Startuje od kilku lat i często można go spotkać na lokalnych zawodach. Wojciech Meissner, kiedyś perfekcjonista treningowy, dziś podchodzi do sportu z większym spokojem. Jak sam mówi – dojście do właściwego podejścia zajęło mu lata. Dziś wie, że triathlon może być stylem życia, ale nie musi pochłaniać całej uwagi.
Wojciech Meissner przygodę ze sportem zaczynał od siatkówki. Grał w 3-ligowych klubach, a później reprezentował poznański AWF na Akademickich Mistrzostwach Polski. W triathlonie zadebiutował z ciekawości kilka lat temu. Sport całkowicie go pochłonął, a dzisiaj często startuje na zawodach, gdzie wszystko się zaczęło – GREATMAN Triathlon.
W tym roku zadebiutuje na pełnym dystansie. Mówi jednak, że nie zawsze coraz dłuższe wyścigi są prawidłową drogą. Rozmawiamy o treningach i startach, zamiłowaniu do liczb i tym, jak nauczył się odpoczywać.
Grzegorz Banaś: Twoim pierwszym startem były zawody GREATMAN, w których wziąłeś udział wraz z bratem. Jak to zapamiętałeś?
Wojciech Meissner: Aż ciężko w to uwierzyć jak te 6 lat szybko minęło i patrząc, że nadal jestem w tym sporcie i czerpię z niego całą gamę emocji, to chyba można powiedzieć, że pierwszy start i sezon był tylko małym zapalnikiem. Teraz, jak do tego wracam, człowiek sam się śmieje ze swoich błędów i niektórych rozwiązań, a w tamtym momencie wydały się super pomysłem. Krok po kroku można powiedzieć, że zaczynam rozumieć tę dyscyplinę i do wielu rzeczy podchodzę już inaczej.
Mam bardzo liczną rodzinę, w której bracia także są całkiem aktywni, więc takie starty to sama przyjemność i wzajemna motywacja, choć każdy walczy o inne cele. Dodam, iż nadal jeden z braci jest aktywny w triathlonie i niedługo będzie debiut na 1/2 IM, a głośno myśląc, dalibyśmy radę wystartować aż w 5-osobowym składzie spokojnie na 1/4 IM jako np. MEISSNER family team (śmiech).
GB: A jak przez te sześć lat zmieniło się Twoje postrzeganie triathlonu? Czym dzisiaj dla Ciebie jest?
WM: Nowa pasja to idealne określenie. W sporcie i życiu nigdy nie lubiłem i nie umiem przegrywać, nigdy nie lubiłem kończyć danej rzeczy z myślą, że dałem ciała. Także początkowo do triathlonu podchodziłem z nazbyt profesjonalnym podejściem. Już od samego początku, choć zdecydowanie nie miałem dobrego sprzętu, czy topowej formy, zwracałem uwagę na bardzo wiele detali i szczegółów nie tylko w treningu (sen, regeneracja, odżywianie).
Chciałem robić wszystkie treningi idealnie. Brzmi to super, lecz jako age-grouper wchodzący do tego sportu najważniejsze jest co innego, a mianowicie: dobra zabawa, słuchanie swojego ciała i niestosowanie podejścia 100% triathlon. To wszystko grozi szybkim wypaleniem.
Dzisiejsze podejście kształtowało się kilka lat i choć śmiało ktoś może powiedzieć, że nie jestem wybitnym zawodnikiem, jak na tyle lat treningu i za wiele nie osiągnąłem przez ten czas, to osobiście bardzo dobrze wiem, jaką wykonałem pracę fizyczną i mentalną. Więc aktualne podejście jest zdecydowanie inne. Znam swoją wartość, swoje mocne i słabe strony, wiem kiedy trzeba dołożyć do pieca, a kiedy wyciągnąć nogi i odpocząć. Także dziś zdecydowanie triathlon to styl życia, w którym bardzo pragnę mocno się rozwijać i podchodzić do wielu rzeczy z większym luzem, słuchać organizmu, czy głowy.

GB: Jesteś zawodnikiem, który chętnie dzieli się wyścigowymi liczbami. Będąc z zawodu trenerem, lubisz wyznaczać sobie samemu takie cele czasowe, skrupulatnie śledzić liczby i rygorystycznie oceniać się po zawodach?
WM: Oj tak śmiało mogę powiedzieć, że lubię cyferki i choć z matematyki nigdy wybitny nie byłem, to jednak porównując wiele rzeczy, możemy w bardzo łatwy sposób sprawdzić, czy idziemy w dobrą stronę jeśli chodzi o rozwój. Stawiam jednak te wszystkie cyfry na równi z subiektywnym odczuciem, bo jeśli sam przed sobą mogę powiedzieć, że dałem rzetelnie, ile miałem w danym dniu, czy to na treningu, czy zawodach – to jest OK. U mnie strefy podczas wysiłku to nie tylko sztywne liczby, ale słuchanie organizmu i głowy. Inne cyfry podaję zregenerowane ciało, a inaczej to wygląda, gdy mamy nogi z betonu i słabo przespaną nockę, a w kalendarzu kolejna jednostka.
Cyfry to nie wszystko i zawsze to podkreślam. Szykując się pod dany start, są one jednak moim punktem wyjściowym. Daje sobie widełki podczas etapu kolarskiego i biegowego, w których fajnie jakby udało się zrealizować wyścig, bo zazwyczaj są lekko podbite dla motywacji. Równie mocno oceniam aktualną realną sytuację wyścigu i własne zmęczenie. Czy oceniam się rygorystycznie? Myślę, że nie. Wyciągam wnioski, dobre i słabsze strony wyścigu i śmigam dalej.
GB: Opisujesz siebie jako człowieka, który lubi skrupulatnie planować. Czym jest dla Ciebie dobrze wyznaczony cel?
WM: Myślę, że to właśnie aktualnie trochę się zmienia. Dawniej musiałem mieć rozpisany każdy trening, przyspieszenie, interwał i zgrać to na zegarek, a teraz coraz częściej śmigam właśnie na odczuciach. Kiedyś startowałem trochę mniej i do każdego wyścigu właśnie skrupulatnie planowałem strategię, a teraz startuję więcej, ale zdecydowanie mądrzej. Dobrze wyznaczony cel można by rzec, że to priorytet i nie wolno tego zlewać. Ma być motywujący i wymagający, by nawet jak się nie chce zrobić robotę, ale również realny do osiągnięcia, by finalnie mimo świetnej pracy nie skończyć smutny. Myślę, że często moim celem na dany dzień to dać dobry wyścig i rzetelnie przed sobą powiedzieć ,,Good job Wojtek””.
GB: Bardzo często możemy zobaczyć Cię na zawodach GREATMAN i często… stoisz z ciastem na podium. Ale to dla Ciebie chyba coś więcej niż wyścigi – to trochę jak rozmowa z własnym „ja” sprzed roku?
WM: Lubię te zawody! Atmosfera, zbijane piątki ze znajomymi, zmierzone trasy i porównanie samego siebie z poprzednich edycji. Ciasto na podium hmmm. to fajna słodka nagroda za dobrze wykonaną pracę. Przed każdym startem jak i w życiu codziennym raczej faktycznie trzymam odpowiednie odżywianie – zawsze po wyścigu i na następny dzień małe luzowanie i w domu już są przyzwyczajeni, że wracam z ciastem, które mogę z ogromną przyjemnością pochłonąć. To jest właśnie kolejny plus w triathlonie, spalamy kosmiczną ilość kalorii, więc duży kawałek ciasta nawet jest wskazany.
GB: W tym sezonie chcesz zrealizować Twój największy sportowy cel – pełny dystans. Wystartujesz w Malborku. Ten cel dojrzewał w Tobie przez lata. To chyba taki symboliczny moment i sezon, który kończy pewien rozdział i rozpocznie nowy?
WM: Tak, zdecydowanie. Może nie jest to mój największy cel. Ale wyzwanie na pewno. Przez poprzednie lata nie miałem parcia, by odhaczyć pełny dystans, jak to robią inni zostać ,,Ironmanem’’ i odejść od triathlonu. Ja chciałem się ścigać, chciałem być coraz szybszy i dystanse jak ¼, czy 1/2 zdecydowanie mi wystarczały.
Warto pamiętać i to często podkreślam, bo u nas w Polsce jest jakaś dziwna nagonka medialna na dystans, a nie zawsze więcej znaczy trudniej. Robiłem już bardzo wiele razy długie rzeczy głównie na rowerze jak 300 km praktycznie w ciągu, czy obozy górskie w Szklarskiej Porębie, gdzie każdego dnia jeździłem około 150 km i robiłem od 2 nawet do ponad 3 tysięcy wznosu i myślę, że to zaspokoiło potrzebę długiego dystansu. Nie przeczę jednak, że debiut w Malborku rozpocznie coś nowego.
GB: W tym sezonie wygrałeś Open zawodów w Kościanie. Jak wspominasz ten wyścig? Przełomowy w drodze do większych celów, czy raczej spokój i potwierdzenie, że jesteś na właściwej drodze?
WM: Niewątpliwie uśmiech, radość i zadowolenie! Głównie tak będzie kojarzyć mi się ten dzień – podchodzę do tego z dystansem i chłodną głową. Choć GREATMAN to super zawody to jednak nie były to mistrzostwa świata, więc start to potwierdzenie, że forma idzie w dobrą stronę, fajne podbudowanie pewności siebie, że jednak już jestem na całkiem solidnym poziomie, oraz pozytywny kop motywacyjny być jeszcze lepszym.
Traktuję to jako potwierdzenie swoich możliwości, że jak wykonam rzetelnie swoją pracę, będę w topce danych zawodów. Raz wygram, innego dnia będę 3., czy nawet 5. i 10. Dobry wyścig z moimi możliwościami to raczej górna część stawki.

GB: Starty, emocje i adrenalina towarzyszą Ci bardzo często. A jak znajdujesz w tym wszystkim czas na odpoczynek? Jak uczysz się odpuszczać?
WM: Lubię te wszystkie emocje związane z wyścigiem. To właśnie po to tyle trenujemy. Nie sztuką być mistrzem treningu. Trzeba to pokazać właśnie w starcie z innymi. Cały czas mocno wierzę, że zdecydowanie najlepsze jeszcze przede mną, ponieważ często mam wrażenie, iż lepiej trenuję, niż startuję, oraz mój organizm bardzo szybko się regeneruje, to jednak warto czerpać z sezonu, ponieważ później wiele miesięcy musimy na niego czekać.
Startować – pewnie. Trzeba koniecznie złapać złoty środek właśnie z odpoczynkiem, by się nie zajechać oraz znaleźć czas na wyciszenie i zmaksymalizowanie formy w starcie A. Długi coffee ride, domowa neapolitańska pizza, ciekawa książka fantasy, spacer z psem – tymi właśnie sposobami odpoczywam fizycznie i psychicznie.
GB: Od tego sezonu zdecydowałeś się trenować samemu. Co skłoniło Cię do tej zmiany?
WM: Jednym i szczerym słowem – życie. Niestety ten rok rozpoczął się dla mnie bardzo ciężko i to pod wieloma aspektami. Nagła i niespodziewana utrata najbliższej dla każdego osoby, a więc śmierć mamy. Zamknięcie aktualnego miejsca pracy, w którym przez 4 lata dawałem z siebie wszystko i poznałem super ludzi oraz kilka innych sytuacji, na które teraz już z czasem patrzę jako mniej istotne, lecz absorbujące. Doszło mi wiele czysto życiowych obowiązków i decyzja o przejściu na funkcję self-coach wyszła dość naturalnie ponieważ głupio mi było otrzymywać plan treningowy od trenera, a następnie ciągle prosić o zamianę jednostek. W tamtym terminie często musiałem bardzo kombinować, by układać wszystkie puzzle w całość, radzić sobie z trudami życia i jeszcze budować formę.
Szczerze mówiąc początek roku był etapem, w którym miałem trochę dość triathlonu i myślałem, czy to wszystko ma sens i przyznaję, że najwięcej czasu spędzałem na rowerze, zaniedbując bieg i pływanie, lecz właśnie podczas kręcenia najbardziej czuję flow i pojawia się wiele rozwiązań.
Muszę wspomnieć, że podczas planowania tego sezonu i ogólnie przygotowań do niego przez kilka miesięcy byłem członkiem Triathletic Team, a więc pod skrzydłami Sergiusza Sobczyka, z którym współpracowało mi się świetnie – właśnie powyższe problemy wymusiły zmiany. Przyszły sezon? Kto wie. Myślę, że raczej chciałbym być członkiem małej, fajnej i zgranej ekipy treningowej pod okiem doświadczonego trenera, a jeszcze lepiej jeśli byłoby to w miarę blisko mojego miejsca zamieszkania.

GB: Wspominałeś ostatnio o tym, że czasem „szukasz też oddechu”. Jak dbasz o mental i sferę psychologiczną? Masz swoje sposoby na reset głowy?
WM: Kocham sport i szeroko pojętą aktywność fizyczną, więc tutaj nie mam problemu. Nie wyobrażam sobie choćby kilku dni bez ruchu, więc gdy tylko pojawia się znużenie triathlonem delikatnie odchodzę od rozpiski i robię to na co głowa ma ochotę, lub co działa jeszcze lepiej zmieniam miejsce otoczenia treningowego, a czasem nawet aktywność. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że poza triathlonem drugą pasją jest trekking w górach, które odwiedzam regularnie kilka razy w roku wspinając się najchętniej po Tatrach Wysokich. Oczywiście kolejnym lekkim resetem jest także aspekt odżywiania, w którym patrząc na nasze spalane kalorie raz na jakiś czas śmiało można sięgnąć po coś ,,mniej zdrowego’’.
GB: Jakie jest największe sportowe, triathlonowe marzenie i cel Wojciecha Meissnera – coś, co napędza Cię każdego dnia?
WM: W zdrowiu przez wiele kolejnych lat cieszyć się jak teraz procesem treningowym i atmosferą zawodów, by finalnie stanąć na starcie mistrzostw świata Ironman age group na dystansie 1/2IM oraz IM. Być członkiem zgranej, na solidnym poziomie i pozytywnie zakręconej lokalnej ekipy triathlonowej, w której regularnie spotykamy się wspólnie z trenerem i przesuwamy własne granice, a jak już mamy głowę w chmurach to fajnie byłoby podłapać kilka współprac partnerskich, rozwinąć choć trochę własną markę osobistą i ścigać się na topowym sprzęcie, który tak często podziwiam z zachwytem (śmiech).
GB: Dziękuję za rozmowę!
Ty oszczędzasz, my tworzymy!
Akademia Triathlonu działa bez stałych sponsorów – wspierasz nas, używając kodu „akademiatriathlonu”. To dzięki Tobie możemy popularyzować i rozwijać triathlon w Polsce oraz tworzyć kolejne angażujące treści!
Nasze działania możesz wesprzeć również w systemie Patronite.

