ostatnia prosta, dam radę. Dociskam i rura. Przed metą znów te kocie łby, trzęsie co niemiara, z tym jednak zastrzeżeniem, że teraz, po dwudziestu kilometrach na siodle jeszcze bardzie jest to odczuwalne. No nic, to tylko kilka metrów.

 

W końcu widzę punkt zmian. Schodzę z roweru i wbiegam z nim do strefy. Tu szybka piłka, zostawiam rower, kask i już jestem gotów do biegu. Nie dorobiłem się jeszcze butów na rower, więc jechałem w takich do biegania. Dzięki temu teraz w strefie zmian byłem bardzo krótko. Zaczyna się ostatni etap. Bieg. Nogi z waty. Głowa chce, a nogi nie. I co robić? Teraz już nic, tylko dobiec, doczłapać do mety. Trzeba było wcześniej myśleć, więcej trenować, pomyśleć od czasu do czasu o sobie i o swoich potrzebach. Nie tylko obowiązki, praca i dom. Człowiek jest na co dzień zabiegany. Wszystko robi dla innych, a to jest zgubne, bo w ten sposób zatraca siebie. Potem pojawia się frustracja i rezygnacja z życia… a to nie jest zdrowe. Zawsze powtarzam, że jeśli chce się innych uszczęśliwiać, najpierw samemu trzeba być szczęśliwym. Wtedy tym szczęściem można dzielić się z bliskimi.

 

Pierwszy kilometr za mną. Wiem, że jeśli chcę dobiec, to nie mogę przyśpieszać. Musze uważać na mojego wroga – kurczę. Przecież ja się nie ścigam z innymi, tylko z samym sobą. To walka z moimi słabościami. Triathlon, to samo życie. Na dłuższych dystansach jest czas, by o wielu sprawach pomyśleć. Mówię sobie, że będę spokojny tak do trzeciego kilometra, potem trochę przyśpieszę. W takich chwilach doping ludzi postronnych jest wielkim wsparciem. „Brawo! Dasz radę! Jesteś wielki!”. To słowa, które mają moc. Potrafią motywować. Ostatni kilometr. W głowie powtarzam sobie, że jestem zwycięzcą. „Biegniesz – jesteś zwycięzca. Stoisz – jesteś zwycięzcą. Kochasz – jesteś zwycięzcą. Upadasz – jesteś zwycięzcą. Wbiegasz na metę i na ostatnich metrach wyprzedzasz jeszcze innego zawodnika – jesteś zwycięzcą”.

Już na mecie. Kurczę, udało się. Mam medal. I, co najważniejsze, pokonałem mojego największego wroga, który towarzyszył mi przez całe zawody: (s)kurcz łydki i (s)kurcz stopy…

…kurcze, były cały czas.

 

Wojciech Bałkowski 

Dziennikarz Telewizji Polsat 

 

3253547


1 KOMENTARZ

  1. Prawdziwa opowiesc:) Uwagi. Pierwsza. Na kazdym dystansie ludzie sie do siebie usmiechaja przed startem:) Nawet jak rywalizuja. Druga. Zawsze „podziwiam” amatorow, ktorzy przed krotkim dystansem pochlaniaja produkty o kalorycznosci wystarczajacej przynajmniej na polowke IMa:) Trzecia. Kurcze byly bo checi wielkie a przygotowanie niedostateczne. Uczymy sie cale zycie:))))

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here