Karolina Szczepaniak miała wszystko – talent, sukcesy, dwukrotny udział w igrzyskach olimpijskich. Gdy skończyła się kariera sportowa, zaczęła się walka – przez osiem lat zmagała się z anoreksją bulimiczną, depresją i samotnością. Dziś wraca silniejsza – nie tylko jako rekordzistka Guinnessa, która w ciągu 48 godzin przepłynęła prawie 150 kilometrów, ale jako psycholożka sportu i kobieta, która planuje… pokonać Morze Bałtyckie wpław.
Karolina Szczepaniak ma na swoim koncie ponad 100 medali mistrzostw Polski w pływaniu. Dwukrotnie reprezentowała Polskę na igrzyskach olimpijskich – w 2008 roku w Pekinie, gdzie miała 35. czas na dystansie 800 m stylem dowolnym. W 2012 roku w Londynie, gdzie wystartowała w sztafecie 4×200 metrów stylem dowolnym. Po osiągnięciu sportowych marzeń jej rzeczywistość zupełnie się zmieniła. Zachorowała na anoreksję bulimiczną. Jak sama mówi, będącą efektem „zbierania małych ziarenek” – przemocowych komentarzy trenerów, przetrenowania i trudnej sytuacji w domu.
Po 8 latach walki z chorobą rozpoczęła pracę jako psycholog sportu. Postawiła sobie nowe wyzwanie – jeszcze lepiej zrozumieć własny umysł. W lutym 2025 podbiła Rekord Guinnessa, pływając bez przerwy przez 48 godzin. W tym czasie przepłynęła 149,025 kilometra. To jednak nie koniec jej planów. Panicznie bała się pływania w wodach otwartych. Dlatego… jako pierwszy człowiek na świecie ma zamiar przepłynąć Morze Bałtyckie – cel: 172 km w linii prostej.
Nikodem Klata: W jednym z wywiadów mówisz: „Moja mama miała ze mną trudno, bo kiedy spodobały mi się jakieś sportowe buty, to nie było mocy, żebym zmieniła zdanie. Wtedy jeździła po całej Warszawie, aby znaleźć rozmiar pasujący na moją nogę”. Mama mówi natomiast, że byłaś cicha, wycofana i bardzo skromniutka. A więc które cechy prowadzą Cię przez życie?
Karolina Szczepaniak: Byłam uparta, ale jednocześnie bardzo wrażliwa, skromna, mocno wycofana i bardzo lękowa. Z różnych powodów. Nigdy nie lubiłam się odznaczać i wychodzić poza szereg. Byłam dzieckiem, które wolało być gdzieś w cieniu grupy.
Jeżeli chodzi o cechę, która mnie prowadziła i dalej prowadzi przez życie to z pewnością jest nią ambicja – chęć dążenia do celu. Ja mam tak, że albo idę grubo albo wcale. Nie umiem tego wypośrodkować. Jeśli coś robię, to robię to bardzo dobrze. A jak już się do czegoś przykładam, to chcę żeby to było coś nadzwyczajnego.

NK: W którym momencie do Twojego życia wkroczyło pływanie? Bo wiem, że wkroczyło bardzo szybko
KS: Miałam chyba koło siedmiu lat jak zaczęłam uczyć się pływać. Równolegle do tego chodziłam na gimnastykę, tenis, rysunek – mnóstwo innych aktywności. Jak miałam dziewięć lat, to trzeba było się troszkę bardziej ukierunkować. Rodzice jeździli z zajęć na zajęcia, a łączenie tego było coraz trudniejsze. Musieliśmy wybrać jedną dyscyplinę. I nie wiem czemu wybrałam pływanie, w którym byłam najgorsza (śmiech).
NK: Nie będziemy rozmawiać tu o całej Twojej karierze pływackiej, bo musielibyśmy rozmawiać kilka godzin. Na swoim koncie masz jednak ponad 100 medali mistrzostw Polski Seniorów, a karierę wieńczy miano dwukrotnej olimpijki w pływaniu. Jak to jest być „olimpijką”?
KS: Szczerze mówiąc – dla mnie to po prostu bycie sobą. Tytułowanie się ze względu na swoje osiągnięcia jest przyjemnym dodatkiem do życia, natomiast nie lubię, gdy ktoś identyfikuje mnie tylko poprzez moje osiągnięcia. Najbardziej doceniam to, gdy ludzie dostrzegają mnie a nie tytuły stojące przecież obok. Na tamten moment, jak wkraczałam na wielką płytę pływalni otoczoną kibicami to byłam mocno przestraszona.
Miano olimpijki było dla mnie dużym ciężarem do uniesienia. Oczywiście nie zmienia to faktu, że było to również ogromne wyróżnienie. Na tamten moment pływaków i pływaczek z Polski na igrzyska jechała garstka. W tej garstce znalazłam się ja. Czułam dumę i jednocześnie ciężar odpowiedzialności.
NK: Pytam o to, jak to jest być olimpijką głównie dla kontrastu. Bo igrzyska są dla sportowców szczytem kariery. U Ciebie po tym momencie przyszły, jak sama piszesz, wyniki badań, które wskazały, że „taka osoba nie powinna już żyć”.
KS: Na anoreksję złożyło się mnóstwo czynników, ale faktycznie zaczęło się to przede wszystkim po igrzyskach, jak wyleciałam do USA. Same igrzyska nie mają z tym nic wspólnego. Być może samo trenowanie przed nimi. Wtedy realizowałam cztery jednostki treningowe dziennie. Dwie jednostki na pływalni po dwie godziny, później bieganie i siłownia. Dzień w dzień. Tego było bardzo dużo, a ja po prostu się przetrenowałam. Dziś uważam to za ogromny błąd – umiejętność zatrzymania ambitnego zawodnika jest bardzo trudne. Ja sama nie potrafiłam się wtedy zatrzymać.
Już wtedy patrzyłam na moją sylwetkę i wagę. Tak naprawdę przez te wszystkie lata pływania, nie tylko ja, ale też inne zawodniczki, miałyśmy przekazywane, że musimy być chude. Dążyłyśmy do ideału, ale nie wiedziałyśmy, czym ten ideał jest. Anoreksja rozpoczęła się z trochę innego powodu, ale podwaliną z pewnością było wszystko to, co działo się wcześniej.

NK: Ty pamiętasz początek Twoich problemów? Jak to wszystko się zaczęło? Bo jak sama mówisz, początki problemów u Ciebie to są wszystkie małe ziarenka, które zbierałaś podczas swojej kariery sportowej.
KS: Tymi małymi ziarenkami były właśnie komentarze różnych trenerów dotyczące wyglądu. I ja mówię o komentarzach agresywnych, wręcz przemocowych. Do tego doszły oczywiście trendy medialne – to w jaki sposób był kładziony nacisk na kanon piękna. Wyidealizowane modelki i perfekcyjne ciała – w telewizji, w reklamach, w serialach. Wszędzie.
Nie pomagał aspekt rodzinny. Wychowałam się w domu alkoholowym. W domu, w którym to ja byłam odpowiedzialna za wiele rzeczy. Wyjeżdżając do USA, będąc tysiące kilometrów dalej, ciągle musiałam być tam „obecna”. Nie wytrzymywałam tego. W końcu po bardzo przykrym komentarzu bliskiej mi osoby na mój temat po prostu pękłam. Stwierdziłam, że dalej tak nie mogę.
Zaczęłam się odchudzać. Ograniczyłam jedzenie. Na początku chciałam po prostu ważyć mniej. Myślałam, że wszystko mam pod kontrolą. Anoreksja przyszła nieświadomie. Później było już inaczej. Dzięki mojemu problemowi pierwszy raz w życiu poczułam się zauważona. Moja rodzina zaczęła się zmieniać – z wielu mechanizmów rodzin dysfunkcyjnych na pewno zaczął funkcjonować jeden – ratowanie członka, który potrzebuje pomocy. Tym razem byłam nim ja.
Przez długi czas nie chciałam wyjść z anoreksji. Myślałam, że nie chcę stracić plusów, które z tego miałam. Minusem było to, że z dnia na dzień byłam bliższa śmierci. Ale przecież miałam na sobie uwagę innych ludzi i wszystko było robione pode mnie…
NK: Ty mówisz wprost o przerażających rzeczach. „umieranie…powolne żegnanie się z własnym życiem każdego dnia. Listy pożegnalne pozostawione pod drzwiami najbliższych”. To trudne pytanie. Ale w jakim Ty miejscu byłaś przez te 8 lat? Bo w podsumowaniu zbiórki dość szybko to puentujesz: „Większość doświadczeń na pierwszy rzut oka jest niesprawiedliwa, natomiast dzięki nim wiele zrozumiałam, wiele się nauczyłam i o wiele więcej dziś mogę, dzięki temu co mnie spotkało”. Ale to było 8 lat…
KS: Byłam w najgorszym momencie swojego życia. Nie miałam nic. Pracy, perspektyw ani bliskich osób, bo przez chorobę większość z nich przestała mi ufać. Nie miałam pieniędzy. Później nie miałam też gdzie mieszkać.
Kilka razy byłam też hospitalizowana. Nie tylko z powodów zdrowotnych fizycznie, ale psychicznie. Miałam próby samobójcze. Zaczęłam palić papierosy i nadużywać alkoholu. Nie radziłam sobie ze swoimi emocjami, więc znalazłam sobie najprostsze metody ucieczki.
W międzyczasie, co nie pasuje do reszty – zaczęłam studia z psychologii, bo to było moje marzenie. Oczywiście na długie lata je zawiesiłam i ukończyłam dopiero dużo, dużo później.
ZOBACZ TEŻ: Ten, który zawsze się uśmiechał. Marcin KRASUS Krasoń: „Ważne żeby słuchać, a nie tylko słyszeć”
NK: Skąd wzięła się ta psychologia?
KS: Wyjeżdżając do USA chciałam studiować jakiś kierunek artystyczny, bo mam duszę artystki. Padło na projektowanie graficzne. Ale oprócz przedmiotów w ramach mojego kierunku musiałam dobrać dodatkowe przedmioty. Dobrałam przedmiot „psychologia uzależnień”, ponieważ chciałam zrozumieć jak to wszystko funkcjonuje z powodu sytuacji w moim domu. Wykładowcy z tego przedmiotu zarazili mnie swoją pasją. Wtedy zrozumiałam, że popełniłam błąd – chciałam zmienić kierunek, ale było już za późno. Obiecałam sobie, że jak wrócę do Polski to zacznę studia z psychologii.
NK: Szukałem jakiegoś punktu przełomowego w Twoim życiu. Był taki, w którym mama powiedziała do Ciebie: „ubieraj się, idziemy wybierać trumnę”…
KS: To był moment, w którym ja nie chciałam iść się leczyć. To zdanie uświadomiło mi, że nie będę już miała niczyjej uwagi. Moja mama pogodziła się z tym, że mnie na tym świecie lada chwila nie będzie. Zrozumiałam, że po mojej śmierci świat dalej będzie funkcjonował, a ja stracę tak wiele okazji do kolekcjonowania cudownych chwil. Trafiło do mnie, że życie cały czas się toczy. Mogę z tego, albo skorzystać i zawalczyć o siebie, albo pójść najłatwiejszą drogą i wybrać po prostu śmierć.

NK: Jak wyglądała Twoja droga powrotu do zdrowia?
KS: Zaczęło się od dostania się na leczenie na oddziale zamkniętym leczenia zaburzeń odżywania. Wyszłam stamtąd po trzech miesiącach. Musiałam radzić sobie sama. Miałam zawieszone studia w USA i obowiązek wrócenia tam na pół roku i skończenia studiów. Nie chciało mi się, ale znowu wygrała moja zawziętość i to, że jak już coś zaczynam, to muszę skończyć.
Po powrocie do Polski bywało różnie. Miałam nawroty choroby. Może nie pozwoliłam sobie zejść tak nisko masą ciała żeby nie móc wstać z łóżka, ale prowokowałam wymioty. Wyniszczałam swój organizm. Miałam problemy z zębami – nie wiem ile miałam w nich dziur, a przednie stopiły się od kwasu solnego. Wypadły mi włosy. Miałam siniaki na całym ciele. Ciągle było mi zimno. I to tak trwało jeszcze kolejne 3 lata. Ciągle wydawało mi się, że to kontroluję.
Kiedy nie miałam już gdzie mieszkać przygarnęła mnie osoba, której nie miałam nic do zaoferowania. Mieszkając z nią zaczęłam obserwować, jak ona żyje – normalnie je, kocha siebie taką jaką jest, korzysta z życia, a ciało służy jej do czerpania z tego życia jak najwięcej. Nigdy do niczego mnie nie zmuszała. Mówiła: „jak chcesz to jedz, jak nie to nie”. Ja powoli zaczęłam uczyć się tak żyć. I tyle. Dzięki tej osobie, dzięki możliwości obserwacji jej każdego dnia, jej autentyczności, szczerości i naturalności zapragnęłam też tak samo zacząć kochać siebie. I tak rozpoczęła się prawdziwa droga mojego zdrowienia. Walki z własnymi natrętnymi myślami, poczuciem winy, wahaniem nastroju ze względu na jedzenie. To było naprawdę horrendalnie trudne, dlatego dziś mogę powiedzieć, że sama z tego wyszłam ale najpierw musiałam spotkać kogoś kto miał piękną i autentyczną relację z własnym „ja”.
NK: To było też 8 lat kompletnej przerwy od sportu. W jednym z wywiadów mówisz, że nie zrobiłaś ani jednego brzuszka. Później ustalasz sobie cel – 149 km – rekord Guinessa. Nasuwają się najprostsze pytanie – jak, dlaczego i po co?
KS: Nie zrobiłam żadnego brzuszka, bo jak byłam na leczeniu, to miałam wbite w głowę, że nie mogę wykonywać żadnej aktywności fizycznej. Spacer dookoła budynku był już odebrany jako palenie kalorii. Zakodowałam sobie, że nie mogę ćwiczyć, ponieważ to wstęp do choroby.
A rekord Guinessa? Skończyłam studia i zaczęłam pracować jako psycholog ze sportowcami. Chciałam im jak najlepiej pomagać. Stwierdziłam po czasie, że chciałabym wystartować w Otyliadzie w 2024. Uznałam, że chcę zobaczyć jak to jest mieć swój umysł dociśnięty do ściany – gdzie jest bardzo dużo dyskomfortu, własnej wewnętrznej niezgody na robienie tego co robisz w danym momencie.
Chciałam sprawdzić jaki sens mają te wszystkie ćwiczenia, które znałam z książek o treningu mentalnym i użyciu psychologii sportu w karierze sportowej zawodników różnych dyscyplin. Dużo rzeczy zweryfikowałam, a przy okazji omsknęłam się o rekord wszystkich zawodów cyklu Otyliada. Stwierdziłam wtedy, że może po coś się to wydarzyło. Jakbym zrobiła rekord to pewnie bym już nie pływała. Ale skoro byłam tak blisko, to poczułam niedosyt.
Po 3-4 dniach uznałam, że fajnie by było jeszcze zobaczyć jak to jest pracować z atakami paniki. A ja miałam ogromny lęk przed wodami otwartymi, gdzie wielokrotnie doświadczałam ataków paniki. Stwierdziłam więc, że chcę popłynąć na wodzie otwartej. Padło na Bałtyk i 172 km. Tak jak mówiłam na początku. Idę albo grubo, albo wcale.

NK: Bałtyk wydaje się nieco bardziej „uzasadniony” pod kątem dystansu. Tylko, że to Bałtyk, a Ty jak sama mówisz… miałaś lęk przed wodami otwartymi. To z resztą ciekawy paradoks – człowiek, który pół życia spędził w wodzie mimo wszystko boi się wody?
KS: Pływacy mają to do siebie, że kiedy widzimy czarną linię na dnie basenu czujemy się bezpiecznie. Mamy poczucie kontroli. Jesteśmy w swoim środowisku i wiemy co się wydarzy. Przy wodzie otwartej odbierana jest ci kontrola. Może się wydarzyć dużo więcej rzeczy, których nie jesteś w stanie przewidzieć. Głowa zaczyna wymyślać dziwne rzeczy.
NK: Nie zrozum tego pytania źle, ono nie jest zarzutem. Ale w jednym z wywiadów mówiłaś o swojej twardej głowie i „zrobieniu tego wszystkiego co sobie ubzduram”. Wydaje się, że teraz nowy musisz mieć twarda głowę i znowu chcesz zrobić wszystko, co sobie ubzdurasz. Przy przejściu na ultra nie miałaś obaw o swój stan zdrowia i psychiczny? Czym obecna sytuacja różni się od tej poprzedniej?
KS: Wiedziałam, że wejście w taki dystans wiąże się z pracą ze specjalistami. Ja nie jestem w stanie sobie sama pomóc. Nie uważam, że mam nie wiadomo jak piękny i nieograniczony umysł. Z różnymi problemami pomagają mi różni ludzie. Widzę jak to postępuje i idzie do przodu. Moja świadomość się zmienia. Moje przygotowania to nie są tylko ćwiczenia w wodzie i na lądzie. To szereg rzeczy, których nie pokazuję, bo uważam, że póki co niepotrzebne jest tym się dzielić. Chętnie opowiem o tym, po zrealizowanym wyzwaniu.
Tworząc sobie wizję tego wyzwania, ja wiedziałam, że mogę je ukończyć. To nie jest wybujałe. To nie jest zbyt wysoki cel. Wiem, gdzie moje nogi mogą pójść, a gdzie nie. Wiem, że do triathlonu raczej nigdy nie pójdą, bo nie jestem do tego stworzona (śmiech).
A czym ta droga różni się od tamtej? Teraz to nie jest za wszelką cenę. Umiem odpuszczać. Wiem, co się ze mną dzieje. Stawiam na kontakt ze sobą i szacunek do samej siebie. Nie trzymam w sobie emocji, tylko dzielę się nimi.
ZOBACZ TEŻ: Kamil Damentka: „Nasze mentalne mięśnie też wymagają treningu”
NK: Ty za każdym razem pływasz też dla kogoś. Mogłabyś z pływania uczynić po prostu swoją terapię. Ale jednak jest w Tobie jeszcze chęć pomocy.
KS: Ja po prostu lubię pomagać. Od najmłodszych lat pomagałam, bo byłam wmanewrowana w rolę ratownika. Teraz już umiem oddzielić to kiedy chcę pomagać, a kiedy jestem zmuszona do pomagania.
Jestem też mocno wdzięczna za to jak jak ja żyję i co mogę. A są ludzie, którzy nie mieli tyle szczęścia. To im chciałabym dać chociaż ten jeden dzień więcej. Tę jedną atrakcję, z której będą mogli skorzystać.
NK: Wcześniej były medale, igrzyska. Teraz godziny walki i pomoc innym. Zadam proste, ale chyba kluczowe pytanie: Co Ty chcesz osiągnąć pływaniem?
KS: Wróciłam do pływania po wielu latach moich ogromnych traum. Początkowo nie chciałam tego robić – bałam się. A paradoksalnie to w pływaniu odnalazłam radość, wolność i spokój. Wiem jak wielu ludzi boryka się teraz z różnymi problemami. Swoim pływaniem chciałabym pokazać, że każdy może przełamywać bariery, każdy może wyjść z dołków – odnaleźć to, co da mu wolność w tym dziwnym świecie.


Fajna super dziewczyna. Szkoda ze polska myśl szkoleniowa rodem ze związku radzieckiego ,ale trudno się dziwić, tam też układy i agentura