Po zwycięstwie na Wielkiej Wyspie Solveig Løvseth wciąż oswaja się z faktem, że została mistrzynią świata. Norweżka przyznaje jednak, że głód rywalizacji już wraca – a marzenia o ponownej wygranej w Kona stają się jej główną motywacją na kolejny sezon. Ma jednak również inne, ambitne cele.
W sezonie 2025 Solveig Løvseth zadebiutowała na długim dystansie. Jak sama wyjaśnia, ten rok miał być jedynie rokiem nauki i zdobywania doświadczenia. Jeszcze przed mistrzostwami świata zdawała sobie sprawę, że chociaż znajduje się w czołówce zawodniczek, to niewielu mówi o niej jako faworytce do wygranej. Na konferencji prasowej przyznała wprost – sama nie ma dużych oczekiwań co do wyścigu – i jak podkreślała: „To fajne”.
Kilkanaście godzin później przekroczyła linię mety jako pierwsza zawodniczka, sięgając po tytuł mistrzyni. Jakie kolejne cele wyznaczyła na najbliższy czas?
Obrona tytułu? „Będzie trudno – i to mnie motywuje”
Chociaż minął już ponad miesiąc, to Løvseth przyznaje, że fakt zdobycia tytułu mistrzyni świata dopiero do niej dociera. Czasami wciąż ma momenty, w których pyta samą siebie: „Czy to naprawdę się wydarzyło?”.
Triathlonistka nie ukrywa jednak, że czuje już głód startów w przyszłym sezonie. Sama zdaje sobie sprawę, że obrona tytułu na Hawajach będzie niezwykle trudna – i właśnie to ją motywuje.
Czego potrzeba do ponownej wygranej? Przede wszystkim balansu.
– Myślę, że najlepiej startuję, gdy jestem zrelaksowana i traktuję wyścig jak długi dzień treningowy — ale tu też trzeba znaleźć balans, żeby nie być zbyt pasywną. Zwycięstwo w Konie dało mi pewność. Wiem, że mogę to zrobić – tłumaczy.
ZOBACZ TEŻ: Zimna głowa w tropikach. Marta Łagownik przed startem na pełnym dystansie w Cozumel
Wraca głód rywalizacji
Zaledwie cztery tygodnie po mistrzostwach świata na długim dystansie Løvseth pojawiła się na starcie mistrzostw IM 70.3. Zajęła tam 6. miejsce i jak mówi: „mentalnie nie była tam, gdzie trzeba”. Nie ukrywa jednak, że ucieszyła się, gdy zobaczyła „Lucy i Taylor dominujące w Marbelli”.
– Ucieszyłam się ich sukcesami — to było imponujące – przyznaje.
Po mistrzostwach świata IRONMAN 70.3 triathlonistka zdecydowała się na „prawdziwy off-season”. Prawdziwy, bo jak mówi: „zwykle w przerwie i tak dużo trenuję, ale w tym roku było naprawdę luźno”. Teraz znów nie może doczekać się treningów.
– Gdy startowałam w Marbelli, to było tylko cztery tygodnie po Konie, więc byłam w takim stanie, że byłam po prostu bardzo zadowolona z sezonu — szczególnie z Kony — i może nie byłam tam, gdzie trzeba, by naprawdę dać z siebie wszystko. Naprawdę cieszyłam się wyścigiem i czasem spędzonym w Marbelli, ale mentalnie nie byłam tam, gdzie powinnam. Brakowało mi wtedy głodu rywalizacji. Teraz zaczyna wracać – przyznaje.

Tytuł mistrzyni olimpijskiej? „Na pewno o tym myślę”
Po zdobyciu tytułu mistrzyni świata IRONMAN rośnie apetyt na kolejne duże tytuły. Jak mówi: „czasem warto pozwolić sobie nacieszyć się tym, z czego jesteś dumna. Ale w pewnym momencie trzeba ruszyć dalej”.
A więc powrót na krótki dystans i igrzyska olimpijskie? Løvseth odpowiada wprost: „na pewno o tym myślę – chcę robić wszystko”. Igrzyska w Los Angeles w 2028 roku nie są jednak celem.
– W tej chwili nie wydaje mi się, żebym dążyła do kwalifikacji. Nie lubię podejmować decyzji, więc drzwi nie są zamknięte — ale raczej uchylone – tłumaczy.
Løvseth opowiedziała również o swoim pobocznym marzeniu – chciałaby, żeby więcej dziewczyn uprawiało triathlon. Sama przyznaje, że w Norwegii brakuje młodych zawodniczek, a rekrutacja była zawsze trudna.
– W sportach wytrzymałościowych mamy wielu świetnych mężczyzn, ale niewiele kobiet — nie wiem dlaczego – mówi.
*Tekst powstał na podstawie wywiadu zamieszczonego na stronie TRI247

