Afryka potrafi być piękna, ale też surowa i nieokiełznana. Podczas Cape Epic Michał Kosmowski poznał kontynent o wielu obliczach. Z jednej strony – przyjaźni ludzie, zapierające dech w piersiach widoki i niesamowite trasy. Z drugiej – nagłe załamania pogody, fizyczne granice i mentalne wyzwania, które każdego dnia wystawiały go na próbę.
Legendarna etapówka Cape Epic była dla Michała Kosmowskiego przeżyciem, które „zostaje w głowie”. Afryka dała się poznać jako piękne miejsce pełne ekstremów. Temperatura sięgała 45 stopni Celsjusza, aby później gwałtownie spaść – trasa zmieniała się w błotnistą pułapkę. Do tego z wyścigu musiał wycofać się jego partner Igor Szlaski.
Rozmawiamy z zawodnikiem o trudnościach, jakie postawił przed nim wyścig, codziennej walce psychologicznej, hejterach, którzy nie wierzyli w ukończenie rywalizacji i afrykańskich obrazach, które zapadły mu w pamięci. Niektóre były szokujące, a inne piękne.
Grzegorz Banaś: Startowałeś na krótszych i dłuższych dystansach. Realizowałeś i realizujesz wyzwania w Xtri. Ścigałeś się niedawno w Andalusia Bike Race. Skąd pomysł na start w Cape Epic?
Michał Kosmowski: To jeden z tych pomysłów z kategorii „bucket list” – marzenie, które siedziało gdzieś z tyłu głowy od lat. Rok temu, podczas triathlonowego obozu, rozmawialiśmy z Igorem o tym, jakie wyzwania warto byłoby kiedyś podjąć. Wśród kilku opcji pojawił się Cape Epic. Rzuciliśmy hasło: „a może spróbujemy?” – i postanowiliśmy zgłosić się do losowania. Ku naszemu zaskoczeniu – udało się! Zostaliśmy wylosowani, a potem już wszystko potoczyło się lawinowo. Reszta to historia.
GB: Czym zaskoczyła Cię Afryka i konkretnie – Republika Południowej Afryki?
MK: Uwielbiam to miejsce – byłem w RPA ponad 15 lat temu, jeździłem tam, żeby pływać na windsurfingu i kitesurfingu. Zawsze trzymałem się wybrzeża, zachwycony falami i oceanem. Tym razem jednak trasa prowadziła przez interior. Zaskoczyło mnie kilka rzeczy. Bezpieczeństwo. Słyszałem wcześniej wiele historii związanych z rejonem Kapsztadu, ale w miejscowościach, przez które przebiegał wyścig, czuliśmy się całkowicie spokojni. Ani razu nie pojawiło się poczucie zagrożenia. Drugim zaskoczeniem byli ludzie – niesamowicie serdeczni, uśmiechnięci i pomocni. Zawodnicy, wolontariusze, lokalna społeczność wszyscy tworzyli atmosferę pełną życzliwości i pozytywnej energii.
Trasy! Nie miałem pojęcia, że RPA to prawdziwa mekka kolarstwa górskiego. Ilość i jakość singli była absolutnie nie do ogarnięcia. To raj dla każdego, kto kocha MTB.
ZOBACZ TEŻ: Optyczny czujnik tętna na ramię – realna alternatywa dla pasa na klatkę?

GB: Wspominaliście (w rozmowie dla podcastu Kuflikowski&Górnicki) z Igorem, że na początku były to temperatury pod 50 stopni Celsjusza – na końcu znowu zimno i deszcz. Czy te zmieniające się warunki były wyzwaniem?
MK: Zmienna pogoda była jednym z największych wyzwań podczas Cape Epic. To właśnie przez ekstremalne warunki Igor musiał się wycofać z wyścigu. Na początku walczyliśmy z potężnym upałem, temperatury dochodziły niemal do 45 stopni Celsjusza, co było ogromnym obciążeniem dla organizmu.
Później przyszło gwałtowne ochłodzenie i deszcz, który zmienił trasę w śliską i wymagającą technicznie przeprawę. Wilgoć i błoto znacząco przyspieszają zużycie sprzętu, a na zjazdach trzeba było zachować pełną koncentrację, bo margines błędu był minimalny. Warunki zmieniały się praktycznie z dnia na dzień, co tylko dodawało temu wyścigowi charakteru i sprawiało, że każdego dnia trzeba było się adaptować od nowa.
GB: Jak wyglądał ten moment, w którym Igor się wycofał? Jak to przeżyłeś?
MK: To był moment pełen mieszanych emocji. Z jednej strony czułem, że zawiodłem jako partnera, bo nie udało nam się kontynuować razem. Z drugiej strony poczułem ulgę, bo widziałem, jak bardzo Igor cierpiał na trasie przez ostatnie dwa etapy. Wiedziałem, że w tym tempie może być nam bardzo trudno zmieścić się w limitach czasowych i ukończyć cały wyścig.
Czułem się odpowiedzialny za nasz zespół, dlatego ta decyzja była dla mnie równie trudna. Ale jednocześnie byłem ogromnie dumny z Igora, że potrafił podjąć ją w sposób bardzo dojrzały. Bez dramatyzowania, bez roztrząsania – po prostu jasno powiedział, że to koniec jego jazdy, i od tego momentu skupił się na wspieraniu mnie do samego końca. To pokazuje jego charakter i klasę.

GB: Przez pewien czas jechałeś sam. Później znalazłeś partnera do jazdy. Ten moment samotnej jazdy poza klasyfikacją był trudniejszy w kontekście motywacji?
MK: Rzeczywiście, samotna jazda poza klasyfikacją była trudniejsza pod względem motywacji. Z drugiej strony dawała mi większą swobodę w doborze tempa i lepsze zarządzanie siłami. Zmieniłem swoje nastawienie. Wiedziałem, że od tego momentu najważniejszym celem jest dojechać do mety i zdobyć medal finiszera.
Największym wyzwaniem była koncentracja. Etapy trwały po 5, 6, a czasem nawet 7 godzin. Łatwo wtedy odpłynąć myślami, a jeden moment nieuwagi może skończyć się kontuzją albo poważną awarią sprzętu. Dlatego przez cały czas musiałem trzymać głowę na karku, mimo zmęczenia i upływu godzin.
GB: Napisałeś: „Fizycznie byłem gotowy, ale mentalnie mnie ten wyścig zaskoczył”. Możesz to rozwinąć?
MK: Chodziło mi przede wszystkim o to, jak dużym wyzwaniem okazała się sfera mentalna, zarówno w trakcie wyścigu, jak i poza nim. Fizycznie czułem się dobrze przygotowany, ale nie spodziewałem się, że aż tak trudne będzie utrzymanie pełnej koncentracji przez tyle dni z rzędu.
Podczas etapu trzeba być czujnym praktycznie cały czas. Trasa wymaga uwagi na każdym kilometrze, a zmęczenie potrafi mocno uśpić czujność. Ale wyścig nie kończy się na mecie. Każdy poranek to stres związany z przygotowaniami, sprzętem, jedzeniem, regeneracją. Jest naprawdę wiele momentów, w których łatwo popełnić błąd – zapomnieć czegoś spakować, źle przygotować rower, nie zadbać o sen albo po prostu się spóźnić.
Ten ciągły stan gotowości, napięcia i odpowiedzialności za każdy detal to coś, co mnie zaskoczyło najbardziej. Cape Epic to nie tylko ściganie się – to całościowe doświadczenie, które wymaga pełnego zaangażowania ciała i głowy.

GB: Później spotkałeś innego zawodnika, który jechał sam, Ralfa. Powiesz coś więcej o wspólnej jeździe i tej „potędze teamu”?
MK: Jazda z równym sobie zawodnikiem to zupełnie inna jakość. Spotkałem Ralfa, który również jechał samotnie po wycofaniu się jego partnera, i od razu złapaliśmy wspólny rytm. To niesamowite, jak bardzo obecność drugiej osoby potrafi podnieść poziom jazdy.
Nakręcaliśmy się wzajemnie, podkręcaliśmy tempo, motywowaliśmy w trudnych momentach. Pojawiła się też większa pewność siebie. Wiedziałem, że jeśli coś się wydarzy: defekt, słabszy moment – nie jestem sam. To doświadczenie jeszcze mocniej uświadomiło mi, czym jest prawdziwa „potęga teamu” i dlaczego w Cape Epic jest to tak ważne.
GB: W rozmowie po Cape Epic powiedziałeś, że w tym wyścigu wyzwaniem nie są techniczne aspekty. Co więc jest największą trudnością?
MK: Cape Epic nie jest wyścigiem szczególnie trudnym technicznie. Zjazdy są raczej proste i przewidywalne, a podjazdy nie należą do najbardziej wymagających. Prawdziwe wyzwanie leży w długości i intensywności całego wydarzenia. To osiem dni ścigania, z codziennymi etapami trwającymi po kilka godzin. Taka kumulacja wysiłku i stresu sprawia, że z każdym kolejnym dniem narasta zmęczenie, a rośnie ryzyko popełnienia błędu lub wystąpienia nieprzewidzianych problemów.
Kluczowym elementem staje się regeneracja. To, jak dobrze potrafisz zadbać o ciało po etapie, co zjesz, jak się wyśpisz, jak szybko się zregenerujesz, może decydować o tym, jak poradzisz sobie następnego dnia. W wyścigu tak długim i intensywnym nie da się „zajechać” wszystkiego siłą, trzeba też mądrze odpoczywać. I to jest coś, czego wielu zawodników nie docenia, a co może mieć decydujący wpływ na finisz całego Cape Epic.
ZOBACZ TEŻ: Lista wszystkich zniżek na sprzęt treningowy, odżywki, suplementy, diety, plany treningowe i więcej
GB: Podziękowałeś na końcu… „hejterom i śmieszkom”. Pojawiały się komentarze wątpiące, że ukończysz wyścig?
MK: Tak, pojawiło się kilka komentarzy czy wiadomości, w których można było wyczuć wątpliwości co do tego, czy damy radę ukończyć ten wyścig. Nie było tego dużo i nie miało to większego znaczenia, dopóki… nie przyszło to od osób, które uważałem za bliskie. To był dla mnie trudny moment i chyba właśnie wtedy najmocniej mnie to dotknęło. Gdy nie szło nam najlepiej, komentarzy i „życzliwych” wiadomości było więcej. Gdy zaczęło iść dobrze – cisza. Teraz już mnie to śmieszy, ale wtedy, w środku Cape Epic, trochę mnie to emocjonalnie wytrąciło z równowagi.
Dlatego właśnie na końcu podziękowałem „hejterom i śmieszkom”. Dzięki nim zobaczyłem jeszcze wyraźniej, kto jest prawdziwie wartościowym znajomym i na kim naprawdę można polegać, a kto tylko obserwował z boku, czekając na potknięcie.
GB: Jest jakiś jeden moment, który szczególnie zapadł Ci w pamięć z całego ścigania w Cape Epic?
MK: Oczywiście meta była momentem absolutnie wyjątkowym. Przejechanie ostatnich metrów po tylu dniach walki zostaje w głowie na zawsze. Ale jeśli miałbym wskazać coś mniej oczywistego, to na pewno końcówka trzeciego albo czwartego etapu, kiedy bardzo blisko nas przeleciał helikopter z Hansem Beckingiem na pokładzie (ośmiokrotnym mistrzem Holandii w MTB).
Hans filmował z powietrza nasz mały peleton, a ja akurat nagrałem to z mojej perspektywy i wrzuciłem na Instagramie w zestawieniu z ujęciami z helikoptera. Otagowałem go i… poszło viralowo. Od tamtej pory kibice zaczęli do mnie mówić „Helicopter Guy”. Brzmi śmiesznie, ale to było naprawdę bardzo fajne i zostawiło mi świetne wspomnienie.

GB: W podcaście powiedziałeś, że widzieliście po drodze zawodników, których zabierał helikopter ratowniczy. Takie sytuacje wpływały na Twoją psychikę?
MK: Zdecydowanie, to było naprawdę mocne przeżycie. Widok zawodników reanimowanych, których zabierał helikopter ratunkowy, mocno mną wstrząsnął. W tamtym momencie dotarło do mnie, że chyba zaczynamy przekraczać granicę zdrowego rozsądku. To już nie było tylko ściganie się na rowerze, to była walka o to, żeby w ogóle bezpiecznie dotrzeć do końca.
Dodatkowo to był czas, gdy Igor przeżywał swój kryzys, więc wszystko się na siebie nałożyło. Psychicznie bardzo źle to zniosłem i szczerze mówiąc, nie chciałbym już nigdy znaleźć się w podobnej sytuacji. Cape Epic to piękna przygoda, ale ma też swoją ciemniejszą stronę, o której rzadziej się mówi.
GB: Chcecie powtórzyć Cape Epic. Jak zmienicie przygotowania?
MK: Tak, zdecydowanie chcemy wrócić na Cape Epic. To wyścig, który zostaje w głowie i sercu, i wiemy, że jeszcze tam pojedziemy. Tym bardziej że mamy “unfinished business”. Jeśli chodzi o przygotowania, myślę, że przede wszystkim zabrakło nam doświadczenia. Kondycyjnie byliśmy gotowi, ale Cape Epic to zupełnie inna gra: wymaga obycia z logistyką, rytmem codziennego ścigania i ogólną odpornością na zmienne warunki.
Dla mnie najlepszym elementem przygotowań był start w Andalusia Bike Race. To właśnie ten wyścig dał mi najwięcej. Był świetnym sprawdzianem i bodźcem treningowym. Dlatego, jeśli zdecydujemy się wrócić, na pewno włączymy do przygotowań więcej wspólnych startów w etapówkach. Trzeba więcej jeździć MTB i zbierać doświadczenia.
GB: Dziękujemy za rozmowę.
Ty oszczędzasz, my tworzymy!
Akademia Triathlonu działa bez stałych sponsorów – wspierasz nas, używając kodu „akademiatriathlonu”. To dzięki Tobie możemy popularyzować i rozwijać triathlon w Polsce oraz tworzyć kolejne angażujące treści!
Nasze działania możesz wesprzeć również w systemie Patronite.

