Zaczynała od lokalnych wyścigów i roweru po tacie. Po 10 latach w triathlonie drugi raz awansowała na mistrzostwa świata. Nie ma trenera, nie używa zegarka. Zuza Modzelewska mówi, że sport nie jest dla niej sposobem na udowadnianie czegokolwiek. To wybór. Rytuał. Trudny, ale jej własny.
Zuza Modzelewska ze sportem była związana od zawsze. Pływała, jeszcze będąc małym dzieckiem. Na rowerze jeździła do pracy i na uczelnię. W jej życiu zawsze obecne było bieganie, bo trenowała lekkoatletykę, a po kontuzji zaczęła biegać półmaratony.
Przed triathlonem miała więc już pewne doświadczenie, chociaż dokładnie nie pamięta, jak do niego trafiła. Wspomina, że musiała to być „dość spontaniczna decyzja, którą podjęła niewiele wcześniej”. Zaczęła od prostego stroju triathlonowego i roweru turystycznego po tacie. Od lokalnych nieistniejących już zawodów (gdzie wygrała voucher na imprezę w Stronu Śląskim – nie wykorzystała go) doszła do mistrzostw świata. Niedawno wywalczyła slota właśnie na mistrzowską imprezę w Marbelli!
W rozmowie z Akademią Triathlonu opowiada o 10 latach w sporcie, trudniejszych momentach, które ukształtowały ją jako zawodniczkę i osobę, startach bez zegarka i tym, że age-grouperzy czasem traktują ten sport zbyt poważnie.
Grzegorz Banaś: Pamiętasz jeszcze swój pierwszy start?
Zuza Modzelewska: To musiała być dość spontaniczna decyzja, bo pamiętam, że przyjechałam z Poznania do rodzinnego Szczecina, na chyba dosłownie weekend wolnego decydując o starcie niewiele wcześniej. Zdążyłam kupić tylko najtańszy strój triathlonowy (swoją drogą w piance pływam dopiero od kilku lat), mój pierwszy „wyścigowy” rower to był wyciągnięty z piwnicy aluminiowy turystyczny dwukołowiec po moim tacie, a biegać – coś tam biegałam, ale bez konkretnej struktury.
Tak czy siak – bakcyl został połknięty i po roku wróciłam znów do Szczecina na już nieistniejące zawody, gdzie jakimś cudem zdobyłam medal MP, zajmując 2. miejsce w kategorii z czasem, z którym dziś przepadłabym z kretesem gdzieś na końcu stawki… Ale mam wrażenie, że to były jeszcze takie romantyczne czasy, gdzie rowery czasowe w strefie zmian można było policzyć na palcach jednej ręki, a o butach karbonowych jeszcze nikt nie słyszał. Z ciekawostek – w ramach nagrody za to drugie miejsce dostałam voucher na start w 1/2 IM w Stroniu Śląskim i… nie wykorzystałam go, bo wówczas ten dystans wydawał mi się absolutnie poza moim zasięgiem! Chichot losu, bo to dziś przecież mój dystans docelowy.
Grzegorz Banaś: Opisałaś siebie tak: „Taka jestem. Silna i wrażliwa do bólu jednocześnie. Lubiąca rywalizację i jednocześnie często stająca gdzieś z boku, potrzebująca ciszy”.Triathlon wydaje się idealnym odbiciem tej złożoności – z jednej strony pełen walki i rywalizacji, z drugiej: indywidualny, gdzie każdy zostaje sam na sam ze swoimi myślami, słabościami i wyzwaniami. To właśnie w nim przyciąga?
Zuza Modzelewska: Bardzo ciekawe spostrzeżenie! Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam, ale może to właśnie to! Najważniejsze jest dla mnie jednak to, że zwyczajnie to cholernie lubię. A póki lubię – będę robić.
GB: Przed zeszłorocznymi mistrzostwami świata napisałaś długiego, osobistego posta. Zaczęłaś go od słów: „Jestem sumą doświadczeń. Wielu wzlotów i kilku bolesnych upadków”. Które z tych doświadczeń, pomimo przynoszenia bólu, okazały się najważniejsze?
ZM: Pisząc te słowa, chyba potrzebowałam, oprócz podzielenia się kawałkiem siebie z innymi, trochę przytulić tę siebie sprzed lat i powiedzieć jej „hej, przebyłaś długą drogę i spójrz – jesteś (dosłownie!) na końcu świata, mając rodzinę u boku i za chwilę wystartujesz wśród najlepszych na świecie! Jesteś wielka i już wygrana, bez względu na wynik na mecie”. Co do trudnych doświadczeń, kolejne operacje kolan i długa rehabilitacja to był trudny czas ze względu na przerwę od sportu, ale przez to również taki, kiedy docenia się jeszcze bardziej to, co się traci.
W kwestii mentalnej – depresja dopadła mnie w okresie, kiedy studiowałam dwa kierunki dziennie i pracowałam minimum 200 godzin w miesiącu. Co ważne podkreślania, na własne życzenie! Wydawało mi się wtedy, że jestem szczęśliwa i że spełniam się na wielu płaszczyznach… kiedy tak naprawdę oddawałam coraz więcej siebie, nie zostawiając zupełnie przestrzeni na własne potrzeby.
W tym kołowrotku nie potrafiłam pójść na zwolnienie – bo przecież świat się beze mnie zawali! – tylko przystałam na leczenie farmakologiczne i będąc w procesie terapii, dalej zasuwałam na lekach. Wtedy się bardzo tego wstydziłam, a dziś uważam, że trzeba o takich sprawach mówić głośno. Byłam dorosłą, niezależną dziewczyną, a jednak dopiero bodziec z zewnątrz sprawił, że zaczęłam o siebie dbać, choć ten proces leczenia w pewnym sensie trwa do dziś.
Wszystkim osobom, które wtedy mi pomogły, jestem niezmiennie ogromnie wdzięczna. Mimo że to doświadczenie było i nadal jest bardzo bolesne, wierzę, że było po coś. Może właśnie po to, abym dziś potrafiła wybierać też siebie…?
Teraz staram się pielęgnować wdzięczność za to, że po latach mam najzdrowsze i najsilniejsze ciało mimo tych blizn i robię wszystko, aby ten stan utrzymać.

GB: Pamiętasz ten moment, w którym powiedziałaś sobie: „jestem silna: mogę znowu trenować, mogę być sobą”?
ZM: Takich momentów było w moim życiu kilka. Wpierw – poznanie w klubie triathlonowym mojego przyszłego męża Marcina, który od tamtego momentu jest moim największym wsparciem i motywatorem.
Kolejny – narodziny Jeremiego. Poród był dla mnie nieco mistycznym doświadczeniem i głęboko zakorzenił we mnie poczucie kobiecej siły nie do zdarcia.
A sportowo taki moment to zdecydowanie zeszłoroczny start na 1/2 IM w Bydgoszczy, który nazwałabym wyścigiem dotychczasowego życia, w którym wszystko zagrało.
GB: Jesteś zawodniczką, która wystartowała pierwszy raz „na czucie”. Teraz się tego trzymasz i to wspominasz – startujesz przykładowo bez zegarka. Czemu właśnie w taki sposób? Robisz ten triathlon (i trenujesz) na własnych zasadach?
ZM: Trochę tak jest. Jeśli chodzi o zegarek, mam go dopiero od kilku lat. Przez większość życia trenowałam na czucie i jest mi z tym nadal dobrze podczas startów. Kiedy trenowałam lekkoatletykę, kochana trenerka Ala trzymała zwykły stoper i słyszałam tylko „teraz 75%, 80%, 90%…” i musiałam się nauczyć, co to znaczy biec na określony procent prędkości. W dużej mierze dzięki temu oraz jodze, która jest moją czwartą dyscypliną, potrafię słuchać swojego ciała. I śmiem twierdzić, że wszelkie życiówki pojawiły się w również dzięki brakowi zegarka, który mógłby ograniczyć moją głowę w dniu świetnej dyspozycji. Nie twierdzę, że to jest metoda dla wszystkich, ale u mnie, na razie się sprawdza.
W kwestii samego treningu, od powrotu po ciąży prowadzę siebie sama i z tym też jest mi dobrze. Widmo planu wprowadziłoby tylko niepotrzebną presję, a i pewnie co drugi dzień musiałbym go modyfikować, bo coś w pracy, bo dziecko, bo średnio przespana noc…
Natomiast mam wokół siebie mnóstwo wspaniałych sportowych znajomych i bliskich trenerów, od których czerpię i jakoś tak sobie płynę w tej przygodzie.
Kto wie, być może przyjdzie taki czas, kiedy zdecyduję się na indywidualną opiekę trenera oraz start z zegarkiem, ale na razie dobrze jest tak, jak jest.
GB: Ten start w 2024 roku w Taupo był chyba symboliczny z kilku powodów – 10 lat startów, niełatwe momenty, inspiracja, wsparcie od innych. Czy możesz wybrać jeden moment, który najlepiej zapamiętałaś?
ZM: Hmm, ciężko wybrać jeden, ale nie byłoby mnie i mojej rodziny w Taupo, gdyby nie mój mąż Marcin, który w zasadzie przekonał mnie, abym tego slota wzięła. Wystartowałam wówczas w Jonkoping, to był rok 2023, dopiero zaczęli rozdawać kwalifikacje na Taupo, a ja startując w Szwecji, nie byłam nawet świadoma, gdzie i kiedy będą mistrzostwa.
Zwyczajnie nie brałam pod uwagę, że mogłabym zdobyć kwalifikację, nie myślałam o tym. Za metą miałam dosłownie kilka godzin na podjęcie decyzji i w mojej głowie od razu pojawiło się mnóstwo argumentów na „nie” i gdyby nie Marcin, pewnie nie byłoby podróży na koniec świata…

GB: W Twoich wpisach wielokrotnie pojawia się wątek macierzyństwa. Starasz się motywować mamy i rodziców do startów. Chcesz pokazać: można, ale trzeba poukładać te puzzle?
ZM: Po pierwsze, zamieniam słowo „trzeba” na „chcę” ! To chęć pomaga mi łączyć wszystkie te obszary mojego życia. Gdyby przy triathlonie pojawiło się słowo „trzeba”, to byłby dla mnie znak, że znika czysta radość z samego ruchu.
GB: Jak ty układasz te puzzle i znajdujesz balans pomiędzy sportem, pracą i macierzyństwem?
ZM: Powiedzmy, że to taki płynny balans. Są okresy, kiedy większa intensywność jest po stronie pracy, są takie, kiedy udaje się przekroczyć 10 godzin treningu tygodniowo (tak, takie są realia pracującej mamy, która stara się wycisnąć jak najwięcej jakości z minimalnej sumy treningów), są takie, kiedy staram się być tylko dla syna. Są noce, kiedy śpię 6 godzin, są i takie, kiedy uda się przekroczyć 8.
Z pewnością ogromnych pozytywem jest to, że z mężem mamy raczej dość zadaniowy charakter pracy, bez sztywnych godzin 8-16 w biurze, co pozwala nam te puzzle łatwiej układać. A kiedy przychodzi zwątpienie, to myślę sobie o tym, jak jako sportowi rodzice dajemy piękny przykład dziecku, jak ważna jest pasja w życiu i podążanie za tym, co dyktuje serce. Jeśli taką lekcję wyniesie Jeremi dla siebie, będę spełniona.
GB: Wystartowałaś w Kraichgau…i wywalczyłaś kwalifikację na MŚ w Marbelli, zajmując też 15. miejsce OPEN. Można chyba powiedzieć, że kolejną dekadę w triathlonie zaczynasz z wysokiego c. Jak zapamiętałaś ten wyścig?
ZM: Sam wyścig był wspaniały, choć dużo na nim siebie zostawiłam. Przygotowania wiosenne poszły bardzo dobrze, mimo że czasu od powrotu do treningu po roztrenowaniu po Taupo w sumie zbyt wiele nie było. Udało się jednak zaliczyć dwa obozy i górskie bieganie, które w moim przypadku świetnie oddaje później na asfalcie. Wszystko szło dobrze do… pięciu dni przed startem, kiedy się przeziębiłam, a potem również nasz syn. Wyjeżdżaliśmy z bólem głowy, gardła i zapchanym nosem.
Pierwsza noc w Bawarii w namiocie w 0 st. C wniosła trochę obaw o moją dyspozycję na start, jak i to, czy nasza wycieczka nie zamieni się zaraz w kempingowy szpital. Dodatkowo prognozy wskazywały deszcz, a ja miałam wystartować na nowym dla mnie rowerze, na którym przejechałam ledwie kilka treningów na dworze… Ale dzień przed startem wymieniałam wiadomości z Martą, znajomą trenerką pływania, z którą towarzysko pływam na co dzień i kiedy napisałam do niej o przeziębieniu i o tym, że zdecydowałam się wziąć przeciwbólowe tabletki, co robię bardzo rzadko, ona odpisała, że to szkoda, ale że „forma jest i nie powinno to aż tak bardzo wpłynąć”.
I to są oczywiście tylko słowa, ale pozwoliły mi przetasować nastawienie w głowie i zwyczajnie skupić się na robocie. Popłynęłam wreszcie poniżej 30 minut, na rowerze czułam się mocna, szczególnie na podjazdach, a bieg… do 17-stego kilometra nie miałam świadomości pozycji ani czasu. Dopiero wtedy minęłam Marcina i Jeremiego i usłyszałam „10 sekund do podium”, dałam im buziaka i dzięki temu wsparciu docisnęłam na końcówce biegu, zaliczając najszybszy półmaraton w ramach triathlonu. Trzecie miejsce wygrane o kilkanaście sekund i kwalifikacja – plan maksimum wykonany!
GB: Podkreślasz często ten hashtag „love the process”. Czy jako zawodniczka, która idzie własną drogą i podkreśla właśnie ten proces, trening, drogą – myślisz też o celach związanych z dużymi imprezami?
ZM: Szczerze mówiąc – za bardzo nie myślę o tych dużych imprezach. Prawda jest taka, że ten slot na Marbellę jest pierwszym, o który walczyłam świadomie, który zaplanowałam. Pierwszą kwalifikację wypełniłam jeszcze na początku w ciąży, w 2020 roku, kończąc wirtualną wersję 1/2 IM, ale slota nie wzięłam, bo data MŚ przypadała na 6-sty miesiąc ciąży, a nie obowiązywały wtedy jeszcze przenosiny dla ciężarnych na kolejny rok.
Z kolei kwalifikacja do Taupo to, jak już wspomniałam, dzieło spontanicznej decyzji podjętej na mecie. Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia i cieszę się, że w tym roku udźwignęłam presję, które sama na siebie nałożyłam i trochę już nie mogę się doczekać tej Marbelli. Natomiast sam udział w mistrzostwach traktuję jako nagrodę dla mnie i mojej rodziny – bo to zawsze przyczyna wspólnej podróży – a nie cel sam w sobie.

GB: Twoje 10 lat w triathlonie zamknął start w Taupo na mistrzostwach: byłaś tam 2. Polką. Podsumowałaś tam, że był to niezwykle trudny wyścig, jesteś z siebie dumna i głowa wytrzymała „chociaż tak wiele nie poszło”. Czyli w tym roku jest przestrzeń na rewanż?
ZM: Ja mam takie podejście, że ścigam się wpierw sama ze sobą, a później z całą resztą stawki. Wydaje mi się, że specyficzny profil trasy kolarskiej będzie mocno selektywny i tu akurat pokładam swoje nadzieje, bo mimo braku czasu na konkretny i dłuższy trening kolarski, podjazdów się nie boję, bo mam je na co dzień w wydaniu miejskim.
Natomiast w kwestii rewanżu, to mam świadomość, że w Taupo nie było sporej części europejskiej stawki, która będzie w Hiszpanii bardzo mocna, więc do swoich aspiracji podchodzę z pokorą. Chciałabym przede wszystkim być na starcie swoją możliwie najlepszą wersją i zobaczymy, w jakim stopniu to wystarczy.
GB: W swoich wpisach wielokrotnie podkreślałaś właśnie siłę mentalu i to, że głowa „pcha do przodu”. Zajrzyjmy w Twój umysł: jak to robisz?
ZM: Bycie mamą daje mi dziś ogromny dystans. Uwielbiam triathlon i ściganie, ale mam dziś nieodparte wrażenie, że coraz więcej zawodników AG bierze to wszystko zbyt poważnie – a przecież mamy ten komfort, że to jest nasze hobby, a nie zajęcie, od którego zależy, czy będziemy mieli za co zapłacić rachunki. Zatem – dystans, który pomaga ustawić mi priorytety oraz wdzięczność za każdy trening, bo tylko sportowi, pełnoetatowi rodzice wiedzą, jak czasem ciężko jest wycisnąć, chociażby godzinę dla własnej aktywności. To przekłada się na czerpanie czystej radości z każdego treningu i każdego startu. Wynik jest tylko i aż pochodną.
GB: Dziękujemy za rozmowę.
Ty oszczędzasz, my tworzymy!
Akademia Triathlonu działa bez stałych sponsorów – wspierasz nas, używając kodu „akademiatriathlonu”. To dzięki Tobie możemy popularyzować i rozwijać triathlon w Polsce oraz tworzyć kolejne angażujące treści!
Nasze działania możesz wesprzeć również w systemie Patronite.

