Co czuje zawodnik, który za chwilę skacze do lodowatej wody, by rozpocząć Norsemana? „Mieszankę respektu i ekscytacji” – mówi Rafał Ałasa, jeden z tegorocznych uczestników. Choć lubi chłód i deszcz, podkreśla, że norweskie zawody zawsze potrafią zaskoczyć. Jak więc przygotował się do tego wyzwania?
Lodowata woda już na starcie – pływanie zaczyna się kilkaset metrów od linii, bo „kapitan promu wstał lewą nogą”. Do tego niskie temperatury, deszcz i ogromne przewyższenia – tylko część „atrakcji” legendarnego Norsemana. Rafał Ałasa przekonuje jednak, że na to wszystko można się przygotować. Rozmawiamy o przebiegu rywalizacji, podejściu i o tym, jak mogłyby wyglądać absolutnie najtrudniejsze zawody XTRI.
Grzegorz Banaś: Stajesz na promie przed rozpoczęciem Norsemana i zastanawiasz się: „co ja tu robię”. Co Rafał Ałasa robi na starcie Norsemana – kolejne zawody XTRI, obowiązkowy punkt zawodnika, który kocha wyzwania, chęć sprawdzenia kolejnych granic? A może wszystko?
Rafał Ałasa: Trochę wszystkiego. Lubię długie dystanse i wymagające trasy. Lubię planować, składać projekt z miliona szczegółów i sprawdzać, czy wszystko zagra w realu. Szukam też startów w miejscach, które są po prostu piękne – gdzie widoki i wspomnienia zostają na długo. Norseman to dla mnie kolejny krok w XTRI, ale bez napinki na „legendę” – raczej ciekawość i szacunek do trasy. Nie jestem prosem; uczciwie odrobiłem lekcje i chciałem zobaczyć, gdzie – po wielu miesiącach przygotowań – leżą moje granice.
GB: Wróćmy jednak do tego momentu, w którym wraz z innymi zawodnikami miałeś o 4 rano wskoczyć do wody, a jeszcze wieje bardzo zimny wiatr. Robi się chłodno na samą myśl… Co czułeś przed startem? Jakie to emocje?
RŁ: Mieszanka respektu i ekscytacji. Wokół zawodnicy, którzy nie trafili tu przypadkiem. Skupienie, adrenalina. Na pokładzie rześko, do wschodu słońca jeszcze godzina. Start falami po kilka osób – podchodzisz do burty, pada „are you ready?”, ale zanim zdążysz odpowiedzieć, słyszysz „jump!” i czujesz lekkie popchnięcie. Skaczesz z ok. 4 metrów do chłodnej, ciemnej wody.
Od promu do linii startu trzeba było dopłynąć – w tym roku ok. 700 metrów. Podobno zależy to od humoru kapitana; wygląda na to, że tym razem wstał lewą nogą. Mnie pomogło trzymanie się planu: kilka ćwiczeń oddechowych i lekka rozgrzewka tuż przed startem oraz neoprenowy czepek, rękawiczki i skarpety, bo w wodzie spędzasz łącznie prawie dwie godziny.
GB: Patrząc na Twoją szczegółową relację (sprzęt, trasa, logistyka), ma się wrażenie, że Norsemana miałeś rozłożonego na czynniki pierwsze. Powiesz więcej o przygotowaniu i researchu?
RŁ: Trasa pływacka jest prosta nawigacyjnie – płynie się blisko brzegu do jedynej boi, a stamtąd znowu przy brzegu jeszcze ok. 800 metrów do T1. Wyzwanie to temperatura wody (ok. 14°C), więc warto wcześniej popływać w chłodnych akwenach, choćby w Bałtyku. Dużo daje też oswojenie fiordu w dniach poprzedzających start, żeby skok z promu nie był pierwszym kontaktem z wodą.
Najwięcej pracy włożyłem w rower. Poza jazdą na trenażerze po śladzie trasy, w tygodniach przed zawodami robiłem dłuższe treningi z podjazdami, żeby przewyższenia nie były szokiem dla mięśni. Na Norsemanie łącznie wychodzi ok. 3400 m w górę, a pierwszy podjazd ma ponad 30 km i zabiera nas z poziomu morza na ok. 1300 m. W odróżnieniu od wielu zawodników na lekkich szosach pojechałem czasówką z dyskiem. Pilnowałem stref tętna i jechałem stabilnie na poziomie ok. 60-70% FTP – bez zrywów, ale i bez odpuszczania – i to zagrało. Traciłem na podjazdach, za to na płaskich fragmentach i na zjazdach wyprzedziłem kilkadziesiąt osób, pilnując aerodynamiki i stref mocy.
Do biegu kilka miesięcy wcześniej dołożyłem dłuższe wybiegania w górach, żeby podnieść wytrzymałość i siłę biegową. No i żywienie: przy kilkunastogodzinnym wysiłku to klucz. Do tego koordynacja całego planu z supportem.

GB: Trasę znałeś dokładnie – wiedziałeś, co Cię czeka. A jest coś, czym Norseman Cię naprawdę zaskoczyło?
RŁ: Na Norsemanie zawsze zaskakuje pogoda – czasem na plus, czasem na minus. U nas po słonecznym początku, od ok. 140. km roweru do końca biegu padało. Część osób dotarła na metę kompletnie przemoknięta i wyziębiona. Zresztą dosłownie kilka osób przede mną ze względu na warunki atmosferyczne zamknięto wejście na górę Gausta, na której jest „czarna” meta i – mimo że zmieściłem się w cut-offie na czarną koszulkę – trasę kończyłem na „białej” mecie. Prognozy potrafią zmieniać się z dnia na dzień; w praktyce dopiero tuż przed startem coś jest względnie pewne. Trzeba być po prostu gotowym na różne scenariusze.
Zaskoczyło też, jak niewielkie potrafią być różnice po kilkunastu godzinach ścigania przy tak małej stawce (ok. 250 osób). Minuty uciekają w T1/T2, na przebieraniu czy dodatkowych przystankach – i to realnie waży na wyniku.
No i zaskoczyła całkiem spora liczba Polaków w tegorocznych zmaganiach – z Polski naliczyłem 11 zawodników.
GB: Napisałeś, że bieg był szczególnie trudny, bo dowiedziałeś się, że możesz powalczyć o czarną koszulkę, a bufor jest niewielki. Jak wspominasz presje w tamtym momencie?
RŁ: Czarna koszulka – dla pierwszych 160 osób, które zameldują się na 37. km biegu — była moim planem maksimum. Z T2 wyszedłem jako 149., więc było o co walczyć. Wiedziałem jednocześnie, że różnice są minimalne: za plecami widziałem kilkanaście osób z taką samą motywacją, często z lepszym przygotowaniem albo większym doświadczeniem. Przede mną kilkadziesiąt kilometrów, w trakcie których wszystko może się wydarzyć. To była presja, ale taka, która mobilizuje do trzymania planu.

GB: Zaskoczyłeś mnie również tym, że „lubisz startować w zimnych i deszczowych warunkach”. Skąd to się bierze?
RŁ: W przeszłości startowałem w wielu ultramaratonach gravelowych, często „na raz”, nocą, w deszczu i chłodzie. Mam sporą odporność na takie warunki – rzadko marznę, a długi wysiłek w 5-10°C znoszę lepiej niż w upale. Na Norsemanie pozwoliło mi to przejechać rower i przebiec całość w samym trisuicie – bez rękawków, kurtki czy nogawek. Brak przebierek to konkretne, zaoszczędzone minuty.
GB: Norseman jest według Ciebie mniej ekstremalny niż inne zawody XTRI, chociaż ciągle trudny. Czemu?
RŁ: Norseman jest bardzo wymagający, ale także świetnie zorganizowany. Brak silnych prądów na pływaniu, „premium” asfalt na rowerze, przewidywalne nachylenia, sensowna logistyka i ogromne wsparcie społeczności. Są imprezy XTRI z większymi przewyższeniami – np. ICON w Dolomitach czy Ascend we Francji. Na XTRI Janosik, który ukończyłem w ubiegłym roku, w samej części biegowej było aż 4500 m trailowych przewyższeń – to inna liga trudności dla nóg.
GB: Jakie uczucia towarzyszyły Ci, gdy zdałeś sobie sprawę, że zdołałeś wykonać plan maksimum – zdobyłeś czarną koszulkę?
RŁ: Ogromna ulga i wdzięczność: dla supportu, organizatorów i ludzi na trasie. Wiedziałem, że to efekt tysięcy przepłyniętych, przejechanych i przebiegniętych kilometrów w ramach przygotowań, a nie jednego „magicznego dnia”. Cieszy mnie, że wszystko zagrało: konfiguracja roweru, żywienie, decyzja o starcie „na lekko”. No i odrobina szczęścia też się przydała.
GB: Spróbujmy złożyć najtrudniejsze zawody ekstremalnego triathlonu. Bazując na swoim doświadczeniu: gdzie jest najbardziej wymagające pływanie, rower oraz bieg?
RŁ: Z mojego doświadczenia: na pływaniu najtrudniej było na Janosiku – nocna nawigacja na Jeziorze Orawskim i wyraźne prądy robią różnicę. Na Celtmanie w Szkocji woda miała 11-12°C – to też było solidne wyzwanie. Rower na Norsemanie uważam za bardzo wymagający: przewyższenia, długie podjazdy, wiatr i często chłód połączony z deszczem. Biegowo na razie dla mnie nic nie przebiło Janosika – sama trasa biegowa tego triathlonu mogłaby konkurować z górskimi biegami ultra.

GB: Czy planujesz jakiś kolejny ekstremalny start?
RŁ: Oczywiście! W przyszłym roku chciałbym zmierzyć się z Hardą Suką. Zapisałem się też na nowe zawody – XTRI Ascend we Francji. A za kilka lat chętnie wrócę do Eidfjord, żeby poprawić wynik na Norsemanie, bogatszy o więcej treningów i doświadczenie.
GB: Dziękuję za rozmowę.
Ty oszczędzasz, my tworzymy!
Akademia Triathlonu działa bez stałych sponsorów – wspierasz nas, używając kodu „akademiatriathlonu”. To dzięki Tobie możemy popularyzować i rozwijać triathlon w Polsce oraz tworzyć kolejne angażujące treści!

