„To było marzenie życia, ale kosztowało mnie więcej, niż sądziłam” – Gabriela Kaczka o debiucie w Pro

Gabriela Kaczka jako 15-latka marzyła o profesjonalnych startach w triathlonie. Niedawno w Wenecji zadebiutowała w Pro. Przyznaje jednak, że droga na ten poziom była pełna przeszkód, wyrzeczeń i niepewności. W rozmowie opowiada o emocjach związanych z pierwszym startem, o kontuzji, która niemal przekreśliła jej plany, i o tym, czego nauczyły ją lata walki o ten moment.

Dwa lata temu Gabriela Kaczka zrezygnowała z pracy, by w pełni poświęcić się treningowi. Pierwotnie miała zadebiutować w Teksasie, ale problemy zdrowotne pokrzyżowały te plany. Dziś przyznaje, że brakowało jej sportowej świadomości, a momentów zwątpienia było wiele. Jak wyglądała droga do debiutu i co czuła, stając na starcie jako zawodniczka PRO?

Grzegorz Banaś: Problemy z Twoim kolanem przerodziły się w prawdziwą sagę. Tylko nie taką, w której każdy oczekuje kolejnej części, ale zakończenia. Powiesz nam, co się stało?

Gabriela Kaczka: Po roku od pojawienia się kontuzji kolana i wielu godzinach spędzonych na myśleniu “dlaczego” – mogę z dużą dozą pewności powiedzieć, że sama rozwaliłam sobie kolano i wykluczyłam się ze startów w triathlonie na rok. I to była tylko moja wina. Za moim progresem sportowym niestety nie szedł progres świadomości sportowej. Mentalnie utknęłam gdzieś w czasach, gdy trenowałam po 10-15 godzin w tygodniu i mój TrainingPeaks mógł wtedy wyglądać jak zielona, wycackana łąka.

Dwa lata temu, rezygnując z pracy na pełen etat, wraz z trenerami, powoli zaczęłam zwiększać tygodniową objętość i intensywność treningową. Oczywiście bez pracy na etacie miałam więcej czasu na regenerację, ale to i tak nie działa w ten sposób, że ciało przyjmie wszystko. A ja byłam nieśmiertelna – trenowałam, gdy byłam chora, przemęczona, coś bolało, coś kłuło. Mój TrainingPeaks był przepiękny! W przygotowaniach do IM Texas odpuściłam chyba tylko 1 trening (zmniejszyłam waty na rowerze). Czysta sportowa perfekcja. Po IRONMAN Texas w kwietniu 2024 miałam już w głowie taką myśl, że ostatnie miesiące zabrały ze mnie tak dużo, że czuję się jakbym była u sufitu swoich aktualnych możliwości treningowych. A tu jeszcze cały sezon przede mną. Jak ja mogę się jeszcze nawet poprawiać i kontynuować ten progres? W dniu, gdy kolano nagle zaczęło odmawiać posłuszeństwa, nie mogłam przeboleć, że odpuściłam ostatnie 1.5 min 90-minutowego biegu… Nigdy wcześniej tego nie robiłam.

Choć nie mam jasnej odpowiedzi, jaki czynnik dokładnie spowodował pęknięcie chrząstki rzepki w kolanie w maju 2024, to jestem pewna, że sama sobie go zaserwowałam z posypką z kolorowych cukierków.

GB: Możesz teraz biegać bez bólu?

Gabriela Kaczka: Po zastrzyku z osocza oraz wykonaniu jakiejś astronomicznej ilości pracy na siłowni (niektórzy ogólnie do triathlonu trenują tyle, ile ja czasu tygodniowo spędzałam tylko na rehabilitacji kolana), jest bardzo przyzwoicie. Mogę wykonywać wszystkie treningi w większości bez dyskomfortu, ale nadal polegam na tejpowaniu kolana. Bez przylepionych taśm niestety nadal czasem boli.

Nie mówiłam tego głośno, ale mój ostatni start w 70.3 Jesolo był bramą, za którą była albo kariera triathlonistki, o której od zawsze marzyłam i na którą pracowałam tyle lat, albo rezygnacja ze sportu. Bo ile można walczyć z kolanem… Choć sam start był absolutną klapą, to jestem przeszczęśliwa, że kolano wytrzymało bez bólu i to nie koniec mojej triathlonowej drogi.

fot. Gabriela Kaczka – archiwum prywatne

GB: Jak mentalnie radziłaś sobie z przerwą od startów i kontuzją?

GK: W skrócie to źle. Tuż po dostaniu kontuzji pojawiło się wyparcie. Nawet nie chciałam tego diagnozować, ten problem miał i musiał sam zniknąć, byłam przecież taka fit. Pierwsze dwa miesiące starałam się nie odpuszczać treningów, zaliczyłam nawet (bolesny) start w serii Garmin Triathlon Tour. Po otrzymaniu diagnozy pod koniec lipca byłam bardzo zmotywowana i chodziłam na siłownię niemal codziennie. Tygodnie mijały, ćwiczenia siłowe nie pomagały…

Pamiętam, jak pewnego letniego dnia siedziałam przy stole, jadłam obiad i oglądałam dziewczyny ścigające się w T100. Myślałam sobie, jak to się stało, że ja teraz jem najtańszego kurczaka z Lidla (pozdrawiam wszystkich korzystających z Lidlowych promocji – ja też to robię!), nawet wstanie z krzesła i odniesienie talerza do kuchni mnie będzie bolało, a tam gdzieś na świecie rozgrywają się moje marzenia. Po tym przestałam oglądać streamy z zawodów. Przestałam też być aktywna na social mediach, bo czułam się wyczerpana. Wspólnie z trenerem podjęliśmy decyzję o offseasonie. Odinstalowałam z telefonu nawet aplikację, przez którą kontaktuję się z Jacobem. Chciałam być zostawiona w spokoju, zwinąć się w kulkę, opatulić kołdrą i przeczekać. No ale to tak w życiu nie działa, że problem znika, gdy się zamknie oczy.

Jesienią próbowałam zastrzyków z kwasu hialuronowego i osocza w kolano. Zaczęłam też stosować nowy plan siłowy. Było już trochę lepiej, już mogłam biegać 30 min bez bólu i… dostałam zapalenia mięśnia sercowego i to był szok. Jesień była dla mnie bardzo aktywna – ogranizowałam swój ślub, dopinałam sprawy związane z obywatelstwem kanadyjskim, pracowałam nad aplikacją do zapisywania historii treningowej. Byłam przemęczona i złapałam paskudną chorobę, ale oczywiście nadal trenowałam. Na basenie pływałam zadania pomiędzy jednym kaszlnięciem a drugim. No i właśnie na basenie poczułam ucisk w klatce piersiowej, serce biło bardzo mocno i szybko. Wygramoliłam się na brzeg basenu i ze stopami w wodzie i palcami dłoni na szyi, próbowałam ocenić, jak szybko moje serce bije. Sprawnie i logicznie oceniłam, że na pewno przesadzam i wskoczyłam z powrotem do wody, aby przepłynąć jeszcze 100 m zmiennym… Całe szczęście po tej setce postanowiłam jednak zakończyć trening. Już w samochodzie, przeglądając plik z treningu, zobaczyłam tętno 220 (przez 5 minut). Po powrocie do domu trener i mąż przekonali mnie, abym pojechała na SOR (w skrócie to też im trochę zajęło, bo ja nie jestem z tych, którym można mówić, co mają robić).

Zima była już dla mnie spokojniejsza – wyleczyłam mięsień sercowy, kolano też zaczęło współpracować.

GB: Możesz powiedzieć coś o przygotowaniach do sezonu? Kontuzja wymusiła od Ciebie zmianę planów, bo chciałaś zacząć w Teksasie…

GK: To byłaby piękna historia zatoczyć koło i po ciężkim roku wystartować tam, gdzie miałam swój ostatni zdrowy i udany start, czyli w Teksasie. Niestety ryzyko związane z odnowieniem kontuzji kolana byłoby zbyt duże. W ogólności, nie mogąc biegać przez wiele miesięcy, skupiłam się bardziej na pływaniu. Całą jesień i zimę trenowałam na basenie ze wsparciem lokalnego klubu sportowego – Unii Oświęcim. Oświęcim to mekka polskiego pływania, są tam jedni z najlepszych polskich trenerów. Choć moja miłość do pływania jest dosyć jednostronna, to nie poddaję się i wierzę, że będę jeszcze kiedyś szybko pływała.

Nad częścią rowerową miałam okazję popracować na obozie w Hiszpanii. Denia była moim treningowym domem przez cały luty. Przejechałam tam tysiące kilometrów, zjadłam wiele talerzy paelli. Zanim tam pojechałam, nie za bardzo rozumiałam pojęcie obozów treningowych. Nadal nie rozumiem, jak to działa, ale w Hiszpanii zrobiłam progres nieporównywalny z tym, co byłabym w stanie zyskać w tym samym czasie w Polsce.

Bieganie w tym roku jest dla mnie absolutnym priorytetem. Z każdego treningu staram się wyciskać tyle, ile mogę. Mam sporo do nadrobienia…

Kontuzja wymusiła ode mnie nie tylko zmianę planów, ale i zmianę podejścia do treningów. Wchodząc w 2025 rok, postanowiłam być bardziej leniwa i mówić więcej “nie”. Mój TrainingPeaks już nie jest taki zielony. Byłoby nierozsądnym nie wyciągnąć nic z takiej wielomiesięcznej kontuzji i traktować ją jedynie w kategoriach porażki. Moim “sukcesem” po problemach z kolanem jest więc to, że jestem mniej psychopatyczna i nie traktuję już treningu zero-jedynkowo. Odpuszczam i przestawiam więcej jednostek, moje waty nie muszą być zawsze wysokie.

Perfekcja nie istnieje i według mnie w triathlonie brakuje szczerości. Mało osób mówi o tym, że treningi im nie wychodzą, czy któryś odpuścili. Z jednej strony to rozumiem – na social mediach każdy chce wyglądać jak najlepiej, ale z drugiej strony jest to bardzo szkodliwe. PRO czy AG, wszyscy jesteśmy ludźmi i plan, który dostajemy od trenera, jest jedynie szkieletem, szablonem, który musimy pod siebie dostosować. Mam nadzieję, że moje nowe podejście pozwoli mi unikać takich większych problemów zdrowotnych, a co za tym idzie – na koniec być w lepszej dyspozycji startowej.

fot. Gabriela Kaczka – archiwum prywatne

GB: Ten start w Wenecji to było wiele „pierwszych rzeczy”. Pierwsza połówka, pierwszy start PRO, pierwszy start i test kolana. Denerwowałaś się?

GK: Bardzo! Kto nie stał na linii startu wyścigu triathlonowego, czekając na odliczanie sekund do sygnału startowego, ten nie zrozumie, co się wtedy czuje. Mam za sobą już wiele wyścigów, ale każdy mnie stresuje. Przy tym w Jesolo starałam się nie wywierać na sobie żadnej dodatkowej presji, bo od tego można oszaleć. Sam start i tak nie wyszedł i myślę, że za część niepowodzenia była odpowiedzialna głowa. Był to mój pierwszy start na połówce od innego nieudanego startu w Lahti w sierpniu 2023. Nie wiem, czy to kogoś pociesza, ale obiektywnie porównując te dwa kiepskie starty, mój aktualny “kiepski” czas jest o 25 minut szybszy niż mój “kiepski” czas z Lahti.

Uczestnicząc w Ironman Pro Series w Jesolo czułam się trochę zagubiona i nie na miejscu. Mam już jednak pewne doświadczenia w życiu, które nauczyły mnie, że “fake it till you make it” jest prawdziwe, więc z podniesioną głową starałam się ogarnąć wszystko najlepiej, jak potrafiłam. A kiedyś to wszystko stanie się dla mnie naturalne. Nie do końca jednak to ogarnianie wyszło, bo… przy wprowadzaniu roweru do strefy, nie odebrałam czipa do pomiaru czasu. Na PRO briefingu nie zrozumiałam, że potrzebujemy i czipa na kostkę i specjalnego urządzenia GPS na plecy. Myślałam, że to drugie załatwia też sprawę pomiaru czasu dla PRO. Dlatego też nie dało się mnie śledzić w aplikacji Ironman oraz finalnie moje czasy pływania, roweru i biegu są jedynie przybliżone – nie miałam na kostce czipa podczas wyścigu! Jestem wdzięczna sędziom Ironman za zrozumienie, że pierwsze starty w PRO bywają trudne i finalnie zostałam sklasyfikowana na podstawie śladu z urządzenia GPS, aktywności zapisanych na moim zegarku oraz fotografii.

ZOBACZ TEŻ: Odznaki, medale i zabawa dla najmłodszych. Czego spodziewać się w nowym sezonie Garmin Triathlon Tour?

GB: Powiesz coś o samym wyścigu? Jakie miałaś na niego założenia? Bez przygód tam się nie obyło…

GK: Jakkolwiek to brzmi, to z trenerem prawie nigdy nie rozmawiam o tempie, watach czy prędkościach. Nie ustalałam z nim żadnego planu na ten wyścig. Patrząc na swoje prędkości treningowe, sama, po cichutku liczyłam na wynik w okolicy 4:15. Podczas wyścigu, gdy wiedziałam, że nie idzie mi zbyt dobrze, skupiłam się na trzymaniu kadencji czy dobrym odżywianiu. To są aspekty, które mogłam kontrolować.

Poza moją kontrolą było np. to, że w T1 ktoś przestawił mój niebieski worek na inny wieszak i straciłam trochę czasu na szukanie go. Zakładam, że to nie było złośliwe, któraś z dziewczyn po prostu za bardzo się śpieszyła i mi się oberwało. Pewnie rozwiązaniem byłoby wychodzić wcześniej z wody, aby zminimalizować ryzyko takich sytuacji. Nad tym mogę popracować.

fot. Gabriela Kaczka – archiwum prywatne

GB: W Wenecji dość często je problem z tymi długimi pociągami na 20 osób, gdzie chyba trudno jest wyprzedzać innych zgodnie z regulaminem. Jak to wyglądało z Twojej perspektywy?

GK: Dla osób jeżdżących nieregulaminowo nie ma usprawiedliwienia. Na trasie rowerowej mijały mnie ogromne grupy mężczyzn jeżdżących w odległości może metra od siebie (oraz obok siebie). Ja niestety nie miałam tego dnia mocy, aby za nimi się utrzymać. Jestem klasyfikowana w zupełnie innej kategorii niż ci mężczyźni, ale i tak strasznie mnie wkurza, gdy coś takiego widzę. Zmieniają całą dynamikę wyścigu i powiedzmy sobie szczerze – wyniki, które takie osoby robią, są całkowicie bezwartościowe. Ściganie się w PRO jest już w miarę wolne od draftingu m.in. przez użycie Race Rangerów, ale takie pasztetowe pociągi w AG to plaga. 

GB: Jakie są Twoje kolejne plany?

GK: Tuż po wyścigu byłam załamana. Ciężko zresztą nie być – starty triathlonowe kosztują tyle energii, stresu i pieniędzy, że taki nieudany start to trochę tak jak zła inwestycja. Dodatkowo nie tylko moja, ale również mojego męża i trenera. Aktualnie z powodu braku sponsorów, nieudane starty bolą mnie w wielu aspektach. W sporcie nie ma jednak czasu na rozpaczanie, bo wszystko dzieje się tu bardzo szybko. Dwa dni po Jesolo, zapisałam się więc na IRONMAN Hamburg, który odbędzie się już 1 czerwca.

Mój ogólny i najważniejszy triathlonowy cel to oczywiście kwalifikacja na Mistrzostwa Świata IM w kategorii PRO w Konie. IM ostatnio poinformował o tym, że mistrzostwa wracają na stałe na Hawaje, co daje mi trochę więcej luzu w próbie wywalczenia slota – nawet jeśli nie uda się to w tym roku, to nie będę musiała czekać kolejnych 2 lat na rozgrywanie mistrzostw w Konie. Z mniejszą presją czasu mogę skupić się bardziej na zbieraniu doświadczenia i punktów do serii Ironman Pro Series. A jeśli przy okazji wywalczę slota na MŚ, to smutna nie będę…

fot. Gabriela Kaczka – archiwum prywatne

GB: Czy jesteś zadowolona z czasu 4:30 i jak sama oceniasz swój start? Takie pierwsze koty za płoty, przetarcie?

Gabriela Kaczka: W zasadzie większość wyścigu (aż do biegania), spędziłam w tlenowej strefie. Nie miałam tego dnia w sobie ognia. Moje pływanie było dużo wolniejsze niż na treningach, moje waty niższe niż takie, które kręcę podczas zwykłego 5 godzin treningu tlenowego na rowerze w normalnym tygodniu treningowym. Na bieganiu byłam już lekko podłamana, nie miałam kogo ścigać. W ogólności to nie wyszło. Gdy emocje już opadły, dostałam lekkie i dosyć konstruktywne zrypki od trenera i męża. Muszę trenować jeszcze lepiej i bardziej specyficznie pod zawody, popracować nad szczegółami jak np. rozgrzewka przed startem. Pewnie dobrym krokiem będzie również konsultacja z dietetykiem, aby lepiej zaplanować carboloading.

Jakkolwiek to nie brzmi, jestem również bardzo zadowolona z tego, że wystartowałam w Jesolo. Nie jestem dumna z wyniku na mecie, ale wierzcie mi, że wymaga to trochę odwagi, aby zadebiutować w PRO w tak dużej imprezie i ścigać się z najlepszymi dziewczynami na świecie. Ale jak to mówią – celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami! Onwards and upwards! I takie tam… (śmiech).

GB: Dziękujemy za rozmowę!

Ty oszczędzasz, my tworzymy!

Akademia Triathlonu działa bez stałych sponsorów – wspierasz nas, używając kodu „akademiatriathlonu”. To dzięki Tobie możemy popularyzować i rozwijać triathlon w Polsce oraz tworzyć kolejne angażujące treści!

Nasze działania możesz wesprzeć również w systemie Patronite

Grzegorz Banaś
Grzegorz Banaś
Redaktor. Lubi Lionela Sandersa i nowinki technologiczne. Opisuje ciekawe triathlonowe historie, bo uważa, że triathlon jest wyjątkowo inspirującym sportem, który można uprawiać w każdym wieku. Fan dobrej kawy i książek Jamesa S.A. Corey'a.

Powiązane Artykuły

Śledź nas

0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
53,200SubskrybującySubskrybuj

Polecane