Zakon Triathlonariuszy zdobywa Majorkę!

4
14
Rafał Nowakowski

Setki przejechanych, przebiegniętych i przepłyniętych kilometrów za nami – półmetek obozu na Majorce. Dziś znaczna część uczestników wyjechała do domu i zrobiło się jakoś pusto. Została tylko garstka zapaleńców i tych, którzy mogli pozwolić sobie na dwa tygodnie luzu w środku roboczego sezonu, tuż przed świętami. A pogoda zrobiła się właśnie jak marzenie – słońce, czyste niebo i prawdziwy hiszpański upał. Tydzień wystarczył żeby zawrzeć nowe znajomości, poznać kolejnych „wariatów”, którym na stare lata odbiło i zaczęli bawić się w triathlon zamiast wbić się w ciepłe papucie, zapełnić lodówkę jakimś beer, a z szafki wyciągać co jakiś czas paczę chipsów albo innych ciastek. Po raz kolejny obóz na Majorce pokazuje, że siłą w tym sporcie amatorów są LUDZIE. To oni tworzą atmosferę, nadają na tych samych falach, wiedzą, albo właśnie przekonują się, ile radości w życiu dostarcza sport. Dziś mój felieton będzie wyjątkowy, bo mniej będę pisał od siebie, a chciałbym oddać głos dwojgu ludziom, których wpisy i refleksje bardzo mnie ujęły: Agnieszka Sikora-Paw i Marek Strześniewski. Ambasadorka Herbalife Triathlon Gdynia i bloger Akademii Triathlonu. Przez ten tydzień widziałem jak u Agnieszki zmienia się podejście do triathlonu. Dojrzewała do tego sportu szybciej niż niejeden z nas – „frików”, którzy od lat walczą o sloty na Hawaje, Las Vegas i inne mistrzostwa; którzy jak członkowie Zakonu, o czym żartobliwie pisze Marek, stosują od lat żelazne reguły mające doprowadzić ich do upragnionego celu. Na swoim profilu FB „Mój pierwszy triathlon” Agnieszka napisała m.in. tak:

„Praca, praca i jeszcze raz praca. To mogę powiedzieć w czwartym dniu na Majorce. Łatwo jest patrzeć na idealnie zbudowanych sportowców, pływających jak marzenie, biegających tak szybko, że aż nie do pomyślenia, nie wspominając już o rowerze i tym, w jaki sposób pokonują tak szybko kilometry…

Łatwo…

Trudniej jest przełknąć swoje braki, polubić cierpliwość i wierzyć, że może i my mamy szansę zbliżyć się do owego obrazka sportowca zawodowca. Ja wierzę, a przynajmiej tak sobie wmawiam i ćwiczę cierpliwość – coś, co zawsze było mi trochę obce. Jednak czuję, że w Triathlonie pokora i cierpliwość w połączeniu z odpowiednim treningiem i pracą, pracą, pracą może zdziałać cuda.”

{gallery}Majorka_Aga{/gallery}

I jeszcze jeden fragment, innego już wpisu:

„Mobilizacja…tydzień spędzony w towarzystwie TRImaniaków zaprocentował ambitnym przyłożeniem się do treningów z zacięciem. Marzenie – zabawne jest to, że triathlon i marzenie, to nie tylko moje połączenie. Na obozie od razu udało się zauważyć, że każdy ma jakieś marzenia związane z triathlonem. Owczywiście nie brakowało marzeń o Hawajach i starcie w najważniejszych zawodach na świecie, ale były też marzenia o „połówce”, „ćwiartce”, przy czym nikt „nie mroził tych marzeń w lodówce”, a pływał w basenie, jeździł na rowerze i biegał na miarę swojego postanowienia. Dla mnie ta obserwacja jest piękna. Pokazuje, że chcieć, to móc, a życie nieba nam uchyla, aby nam się udało.”


Przynam się, że w ostatnim czasie to jedne z piękniejszych słów na temat triathlonu i sportu w ogóle, jakie przeczytałem u „triathlonowego żółtodzioba”. Gdybym miał w sobie tyle pokory i dojrzałości, kiedy zaczynałem bawić się w ten sport, już dawno pisałbym relację z Hawajów. Dzięki Aga za świetną motywację. Kolejnym „frikiem” jest nasz bloger Marek Strześniewski…pewnie mógłby być moim tatą, ale młodości w nim tyle, co u niejednego 30-latka. Również dziękuje za motywację i celne spostrzeżenia, które czasami doprowadzały mnie do szczerego śmiechu. Pozwolę sobie zamieści cały Twój wpis z bloga. Jest doskonały!

 

Marek Strześniewski:

DSC00378xyW życiu nie ma nagrody ani kary – są jedynie konsekwencje podjętych decyzji. W ubiegłym roku, w stanie lekkiego odurzenia adrenaliną po ukończeniu zawodów na dystansie 1/2 IM postanowiłem, że nadszedł czas na pełny dystans. Cel – Kopenhaga 2014. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że każdego może ponieść fantazja.
 
Konsekwencją tej (niedojrzałej, pochopnej, przedwczesnej, lekkomyślnej – nic nie wykreślać) decyzji była decyzja kolejna – o wyjeździe na obóz na Majorkę. Próbowałem jakoś rozłożyć odpowiedzialność i zaprosiłem żonę – sprawdziła średnie temperatury i….. podziękowała. Zostałem sam. Obawiałem się śniegu w kwietniu w Polsce, a tymczasem pogoda w Warszawie jest ładniejsza niż tu. Morska bryza z hiszpańskim wdziękiem i nonszalancją bębni deszczem o moje szyby i dzięki temu mam chwilę na refleksję.
 
Już na Okęciu można było rozpoznać uczestników krucjaty – tajemniczych rycerzy zakonu Triathlonariuszy. Ponadnormatywnie szczupłe sylwetki (reguła zakonu wymaga przestrzegania diety), krótkie fryzury na wzór amerykańskich marines oraz odpowiedni strój. Przynajmniej jeden z jego elementów musi być przyozdobiony charakterystycznym „M” z kropką. Nieodzowny jest bidon z wodą lub napojem izotonicznym – krucjaty często prowadzi się w warunkach pustynnych, a odwodnienie może przyjść znienacka jak Saracen, w najmniej oczekiwanym momencie.
 
W Berlinie czekały na nas kolejne zastępy Triathlonariuszy rytu niemieckiego oraz gromada bractwa pośledniejszego gatunku – Roweriuszy. Tych rozpoznać można było po przytroczonych do juków kaskach bojowych. Wszyscy w drodze na wiosenną krucjatę na Majorce.
 
Prawdziwe celebrowanie reguł i obrzędów zakonu rozpoczęło się na miejscu. Pierwszym objawem było gorączkowe ustalanie porządku nadchodzących dni. Najpierw pływanie, czy może bieganie? A jeśli rower to z trenerem polskim czy niemieckim. Bo jeśli niemiecki – to która grupa? – jest ich chyba z pół tuzina? A Niemcy trwogi nie znają – czy deszcz, czy wiatr punkt 11-ta dosiadają swoich karbonowych rumaków i ruszają na zwiady. Strach czy im się pola dotrzyma.
 
Niektórzy zdecydowali się rozpoczynać swój dzień mocno przed 6-tą rano pływając w nieoświetlonym basenie. Wiem, bo o pierwszej w nocy obudził mnie trudno identyfikowalny chlupot i bulgotanie. Przez sen wydawało mi się, że stado morsów dokonuje nieoczekiwanej inwazji. Potem usłyszałem ostre komendy w języku niemieckim i omal nie doświadczyłem syndromu Protasiewicza.
 
Jeśli ktoś zdecydował się rozpocząć dzień biegiem, to obowiązkowym elementem stroju są podkolanówki. Specjalne. Takie, co to wzmacniają, wspomagają i ułatwiają. Bez nich biegnie się około 10% wolniej i wygląda jak ciura obozowa, a nie prawdziwy Triathlonariusz po chrzcie bojowym. Bo niestety, są też przypadki podszywania się, które na szczęście wytrawni i zaprawieni w wielu bojach mocarze szybko wyłapują. Dekonspirują ich odpowiedzi na proste pytania. O najlepszy czas z ubiegłego sezonu, o ostatni ukończony pełny dystans lub życiówkę w maratonie. Nie jest trudno oddzielić żelazną gwardię od młokosów i uzurpatorów. Jedynym wyjściem w takim przypadku jest szukanie ratunku w opowieściach o przewlekłych kontuzjach, rozlicznych i długich delegacjach i kataklizmach rodzinnych.
 
Kwintesencją życia rycerskiego i prawdziwym sprawdzianem jest obiado-kolacja. Obowiązują oczywiście stroje wieczorowe. Koszulki z zawodów, które się ukończyło. Lub te zakupione w sklepach internetowych. Z odpowiednimi napisami. Luźne i luzackie bluzy o trudnym do określenia kolorze – świadczą o poziomie wtajemniczenia i latach spędzonych na zlotach, turniejach i krucjatach. Dobrze jest przynieść ze sobą coś na kształ relikwi, co wzbogaci posiłek, a czego nie ma konkurencja. Tajemnicze suplementy wyczerpujące zawartość tablicy alchemika Mendelejewa, witaminy o magicznym działaniu, ziarna „chia” lub wodorosty z Mórz Południowych. Albo przynajmniej wyciąg z buraka.
 
Najwyższa kasta rycerstwa śpi, je i chodzi non-stop w filuternych czapeczkach, które mają chronić przed wychłodzeniem krótko ostrzyżone głowy, a tak naprawdę świadczą o przynależności do elity. Po posiłku, na kanapach można rozkoszować się dobrze przepracowanym dniem. Rzucić od niechcenia objętości, jakie się zrobiło. Te setki kilometrów, te godziny i te obciążenia. Rozkoszować się przychylnością weteranów, podziwem nowopasowanych Triathlonariuszy i przerażeniem giermków i aspirantów. Moment zasłużonego odpoczynku i chwały.
 
O, widzę, że przestało padać – wciągam swoje uciskowe podkolanówki i lecę zrobić jednostkę treningową, bo wieczorem nie będę miał o czym opowiadać.”

{gallery}Majorka_LG{/gallery}

Wszystkim Triathlonariuszom, którzy właśnie wrócili do domu po tygodniu ciężkiej pracy i doskonałej zabawy DZIĘKUJĘ za rewelacyjne towarzystwo. Jesteście doskonałymi kompanami naszych „majorkańskich” obozów. Niektórzy są z nami od początku i mam nadzieje, że ośrodek Piotra Sauerlanda będzie corocznym kierunkiem Waszych sportowych wakacji. Szczególne podziękowania dla Profesora Artura i Pani doktor Julity za opiekę lekarską. Czekamy na Was wszystkich za rok. Pozdrawiamy z naprawdę gorącej dziś Majorki, idziemy…potrenować!

4 KOMENTARZE

  1. Arek, to tylko Ambasadorki moga oceniac…:)Pierwszy tydzien Majorki zakonczony. Wielu z nas juz w domach i w pracy. Zostaly wspaniale wspomnienia i kilometry w nogach, i w rekach:)Podkresle w tym miejscu jeszcze raz. Atmosfere tych wyjazdow tworza przede wszystkim wspaniali UCZESTNICY! Dziekuje Wszystkim za kapitalna zabawe:))

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here