Dla nich triathlon to nie tylko sport, lecz także sposób na wspólne życie. Starty stają się pretekstem do podróży po świecie, poznawania nowych miejsc i powiększania kolekcji wina. Agnieszka i Piotr pokazują, że można trenować ambitnie, a jednocześnie cieszyć się każdą chwilą – bez rezygnowania z małych przyjemności.
Na co dzień pracują w branży ubezpieczeniowej. Triathlon odkryli w 2019 roku, kiedy znajomi podarowali im w prezencie wspólny start w zawodach. Dziś mają za sobą wspólny start na mistrzostwach świata IRONMAN 70.3. Triathlon jest jednak dla nich czymś więcej niż tylko sportem – to sposób na życie, które prowadzą według własnych zasad.
NK: Sporo podróżujecie. W postach piszecie o „turystyce triathlonowej”. Praca i codzienne obowiązki muszą Wam na to pozwalać…
Piotr Lachowicz: Póki Aga pracowała na etacie, musieliśmy to wszystko jakoś mądrze łączyć. Trzeba było mocno żonglować urlopami. Sprawdzaliśmy każde możliwe wolne dni, połączenia lotnicze i z tego wymyślaliśmy coraz to kolejne wyjazdy.
Agnieszka Wrońska: Zawsze bardzo dużo wyjeżdżaliśmy, często to wynikało także z obowiązków służbowych. A w 2019 dołożyliśmy po prostu do tego jeszcze triathlon. Po prostu trzeba być dobrze zorganizowanym (śmiech)
Piotr: A ta „turystyka triathlonowa” – my po prostu lubimy poznawać nowe miejsca. Jeździmy teraz więcej po Polsce – w miejsca, w które pewnie nigdy byśmy nie pojechali, bo nie byłoby na to czasu i okazji. Startując tam, jednocześnie je poznajemy. Lubimy odkrywać zupełnie nowe regiony. Łączyć triathlon ze zwiedzaniem, spotykać fajnych ludzi.

NK: W triathlonie jesteście we dwójkę. Ktoś kogoś wciągnął do sportu? Razem podjęliście tę decyzję? Opowiadajcie – jak to się zaczęło?
Agnieszka: Zostaliśmy wkręceni przez inną triathlonową parę. Nasi przyjaciele postanowili podarować mi prezent na 40. urodziny – wspólny start w triathlonie. Zapisali siebie i nas na 1/4. Pozdrawiamy Anię i Dominika.
Piotr: Tylko, że my wtedy trochę jeździliśmy na rowerach, coś tam biegaliśmy, ale… zapomnieli nas zapytać, czy pływamy. I o ile ja trochę rekreacyjnie pływałem, o tyle Aga bardziej się unosiła na wodzie (śmiech). Miała trzy miesiące na to, żeby nauczyć się pływać. Ostatecznie wystartowaliśmy i na tyle nam się spodobało, że przeszło nam przez myśl, że jak już mamy zaliczoną 1/4, to trzeba się zapisać na 1/2.
Agnieszka: I miesiąc później rzeczywiście niczego nieświadomi wystartowaliśmy w 1/2 (śmiech).
NK: I zostaliście w triathlonie…
Agnieszka: Z czasem triathlon zaczął nam coraz bardzo pasować. Stał się częścią naszego życia. Kolarstwo, czy nawet wcześniej jeszcze spinning, od dawna były blisko nas. To był nasz sposób na relaks. Biegania też się nauczyliśmy. Co jest całkiem ciekawe, bo ja nigdy nie byłam typem sportowca i ze szkoły pamiętam, że WF to były zawsze najgorsze zajęcia (śmiech). W dorosłym życiu buty biegowe zaczęły jeździć ze mną na wszystkie wyjazdy. Wiele miejsc zwiedziliśmy właśnie na takiej zasadzie – poranny jogging pozwalał nam rozpoznać okolicę, a dopiero później chodziliśmy mniej lub bardziej turystycznymi szlakami. Woda faktycznie była wyzwaniem – i właśnie to, że była wyzwaniem, dawało mi satysfakcję. Fakt, że robię coś, co wcale nie przychodzi mi łatwo. Znalazłam w sobie motywację, żeby zawalczyć z własnymi ograniczeniami. Triathlon stał się naszym sposobem na życie. Większość hobby przychodziła i odchodziła, a triathlon został.
Piotr: Część hobby niestety ucierpiała… ograniczyliśmy wino (śmiech).
NK: Daniela Ryf jako profesjonalistka miała całą piwnicę wina…
Piotr: Oczywiście żartowałem. Piwnica wina i dwie duże lodówki na wino nadal w domu są. Ciągle jeździmy po różnych regionach winnych. Na przykład w tym roku po starcie w Samorinie tego samego dnia wieczorem byliśmy już w drodze do wulkanicznego regionu winnego na północy Węgier.
Agnieszka: Ale siłą rzeczy przy treningach tego wina jest po prostu mniej. Nadal je kolekcjonujemy. Nie podchodzimy do wszystkiego zero-jedynkowo. Nie jesteśmy ortodoksyjni. Trzeba po prostu mieć zdrowy rozsądek. Niestety, wpływ alkoholu na regenerację też jest znaczący… zwłaszcza, że mamy już skończone 45 lat (śmiech). Wino degustuje się lepiej jesienią i zimą, kiedy mamy mniejsze obciążenie treningowe. Ale po każdym wyjeździe nadal kolekcja się powiększa.

NK: „Nie jesteśmy ortodoksyjni”. A jakie jest Wasze podejście do triathlonu?
Piotr: Jesteśmy dość sumienni. Jeśli się za coś zabieramy, to zabieramy się za to na poważnie. Podchodzimy do tego skrupulatnie. Ale też trzeba być zdroworozsądkowym i podchodzić do wszystkiego z głową. Na początku nasze treningi były nieco losowe. Nie mieliśmy planu treningowego, starty też były często spontaniczne. Na szczęście trzy lata temu trafiliśmy do Maćka Bodnara, który ma bardzo zdrowe podejście. Nie klepiemy godzin, tylko skupiamy się na jakościowych treningach.
Agnieszka: Dla nas aktywność jest częścią życia. Nie wybieramy między pracą, wyjazdem, winem a triathlonem. Staramy się to wszystko łączyć. Najważniejsze jest miksowanie tego odpowiednimi proporcjami. Nie chcielibyśmy z niczego rezygnować, bo czujemy, że wszystko to jest dla nas ważne, ma swój cel. Sumienność wynika z tego, że robimy plan treningowy, który jest pod nas dopasowany. On uwzględnia nasze możliwości, to, co my deklarujemy w danym momencie. A jak się na coś umawiamy, też ze sobą, to ta systematyczność jest konieczna. A robimy też mnóstwo innych rzeczy dookoła i nie chcemy mieć łańcucha przy szyi. Jak chcemy na urlop pojechać na narty, to jedziemy na narty…
Piotr: Maciek pewnie parę razy już zawału dostał (śmiech). Dla nas bardzo ważne jest to, że my zaczęliśmy trenować razem, cały czas trenujemy razem, startujemy razem. Nie musimy rezygnować ze wspólnego spędzenia czasu. Triathlon pozwala nam go dzielić. Poza tym, że biegamy osobno, bo nasze tempa są inne, to rower czy basen zaliczamy najczęściej razem. I to jest fajne. Nie musimy rezygnować z bycia razem.
NK: Czy wspólna triathlonowa pasja wpływa na Was jakoś jako parę? Jest wsparcie, jest rywalizacja – a może wszystkiego po trochę? Jakie to dla Was uczucie, móc dzielić tę samą zajawkę?
Piotr: Absolutnie nie ma rywalizacji. To jest przede wszystkim wsparcie.
Agnieszka: Piotrek był zawsze dla mnie ogromnym wsparciem, i w życiu zawodowym i w triathlonie. To takie małe rzeczy – wracałam późno do domu i był już rozstawiony trenażer i gotowe bidony. On wiedział że potrzebuję treningu aby wyczyścić głowę, a dla mnie to było cenne 30 minut do zaoszczędzenia. On jest dla mnie dużą motywacją. Nie uprawiam triathlonu dla rywalizacji, a na pewno nie z Piotrkiem (śmiech).
Piotr: Ale nie przesadzaj, bo to zawsze Ty stoisz na podium (śmiech). A jak się ustandaryzuje czasy według tych nowych zasad IRONMAN, to nie do końca masz gorsze wyniki.
Agnieszka: Poza tym my po prostu lubimy spędzać ze sobą czas. Triathlon nas cementuje. Mamy szczęście że możemy to łączyć. Oczywiście zdarzają się nerwy i przechodzimy razem wiele prób, ale to chyba składowa część triathlonu (śmiech). Ale dobrze, że wtedy ta druga osoba jest obok i pomaga albo po prostu przytuli.

NK: W triathlonie startujecie już od kilku lat, więc nie będę wypytywał o wszystko – ale czy jest jakiś start lub starty, które najbardziej zapadły Wam w pamięć?
Piotr: Na pewno start w mistrzostwach świata w Nowej Zelandii w grudniu 2024. Agnieszka rok wcześniej pojechała na mistrzostwa świata do Lahti. Ja byłem tam jako support, nosiłem bidony…. Umówiliśmy się, że jak wrócimy, to wystartuję w Poznaniu na 1/2 Ironmana. Aga powiedziała nieopatrznie, że gdyby udało mi się tam zdobyć slot, to ona też się gdzieś zakręci i razem polecimy do Nowej Zelandii. No i mi się udało, a Aga sobie pluła w brodę, bo chciała już wtedy kończyć sezon (śmiech). Więc polecieliśmy wtedy do Portugalii, żeby zabezpieczyć jej kwalifikację. I to nam się udało. Do Nowej Zelandii wybraliśmy się na bardzo dużą podróż. To było 5 tygodni, gdzie przejechaliśmy przez całą Nową Zelandię, zwiedzając różne regiony, też oczywiście winne, bo poza powszechnie znanym Marlborough jest tam wiele nawet ciekawszych perełek. Cały czas też trenowaliśmy, od górskiego i zimnego południa aż po subtropikalne klimaty na północy. No a gdzieś po drodze był właśnie start na mistrzostwach świata IRONMAN 70.3. Sama ta wyprawa była wspaniała, a zawody w krainie Tolkiena były rewelacyjne. I naprawdę wyjątkowa atmosfera.
Agnieszka: Ja zdecydowanie najbardziej zapamiętam mój pierwszy start w Szczecinie. Urodzinowy prezent, o którym mówiłam. Czasami się zastanawiam, jakim cudem ja po nim dalej zostałam w triathlonie (śmiech). Wszyscy mówili mi, że muszę przed pływaniem wejść do wody na rozgrzewkę. Więc wskoczyłam do wody i… straciłam okularki. Było 5 minut przed startem. Biegałam z paniką w oczach, pytając innych zawodników, czy nie mają zapasowej pary – bo wiadomo że każdy nosi pod pianką. Ostatecznie pobiegłam na expo. Chwyciłam okularki, krzyknęłam do sprzedawcy, że zapłacę jak skończę, i pobiegłam na start. Z tętnem 180 wskoczyłam do wody (śmiech).

NK: W tym roku startowaliście w mistrzostwach Challenge na Słowacji. Piotr TOP20 AG, Agnieszka wygrywa kategorię na olimpijce. Piotr, w poście napisałeś „this is what we train for”. Czyli mimo tego, że nie stawiacie wszystkiego na triathlon, to wyniki wciąż są ważne?
Piotr: I tak, i nie. Ja potrzebuję mieć jakiś wyznaczony start. Nie mam chyba genu rywalizacji – bardziej chcę sprawdzić się z samym sobą, zobaczyć co dały mi treningi. Jeżeli trenowałem parę miesięcy, to chcę sprawdzić, na co się to przełożyło. Aga tak nie ma. Ona przed startami mówi, że nie lubi startować, tylko trenować (śmiech). Po startach jest już nieco inaczej. Wtedy już mówi, że jednak było fajnie.
NK: A jak patrzycie właśnie na te wyniki z perspektywy czasu, przypominając sobie to, co było na początku?
Agnieszka: Dla mnie to jest gigantyczny progres. Ja się przesunęłam mentalnie z walki o ukończenie do walki o wysoką pozycję. Dla mnie sama rywalizacja nie jest aż tak ważna, ale zwracam uwagę na to, że na dużych zawodach jestem w stanie zająć dobre miejsce. To miłe, bo pokazuje, że ta praca, którą wkładasz, ma sens. My też jesteśmy w triathlonie ze względu na zdrowie – chcemy utrzymać organizm i głowę jak najdłużej w dobrej kondycji. A przy okazji, jeśli zaczynamy pojawiać się na podium, to to jest naprawdę przyjemne. Pewnie gdybym była zawsze na 4. miejscu, to bym się denerwowała (śmiech).
Piotr: A tak to ja jestem zawsze czwarty… (śmiech). Ja na pewno podchodzę do triathlonu z pokorą. Sama droga do celu jest dla mnie ważna. Trzymanie się w ryzach, szukanie własnej drogi.
NK: A jeśli chodzi o perspektywę – to jaka jest ta długofalowa? Czego chcielibyście od triathlonu? Macie jakieś plany?
Piotr: My nigdy nie planujemy za bardzo w przód. Te sloty, które się zdarzały w ostatnich latach, to był słodko-gorzki sukces. Z jednej strony fajnie mieć cel, ale z drugiej aż takie długofalowe, kilkunastomiesięczne nastawienie pod konkretny start bywa obciążające.
Agnieszka: Jesteśmy takimi osobami, że wolimy raczej dynamicznie podchodzić do planowania. W czerwcu podjęliśmy decyzję, że chcemy zadebiutować na pełnym dystansie w Tallinie za tydzień. Kiedyś powiedziałabym, że zrobię to może po 50-tce. Teraz uznaliśmy, że mamy tak dobrze przepracowany okres zimowy, że się tam zameldujemy. Spróbujmy! I to jest właśnie nasze podejście – wolimy korzystać z tego, co teraz mamy, niż planować, co może będziemy mieć kiedyś.

