Wróciła po kontuzji i zdobyła dwie kwalifikacje na mistrzostwa świata. Aleksandra Wiertelak: „Ciche cele są zdrowsze dla mojej psychiki” 

Aleksandra Wiertelak łączy pracę w szpitalu z treningami triathlonowymi. Sama doznała kontuzji, która wykluczyła ją z triathlonu na blisko 1,5 roku. Jak przyznaje, kilka razy miała myśl, żeby zrezygnować z triathlonu. Ostatecznie wróciła do ścigania, a kontuzja, paradoksalnie, pomogła jej zbudować formę. W sezonie 2025 zdobyła już dwie kwalifikacje na mistrzostwa świata IRONMAN 70.3. 

Aleksandra Wiertelak na co dzień pracuje jako pielęgniarka. W triathlonie jest od  kilku lat. W 2022 roku wystartowała w mistrzostwach świata w Abu Dhabi. W kolejnym sezonie doznała poważnej kontuzji, a cały rok był dla niej sinusoidą. 2024 stanął dla niej pod znakiem powrotu, a w triathlonie szukała ponownego czerpania radości ze sportu. W 2025 wyznaczyła sobie dużo większe cele. 

Nikodem Klata: Ostatni raz wywiadu dla Akademii Triathlonu udzielałaś w listopadzie 2022. To było jeszcze przed mistrzostwami świata w Abu Dhabi. Tym mistrzostwom towarzyszyło sporo pozytywnych emocji. O Twojej osobie zrobiło się nieco głośniej w mediach, a najbliżsi zmotywowali się, żeby pomóc Ci w realizacji wyjazdu. W tym roku miną trzy lata od mistrzostw. Jak dzisiaj wspominasz ten start?

Aleksandra Wiertelak: To było niesamowite. Odbiór był bardzo pozytywny. Przed mistrzostwami mało kto wiedział, że trenuję triathlon. Mało kto w ogóle wiedział co to jest triathlon (śmiech). Po mistrzostwach, do dzisiaj, cały czas ktoś z moich znajomych mnie podpytuje – jak poszły zawody, gdzie się wybieram, jak idą treningi. Jest też sporo osób, które same zaczęły uprawiać jakiś sporty albo po prostu więcej się ruszać. To jest bardzo miłe. 

Sam występ to mega przeżycie. To była wtedy największa impreza w jakiej uczestniczyłam. Ten start bardzo zmotywował mnie do kolejnych działań. Później na innych, większych zwodach miałam w głowie to poczucie, że już brałam udział w imprezie tak wysokiej rangi i nie ma po co się stresować (śmiech). 

Fot. Piotr Krawczuk

NK: Po mistrzostwach świata przyszła też mała przerwa w trenowaniu. Doznałaś kontuzji – złamany piszczel.

AW: Po powrocie razem z trenerem ustaliłam cele na kolejny sezon. Treningi szły bardzo dobrze. Nakręceni atmosferą mistrzostw świata i dobrymi wynikami wrzuciliśmy sporo biegania. Któregoś poranka znienacka przyszła kontuzja. Wstałam i wiedziałam, że coś jest nie tak. 

Stwierdziłam, że odpuszczę część treningów. Samo złamanie wyszło na rezonansie dopiero po dwóch miesiącach. Wcześniej na rentgenie nie było go widać. Ostatecznie skończyło się na dziewięciu miesiącach przerwy od biegania. Przy czym w miarę szybko wróciłam na rower. Mogłam kręcić i właśnie to jest fajnie w triathlonie – zawsze można znaleźć jakieś rozwiązanie, żeby coś porobić (śmiech). 

NK: W tym samym sezonie, 2023, wróciłaś z przytupem. Zostałaś mistrzynią Polski w aquabike na dystansie średnim. To rewanż za stracony czas w trakcie kontuzji, a może efekt tego, że w jej trakcie mocniej skupiłaś się na pływaniu? 

AW: Jedno i drugie. Wtedy miałam nastawienie młodego, zapalonego zawodnika, który musi trenować i jak najwięcej cisnąć. Chciałam gdzieś wystartować.  Trudno mi było zaakceptować fakt, że inni gdzieś startują, a ja nie mogę. Wszystko szło super, była forma życia, a nagle kontuzja mi to zabiera. Stwierdziłam więc, że spróbuję aquabike. Ortopeda się zgodził, bo obiecałam mu, że nie będę szaleć (śmiech). Ale faktycznie – tego roweru było sporo i paradoksalnie to dzięki kontuzji forma poszła w górę.

NK: W tym samym sezonie były jeszcze mistrzostwa Europy w Aquabike. Prognozy były niezłe, Twoje nastawienie do startu też wydało się bardzo pozytywne. Mimo wszystko o starcie pisałaś, ze to jeden z najtrudniejszych w Twoim życiu, bo dzień przed walczyłaś z wirusówką. Najpierw złamany piszczel, później choroba dzień przed jednym z najważniejszych startów sezonu. 2023 wystawił Cię na próbę? 

AW: 2023 był bardzo mocny. Zwłaszcza jego początek. Tam były myśli, że rzucam triathlon i zostawiam to wszystko. Tak jak to przy kontuzjach bywa. Z jednej strony chcesz walczyć, a z drugiej nie możesz robić tego, co chcesz. Nie ukrywam, że wsparcie moich znajomych i trenera bardzo mi pomogło.

Fot. Sportograf.com

NK: Te kontuzje chyba nieco się za Tobą ciągnęły, bo w marcu 2024 wstawiłaś post, w którym pisałaś o… skręconej kostce. Jako osoba pracująca w szpitalu widujesz pewnie ludzi w gorszych stanach. Ale czy nawet Ciebie takie kontuzje dobijają?

AW: Znowu wszystko zaczynało iść fajnie, myśleliśmy o starcie na pełnym dystansie. W trakcie jednego biegu skręciłam kostkę. To był kolejny moment, w którym powiedziałam, że rzucam to wszystko i sprzedaję rower (śmiech). I znowu – z jednej strony chcesz sprzedawać rower, a z drugiej wiesz, że nie jesteś w stanie żyć bez triathlonu, bez treningów, bez tej całej otoczki. To jest część mojego życia. Zebrałam się po raz kolejny. I oczywiście – dla nas taka mała kontuzja wydaje się czymś olbrzymim. Dopiero w szpitalu widzę jak mała jest w porównaniu do problemów innych ludzi. 

NK: Nie pojawiała się w Twojej głowie myśl, żeby po prostu nieco odpuścić i za jakiś czas wrócić do triathlonu?

AW: Dla mnie rok 2024 był po prostu po to, żeby jak najwięcej się pościgać i przede wszystkim mieć z tego frajdę. Chciałam się nacieszyć ze startów i niczego nie planować. Znowu odzyskać radość. Jeśli chodzi o odpuszczenie – chyba bym nie potrafiła. Nie umiałabym odpuścić i powiedzieć sobie, że wrócę za pół roku. Coś musiało się dziać (śmiech). 

NK: Powrót nastąpił podczas JBL Triathlon. Od razu 2. miejsce OPEN na 1/8. Jakie to uczucie wrócić do ścigania i widzieć, że mimo 1.5 rocznej przerwy wciąż jesteś w czołówce? 

AW: To było bardzo pozytywne zaskoczenie. Dało mi to bardzo mocnego kopa. Pomimo tak długiej przerwy trafiło do mnie, że tak naprawdę jestem tu, gdzie chciałabym być. Przyszła motywacja i stwierdziłam, że bawię się w ten sezon. To podejście zadziałało. Każdy start był zabawą, bez większego przygotowania, często spontanicznie. 

ZOBACZ TEŻ: Czasem trzeba odpuścić, a czasem przycisnąć. Jak Przemysław Gaj przygotowuje się do mistrzostw świata w Nicei?

NK: W 2024 udało się zgarnąć koszulkę liderki pucharu Polski maratończyków w jeździe indywidualnej na czas. Sam triathlon to za mało? 

AW: Jazda na rowerze, poniekąd trochę przez kontuzję, stała się moją najmocniejszą stroną. Same starty w jeździe na czas są dla mnie treningami. Jazda na czas ma sporo wspólnego z jazdą w triathlonie, więc pojechanie 30-40 km mocniejszych kilometrów jest dla mnie świetną jednostką. I przy okazji spotkaniem się ze znajomymi. Nigdy nie stawiałam sobie celu w jeździe na czas. To starty typowo pod triathlon. 

NK: W szpitalu spędzasz miesięcznie ok. 170 godzin. Często dyżury po 12 godzin, dzień lub noc. Do tego jakiś czas temu podjęłaś kolejną pracę…

AW: To praca w prywatnej klinice ortopedycznej. Wiemy jakie są koszty triathlonu – to mój główny powód podjęcia tej pracy – dodatkowa kasa na zabawę i zabawki (śmiech). 

NK: Mówisz o tym, że dzięki natłokowi obowiązków nauczyłaś się rozsądnie podchodzić do treningów – co to właściwie znaczy? 

AW: Kiedyś nie potrafiłam odpuścić. Robiłam trening za wszelką cenę. Kiedy coś bolało, kiedy byłam zmęczona – szłam na trening. Teraz tego nie robię. Nauczyłam się słuchać organizmu. Potrafię zrezygnować i nie jest to dla mnie żadnym problemem. Wiem, że świat się nie zwali jeśli nie zrobię treningu. 

Źródło: Archiwum prywatne Aleksandra Wiertelak

NK: Wydaje mi się, że od momentu JBL Triathlon, czyli od powrotu było u Ciebie naprawdę intensywnie. Co chwilę nowy start.  Dla Ciebie triathlon to właśnie intensywności i najwyższe obroty? 

AW: Triathlon jest częścią mojego życia. Zeszły sezon był intensywny. W tym sezonie startów jest dużo mniej. Postawiłam na trzy połówki jako główne starty. Wiedziałam, że to są  wyścigi pod które chcę być w pełni przygotowana. Nie szłam na ilość, tylko na jakość. Chciałam mocno się pościgać na większych zawodach. 

NK: W 2025 już na samym początku zrealizowałaś marzenie i zdobywasz „żetonik, o którym po cichu marzyłaś całą zimę”, czyli kwalifikację na mistrzostwa świata IRONMAN 70.3 w Marbelli. Twierdzisz, że to wypadkowa wielu czynników – jakich?

AW: To jest nagroda za to wszystko, co działo się i co wypracowałam w ostatnich latach. Te czynniki to na pewno systematyczność, umiejętność odpuszczania, robienie swojego, nauczenie się, że forma przychodzi z czasem, zaufania trenerowi. 

Start na Majorce był startem, na którym chciałam wypaść dobrze. I faktycznie marzył mi się ten żetonik, ale przed samą Majorką byłam w takiej formie, że nie zależało mi już tylko na kwalifikacji na mistrzostwa świata. Zrozumiałam wtedy do jakiego momentu doszłam – zrozumiałam, że całą zimę przepracowałam tak jak chciałam, a sam strat jest za to nagrodą. Kwalifikacja była wisienką na torcie. A zadowolona z siebie byłam już przed startem. 

NK: Ale sam odbiór slota zestresował Cię bardzie niż sam start…

AW: Dokładnie, to było dla mnie tak stresujące (śmiech). Nie wiem dlaczego. Kiedy przeczytali moje nazwisko pojawił się stres i natłok myśli związany ze startem na mistrzostwach świata. 

Źródło: Archiwum prywatne Aleksandra Wiertelak

NK: Tych cichych zrealizowanych marzeń było nieco więcej. Po cichu marzyłaś o pudle na zawodach IM 70.3. Udało się – 2. miejsce w Warszawie. Z taką formą – czemu nadal marzysz po cichu? 

AW: Jeszcze do niedawana mówiłam o celach głośno i jednocześnie nakładałam na siebie bardzo dużą presję. Teraz, jeśli powiem o tych celach tylko kilku najbliższym, albo nie powiem nikomu – czuję większy spokój. To chyba pochodna tych kontuzji, które krzyżowały plany i uniemożliwiały realizację celów, o których mówiłam. „Ciche” cele są zdrowsze dla mojej psychiki. Nie mam presji. 

I faktycznie pudło było kolejnym celem. Kiedyś patrzyłam z podziwem na dziewczyny, które stawały na podium. Teraz doszłam do momentu, w którym wiem, że ja też jestem w stanie to zrobić. Ta myśl pracowała sobie w głowie po cichutku. I się udało. 

NK: Wystartowałaś też w Krakowie i zdobyłaś kolejną kwalifikację. Tym razem Nicea. A więc będą dwa starty na mistrzostwach świata z rzędu?  

AW: Na Kraków zapisałam się tylko dlatego, że lubię to miasto, a ten rok miał stać pod znakiem większych startów. Uznałam, że to będzie fajna impreza. Kiedy po Majorce i Warszawie forma dalej była na wysokim poziomie, to przez głowę przechodziła myśl o kolejnej kwalifikacji. Nie zależało mi na niej jednak tak jak na Majorce. Chciałam zaliczyć mocny start i zobaczyć gdzie jestem przed listopadowymi mistrzostwami. Ostatecznie się udało i będą dwie imprezy mistrzowskie pod rząd (śmiech). 

NK: Gdybyś miała zacząć  marzyć na głos, a nie po cichu. To jakie są Twoje marzenia triathlonowe na najbliższy czas – na mistrzostwa świata?

AW: Na pewno chcę pokazać na co mnie stać na rowerze. Jeśli miałabym głośno marzyć, to chciałbym przyspieszyć moje nieszczęsne pływanie (śmiech). Ale przede wszystkim chciałabym utrzymać w formę w zdrowiu, Dojrzałam do tego, że jestem amatorką i zdrowie jest najważniejsze. 

Nikodem Klata
Nikodem Klata
Redaktor. Dziennikarz z wykształcenia. W triathlonie szuka inspirujących historii, a każda z nich może taką być. Musi tylko zostać odkryta, zrozumiana i dobrze opowiedziana.

Powiązane Artykuły

Śledź nas

0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
53,200SubskrybującySubskrybuj

Polecane