„Wkręcona” Ambasadorka

8
3

Triathlon – to słowo wypowiadam co najmniej kilkanaście razy w ciągu dnia. I sama w to nie wierze, że tak bardzo „wkręciłam“ się w ten sport. Zanim zostałam Ambasadorką Herbalife słyszałam od kolegów jak to wciąga i widziałam na własne oczy jak trenują, jak zmienia się ich podejście do sportu, do swojego ciała, do sposobu odżywiania, jaką mają dyscyplinę, jak walczą ze swoimi słabościami i z jaką pasją to wszystko wykonują. Nie sądziłam, że i mnie się to przydarzy. Nie będę oryginalna ale napiszę, że teraz dokładnie ich rozumiem.

 

Propozycję ambasadorowania otrzymałam już w listopadzie. Na podjęcie decyzji potrzebowałam minutę. Wiedziałam co mnie czeka, śledziłam poczynania byłych Ambasadorów i w duchu myślałam, że sama również chciałabym się z tym zmierzyć. Kilka dni później wyjechałam do Sopotu, aby tam pobiegać i sprawdzić swoją formę. Skończyło się na zadyszce po trzech kilometrach oraz przeciążeniu kolana, co wykluczyło mnie z biegu na 6 tygodni. Zamiast biegu chodziłam na basen i kręciłam na rowerze w siłowni. Zawsze pływałam rekreacyjnie, ale nigdy nie przepłynęłam więcej niż 1500 metrów mimo, że pływałam od dziecka, a po drugiej stronie ulicy, na której mieszkałam znajdował się basen. Rower na siłowni cholernie mnie nudził, myślałam, że podczas treningu z nim właśnie będę miała najwięcej problemów. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak można pedałować przez trzy godziny, o czym wtedy myśleć i jak znaleźć na to czas.

Ale ponieważ lubię sportowe wyzwania i lubię stawiać sobie w życiu jakieś cele postanowiłam spróbować. Od trzech lat jestem zapracowaną mamą. Na sport było niewiele czasu, w ogóle dla siebie było mało czasu. Bardzo spodobała mi się idea „Roku Kobiet“ w triathlonie. Dlatego pomyślałam – tak! Ten rok będzie mój! Chcę zrobić coś dla siebie ale też pokazać innym, że można znaleźć czas na sport jeśli się tylko chce i oczywiście lubi. Czas treningu to mój czas, tylko mój i mam z tego wielką frajdę.
Treningi zmieniają moje życie, rytm dnia, moje samopoczucie, ciało, zdrowie. Od listopada ani razu nie zachorowałam na grypę, choć zawsze łapałam z łatwością wszelkie infekcje. Zaczęłam uważać na to co jem i co je moja rodzina. Każdego dnia pokonuje swoje dystanse, zapisuje wyniki, ustanawiam nowe rekordy. Dziś mogę pobiec 12 kilometrów, przepłynąć 2.3 km oraz przejechać na rowerze 55 km, co jeszcze cztery miesiące temu wydawało mi się nierealne. Poziom endorfin jest tak uzależniający, że dzień bez treningu powoduje u mnie wyrzuty sumienia oraz poczucie straty.

 

{gallery}karolina_gorczyca{/gallery}

Kilka dni temu wróciliśmy z obozu na Majorce, gdzie tak naprawdę zaczęły się długie i ciężkie treningi, które mnie osobiście tylko zmobilizowały do pracy. Chociaż przyznam szczerze, że podczas tego obozu pierwszy raz tak mocno uświadomiłam sobie na co się zgodziłam. Widziałam tych wszystkich triathlonowych zapaleńców, pokonujących na rowerze 170km, czy pływających z łatwością po 3-4 km o 6 rano i myślałam, czy to jest dla mnie osiągalne? Ale potem przypominałam sobie moją zadyszkę po 3km biegu w Sopocie oraz z trudem przejechane 10km na rowerze w siłowni i powtarzałam sobie, że to jest realne, jeśli uczciwie do tego podejdę. Tu nie da się nic oszukać, tu liczy się tylko praca i wysiłek, który w to włożę. Nikt za mnie tego nie zrobi, nikt niczego nie załatwi. Mam tylko siebie i swoje ciało. Oczywiście sztab profesjonalnych ludzi wokół, Piotra Nettera – trenera, sprzęt, suplementy, dietetyka, ale bez własnej pracy nic to nie da. I kiedy porównuję sobie moje wyniki i dystanse, które z każdym dniem są coraz lepsze, to mam ochotę krzyknąć z radości, chodzę z podniesioną głową i mam uśmiech na twarzy.

Zakochałam się w rowerze. Bardzo brakuje mi majorkowych wypraw w grupie. Ludzi, których tam poznałam. Zawsze wydawało mi się, że ćwiczenie w grupie nie jest dla mnie, nie potrafiłam dostosować się do tempa grupy, teraz tęsknię za tym. Odkryłam, że oprócz treningu jest jeszcze fajnie spędzony czas z ludźmi. Żeby uprawiać sport trzeba mieć z tego radość, inaczej sobie tego nie wyobrażam. Ja na razie mam. Zastanawiam się tylko, czy i kiedy przyjdzie zwątpienie albo załamanie. Na razie mam pełen entuzjazm. Czasem pojawia się strach, czy nie porywam się z motyką na słońce, ale myślę o dniu następnym, nie wybiegam do 10 sierpnia. Cieszę się, że zaproponowano mi tę przygodę. Pozdrawiam wszystkich, których miałam przyjemność do tej pory poznać, ekipę z Majorki, Piotra Nettera.

 

Trzymajcie kciuki!

8 KOMENTARZE

  1. Prawie minęłyśmy się na Majorce…Karolino, gratuluję i podjęcia decyzji i kolejnych rekordów i umiejętności motywowania innych niezdecydowanych.

  2. Tekst motywujący! Trzeba się w końcu brać do pracy:)))
    A to zdjęcie w wyskoku z kroplami wody odrywającymi się od buta i lecącymi do góry fantastyczne – nie wiem jak bym się musiał w sobie spiąć, żeby tak wysoko i tak pięknie skoczyć:) W moim przypadku taka pozycja „w powietrzu” możliwa tylko do osiągnięcia przy nabiciu na pal… ale wtedy raczej nie miałbym takiego szczerego uśmiechu;)))

  3. Brawo Karolina! Dzięki za ten motywujący i szczery tekst. Mam nadzieję, że za rok znów zobaczymy się na jakimś obozie i ktoś inny będzie miał takie refleksje, patrząc na Ciebie o 6 rano na basenie 🙂 gratulacje! I czekamy na kolejny tekst za jakiś czas. Swietnie sie Ciebie czyta.

  4. Bardzo motywujący artykuł! Ty zaczynasz być inspiracją dla innych trenujących. Gratuluje świetnych wyników, nomen omen słyszałem z innych źródeł, że rekord na rowerze już został pobity! Triathlon to ludzie i zabawa i tak 3maj! Jeszcze raz Gratuluje! 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here