Nie spał przez bijący co godzinę dzwon, walczył z dusznym powietrzem i biegunką, która dopadła go przed startem. A mimo to stanął na podium IM Vitoria-Gasteiz, mając czas 8:19:03 – lepszy niż w dwóch poprzednich startach, które kończył marszem. – To jeszcze nie był mój pełny potencjał – mówi Maciej Ogrodnik. Liczy, że ta układanka zaskoczy w Nicei.
W niedawnych zawodach IRONMAN Vitoria-Gasteiz Maciej Ogrodnik dopisał do resume kolejny doskonały wynik – zajął 3. miejsce w Open. Zawodnik opowiedział Akademii Triathlonu o współpracy z nowym trenerem Patrickiem Marseille (który trenuje również m.in. Kacpra Stępniaka), portugalskim starcie pełnym przygód i przygotowaniach do mistrzostw świata we Francji. Co zadziałało, a co chciałby poprawić? Co zmienił w treningu?
Grzegorz Banaś: Zrezygnowałeś ze startu w Sierakowie i jak napisałeś „rozpocząłeś sezon w maju”. Można więc powiedzieć, że jest zdecydowanie inny niż poprzednie. Skąd taka decyzja?
Maciej Ogrodnik: Sezon triathlonowy w tym roku faktycznie rozpocząłem dopiero teraz. Od razu pełny dystans. Poszło nie najgorzej. Nie był to natomiast optymalny start.
Skąd ta decyzja? Finalnie zdecydowałem się, aby jak najwięcej czasu poświęcić na przygotowania do zawodów, które są dla mnie najważniejsze – mistrzostw świata w Nicei, które odbędą się 14 września. A sporo treningowo się u mnie działo dobrego i złego. To złe właśnie w pierwszej części roku. Spowodowało to też, że rezygnowałem właściwie z jednego startu – właśnie Sierakowa.
GB: Patrząc na Twoje media społecznościowe, zastanawiam się też, czy taki „spokojniejszy sezon” z głównym celem, to też nieco inne podejście mentalne?
MO: Jeśli chodzi o kwestie mentalne lub inne spojrzenie na sezon, to nie miałem tego w planach uskuteczniać, czy patrzyć pod tym kątem. Wiedząc, że najważniejsza impreza jest na koniec sezonu, czy bliżej końca, to miałem podejście, że mniej startuję, buduję formę w sezonie i to jest naprawdę optymalnie. Żeby faktycznie na koniec sezonu być w najlepszej dyspozycji, a nie wyprztykać się z wszystkich bodźców.
GB: Jakie było Twoje nastawienie przez IRONMAN Vitoria-Gasteiz? Pisałeś, że było trochę chaosu. Ale chyba w głowie masz ciągle ten cel: wygrać klasyfikacje Open, prawda?
MO: Miałem pewne założenia ustalone z trenerem i one pokrywały się z moimi. Zależało mi, aby zrobić swój własny wyścig na maksimum możliwości. To miało mi dać dobry wynik. Przed zawodami czułem się dobrze. Może nie jakoś kosmicznie, ale tempo, prędkości i samopoczucie dawały nadzieję na solidny wynik.
Chaos odnosił się do samych przygotowań. Zacząłem współpracę z nowym trenerem Patrickiem Marseille z Niemiec. Mimo że współpracujemy od marca, to cały czas się uczymy. Nierzadko trzeba było modyfikować plan w stosunku do tego, co mój organizm może przyjąć. Reagowaliśmy na tyle szybciej, że ta forma mi nie spadała. Może nie było to optymalne przygotowanie, bo ta systematyczność to było to, czego potrzebuje organizm do rozwoju, wciąż jednak stałem na linii startu, wiedząc, że nie jestem przemęczony, co mi się wcześniej często zdarzało.
Tak, moim celem cały czas było i jest wygranie klasyfikacji open w Ironmanie. Teraz też w to celowałem. Nie wiedziałem, z kim się będę ścigał, ale patrząc mniej więcej na czasy, sądziłem, że się uda. Nawet w optymalnych warunkach (których nie było – przykładowo mieszkałem w jakimś sanktuarium, gdzie co chwilę słyszałem dzwon, który wybudzał mnie w środku nocy) nie dałbym rady mieć czasu jak zwycięzca (8:06:03 – przyp. red.). Brakowało klimatyzacji, było bardzo duszno. Jestem wrażliwy pod tym kątem. Stając na linii startu, miałem wrażenie, że nie dożyję do mety, bo czułem się zmęczony, chociaż jeszcze nawet nie wystartowaliśmy.
Był też chaos podczas samych zawodów. Zdarzyły się efekty losowe – biegunka, która złapała mnie dwa dni przed startem. Ale właśnie w dniu startu było apogeum. Podczas pływania i roweru starałem się wstrzymywać, co było łatwiejsze, bo nie ma takiego podrażnienia żołądka gwałtownymi ruchami. Podczas trzeciej z czterech pętli biegu maratonu musiałem skorzystać z toalety. Kosztowało mnie to dwie minuty, co jak widać po wynikach (Maciej stracił 5 sekund do 2. miejsca) miało duże znaczenie.

GB: Opowiesz nam jak wyścig w Gasteiz wyglądał z Twojej perspektywy?
MO: Wstałem około 2,5 godziny przed startem. Zjadłem śniadanie, miałem przygotowany bidon z izotonikiem, aby się nawadniać i uzupełniać węglowodany, bo przed wyścigiem łatwiej wchodzą. Pojechaliśmy z tatą na miejsce startu. Przygotowania roweru były bez problemu, a tata mi pomagał. Zacząłem rozgrzewkę 25 minut przed startem. Ubrałem piankę i ustawiłem się na linii. Ludzie byli już ustawieni w swoich falach, a ja przeciskałem się do przodu, aby nie tracić i mieć kontakt z czołówką.
Okazało się, że byłem w pierwszej linii. Wystartowałem. Pomimo że przed zawodami czułem się zmęczony, to adrenalina robi swoje. Byłem gotowy na ściganie. Miałem wrażenie, że początek wyglądał dobrze. Po 200-300 metrach, kiedy tempo się znormalizowało, przekładałem tak z ręki na rękę, żeby utrzymać nogi danej grupy. Martwiło mnie to, że tempo może być za niskie, ale wiedziałem, że pływaniem mogę stracić najwyżej 2 minuty i nie będzie to miało znaczenia.
Po wyjściu z wody zobaczyłem na zegarku, jaki mam czas. Troszeczkę się rozczarowałem. Wiedziałem, że to dopiero początek. Strefa zmian wygląda u mnie zwykle bardzo dobrze w stosunku do reszty, a więc tutaj nadrobiłem kilka pozycji.
GB: Z roweru byłeś zadowolony?
MO: Po treningach wszystko wskazywało, że będzie dobrze. Zakładałem czas tak w okolicach 4:20-4:21h. Warunki były dobre. Bardzo nie wiało. Było pochmurnie, więc słońce nie przeszkadzało. Na rowerze jechaliśmy 2,5 pętli. W ciągu 20 minut dojechałem grupę główną. Najpierw była jedna, którą wyprzedziłem i mi się złapała chyba na koło. Prowadziłem całą tę zebraną grupę, aż w pewnym momencie ktoś mi dał zmianę. Minęło 70 kilometrów. Grupa się przerzedziła. Z piętnastu osób zostały cztery. Czułem się lepiej i wyszedłem na prowadzenie, które utrzymywałem przez około 40 km. Nie miałem problemu ze swoją strategią i żywieniem (tym, które bidony brać na strefach bufetowych). Wszystkie węglowodany miałem na rowerze. Wystarczyło tylko w odpowiednim momencie spożyć.
Popełniłem jednak błąd taktyczny. Około 110 km jeden z zawodników wyszedł mi na zmianę i zrobił taką dziurę. Ja nie chciałem tego sklejać i ta przerwa się powiększała. W ten sposób rywale mi odjechali i resztę roweru jechałem już sam. To nie pomagało mentalnie, bo przecież wcześniej prowadziłem. Tempo niespecjalne jednak siadało, a więc byłem zadowolony. Ze stratą 2,5 minuty wjechałem do T2. Tam nadrobiłem dobre kilkadziesiąt sekund do pierwszej dwójki i ruszyłem na bieg.

GB: Z biegania chyba nie do końca się cieszyłeś, bo jak napisałeś: „wszystko siadło”….
MO: Wiedziałem, że będzie najwyższa temperatura i najwięcej słońca. Liczyłem, że skoro biegamy po mieście, to tych zacienionych miejsc będzie więcej. Okazało się, że jest inaczej. Na pierwszej pętli starałem się znaleźć swój rytm. Oczywiście pilnowałem picia i jedzenia. Po 5 km poczułem się lepiej. Tak to utrzymywało się do końca drugiej pętli. Wtedy jednak już tak dokuczał mi żołądek – chęć skorzystania z toalety była bardzo duża. Większy problem miałem z tym niż właśnie z tempem lub samym wysiłkiem na trasie.
Tata dawał mi feedback o tym, gdzie jestem (co 10 kilometrów). Myślałem, że mam przewagę nad trzecim zawodnikiem. Zdecydowałem się skorzystać z toalety. Strój jest mocno dopasowany, a więc siłowanie się z nim zajęło mi trochę czasu – straciłem dwie minuty. Tempo zaczęło mi siadać. Nie wiem, czy przez temperaturę, ale zacząłem odczuwać zmęczenie. Tętno nie rosło. Ogólnie więc ostatnie 1,5 pętli to był taki survival mode, który na pewno nie pomagał psychicznie, aby kontynuować. Świadomość zajmowania 2. miejsca pomagała, a to właśnie pozycja, a nie czas, były najważniejsze.
Chciałem wygrać, ale po tych przygodach 2. miejsce uznałbym za sukces. Usłyszałem, że tracę czas na tej części do tego trzeciego. Na nawrotkach widziałem jednak, jaką mam „stratę”. Wydawało mi się, że dzielą nas 2 minuty. Nie wiedziałem jednak, że ten rywal wystartował później, a więc miał taki handicap, że zdawał sobie sprawę, w jakiej jest sytuacji. Skończyło się tak, że rywal był na mecie 5 sekund przede mną, chociaż w rzeczywistości wbiegł na metę 2 minuty za mną.
GB: Jak ogólnie oceniasz ten start i czas?
MO: Czas wydaje się być w porządku. Zakładałem jakiś bliżej 8:10h. Te wszystkie powody (biegunka, nieprzespane noce, nieodpowiednia ilość sodu) spowodowały, że to tempo mi tak siadło.
Trzecie miejsce, 8:19:03, to nie jest najgorszy wynik, biorąc pod uwagę, że dwa ostatnie pełne dystanse kończyłem marszem, dochodząc do mety. To było na pewno lepsze ściganie niż wcześniej. Nie był to też zdecydowanie występ na miarę moich możliwości. Mam nadzieję, że pokażę jeszcze na biegu oraz na wodzie, że stać mnie na więcej. To wskazują treningi. Mam nadzieję, że w Nicei wszystko zagra.

GB: Ogłosiłeś, że współpracujesz teraz Patrickiem Marseille, trenerem, który pracuje też z Kacprem Stępniakiem oraz Tomkiem Szalą i tej współpracy zawdzięczasz taki progres na rowerze. Nad czym pracowaliście? Co zmieniliście?
MO: Trudno mi jest tak jednoznacznie wyjaśnić, czym się różni przygotowanie pod zawody w stosunku do tego, co robiłem z Jackiem Krawczykiem. W treningu rowerowym podejście jest takie, żeby je bardziej podzielić. Jest to sport, który mniej obciąża układ kostny i mięśniowy niż bieganie, więc sumarycznie treningu jest więcej, jest częściej i ciężej.
Gdyby to złączyć, to powiedziałbym, że tych bodźców jest więcej, więc jest to większy stymulant. Jest to na tyle mądrze ułożone, że są to małe bodźce. Jednostki z interwałami są trzy w tygodniu, ale są to takie mniejsze i drobniejsze zadania. Ogólnie organizm ma przestrzeń na adaptację. To też kwestia aerodynamiki. Tutaj podziękowania dla Jasia Kępińskiego, który dał mi kilka rad.
GB: Jak będą wyglądały Twoje ostatnie przygotowania do Nicei? Nad czym będziesz się koncentrował?
MO: Zostały dwa miesiące, a więc wchodzimy w decydującą fazę. Odpocząłem już po zawodach w Hiszpanii. Opcje są dwie. Pierwsza, to możliwość wyjazdu w wysokie góry, aby trenować pod kątem specyficznym, tego co mnie czeka, a z drugiej strony by był też bodziec erytropoezy, przebywania na wysokości, poprawił mi parametry krwi i zwiększył wydolność.
Druga opcja to spędzenie czasu w polskich górach i przygotowywać się w niższych partiach. Na dniach będę to wiedział. Wiem, że będę robił dużo przewyższeń na rowerze i będą to najbardziej intensywne do tej pory – bogate w specyfikacje zawodów IRONMAN, na takich umiarkowanych intensywnościach.
GB: Nicea to specyficzna trasa. Startowałeś już tam i wiesz, czego można się spodziewać. Teraz poziom będzie wysoki, bo to impreza mistrzowska. Celujesz w to, aby po wyścigu napisać (co kiedyś wspominałeś): „to był start na miarę moich możliwości”?
MO: Startowałem w Nicei już dwa razy. Znam tę trasę, chociaż nie mówię, że na pamięć. Zdecydowanie mi siedzi. Nie jestem dużym, a więc ciężkim zawodnikiem. O ile wszystko zagra (co będę wiedział w ciągu najbliższych tygodni), to liczę, że mam szansę zająć wysokie miejsce. Jest to oczywiście mój najważniejszy cel w tym roku. Chcę powiedzieć na koniec dnia, żeby był to start na miarę moich możliwości i nie było dużych błędów. O tym marzę od dłuższego czasu. Tego sobie życzę.
Mam wrażenie, że mam wszystkie puzzle. Muszę je tylko odpowiednio poskładać w jeden obrazek, aby zobaczyć efekt tej pracy.
GB: Dziękuję za rozmowę.
Ty oszczędzasz, my tworzymy!
Akademia Triathlonu działa bez stałych sponsorów – wspierasz nas, używając kodu „akademiatriathlonu”. To dzięki Tobie możemy popularyzować i rozwijać triathlon w Polsce oraz tworzyć kolejne angażujące treści!
Nasze działania możesz wesprzeć również w systemie Patronite.

