Jeszcze kilka lat temu zaczynał od pływania i zastanawiał się, czy kiedykolwiek zbliży się do poziomu najlepszych zawodników. Dziś ma za sobą debiut dystansie Ironman z czasem 7:50 i uchodzi za jednego z najbardziej obiecujących polskich triathlonistów. Kim jest Wojtek Kopyciński i skąd wziął się jego błyskawiczny progres?
Świetne pamięta swoje pierwsze zawody. Wystartował w 2021 roku na 1/4. Obserwował innych zawodników i myślał, że „fajnie byłoby być kiedyś na takim poziomie”. Dzisiaj sam taki prezentuje i mówi, że dąży do tego, aby 7:50 na pełnym dystansie nie było życiówką, ale minimum na każdy wyścig.
Triathlon pojawił się naturalnie
Sportowa historia Wojtka rozpoczyna się w technikum. Właśnie wtedy spodobało mu się pływanie. Trenował codziennie, dołączył do klubu, chciał startować na zawodach. Wspomina jednak, że nie miał jak rywalizować z tymi, którzy pływali od najmłodszych lat. Był na niższym poziomie.
To zbiegło się akurat z pandemią koronawirusa. Był 2020 rok, a młody zawodnik zaczął szukać sportowej alternatywy. Jeździł już w przeszłości na rowerze. Pomyślał, że triathlon może być dobrym rozwiązaniem. Po pierwszych zawodach wiedział już, że to właśnie ten sport chce trenować.
Te pierwsze zawody bardzo dobrze pamięta. Wystartował w Garmin Triathlon Tour w Płocku na dystansie 1/4. Ukończył go w 2:16:55. Wspomina, że z pewną zazdrością patrzył wtedy na czołówkę zawodów. Chciał kiedyś osiągnąć wyniki jak oni, ale wydawało mu się to niewyobrażalne.
– Wynik, patrząc na to, jak się przygotowałem, był bardzo dobry. Ale nie to utkwiło mi najbardziej w pamięci. Najbardziej pamiętam to, jak widziałem czołówkę i myślałem – fajnie by było być kiedykolwiek na takim poziomie. Gdy widziałem ich czasy, było to dla mnie niewyobrażalne. Długo nie musiałem czekać, żeby wejść na ten poziom – mówi.
Doskonała, choć nieświadoma decyzja
Wojtek dość szybko zaczął kolekcjonować medale mistrzostw Polski. W 2022 roku w Suszu zajął 3. miejsce na supersprincie w kategorii U23. Powtórzy ten wynik na sprincie w Krakowie – ponownie zdobył brąz. Wystartował również na olimpijce w Białymstoku. Tam zdobył najważniejszy krążek – wywalczył złoto w kategorii U23.

W kolejnych latach poprawiał swój dorobek. Startował również między innym w pucharze Europy (Olsztyn i Rzeszów). W 2024 roku zajął w mistrzostwach Polski elity na olimpijce 6. miejsce Open, ale ponownie wywalczył medal w kategorii do 23 lat. Tym razem brązowy.
Kopyciński wspomina, że w tamtym okresie nie myślał jeszcze od dłuższych dystansach. Zakładał, że młodsi zawodnicy powinni przede wszystkim rywalizować w krótszych wyścigach. Był też problem sprzętu – miał tylko rower szosowy. Wystarczało na zawody z draftingiem.
– To była doskonała, nieświadoma decyzja, gdyż poznałem się z krótkimi dystansami. A jak wiadomo im młodszy zawodnik tym bardziej powinien skupić się na krótkich dystansach, bo w przyszłości procentują na długich. Decyzja była też uwarunkowana sprzętem. Miałem tylko rower szosowy, a w zawodach z draftingiem nie potrzeba najlepszej maszyny, żeby wygrywać – mówi.
Długi dystans? Tutaj się realizuję
Wojtek zdaje sobie sprawę z tego, że w triathlonie kwalifikowanym miał obiecujące wyniki. Ale wiedział też, że rywalizować z najlepszymi można tylko wychodząc z wody w czołówce. On raczej nie jest takim zawodnikiem. Zresztą już wiedział, że swój pełen potencjał może zrealizować raczej na dłuższych dystansach. To samo mówił mu trener, który dodatkowo podpowiadał, że nie musi budować sezonu, opierając się na startach w Polsce.
–Mając już doświadczenie, wiedziałem, że swój maksymalny potencjał wykorzystam podczas długich i jednostajnych zawodów. To samo mówił trener i mocno zachęcał, żebym w to poszedł. Dodatkowo mówił, żebym startował od razu za granicą, a nie czekał na sezon w Polsce. Stąd pomysł aby z obozu w Hiszpanii udać się na połówkę Ironmana do Izraela – wspomina.
Start w zawodach Israman był znaczącym krokiem do „dorosłego ścigania”. Wojtek podjął spontaniczną decyzję – poleciał do Izraela. Miał nowy rower, mało doświadczenia na tak długich trasach i jeszcze w ostatnim momencie załatwiał całą logistykę. A czekała go jeszcze trudna trasa. Israman plasuje się raczej wśród zawodów, które należą do najtrudniejszych. Szalony plan na debiut na połówce? Być może.
Opłaciło się.Kopyciński zajął 3. miejsce, wyprzedzając mocnych i bardziej doświadczonych rywali. Wiedział już, że chce skoncentrować się na dłuższych dystansach. Tam mógł pokazać swój potencjał. Wkrótce wystartował w Challenge Sir Bani-Yas, gdzie zawodnicy musieli zmagać się z temperaturą sięgającą 40 stopni Celsjusza. Zajął 9. miejsce.
ZOBACZ TEŻ: Ściganie w 40 stopniach Celsjusza. Polacy w czołowej „10” w Sir Bani Yas

Niesamowity debiut na pełnym
Najważniejszy wyścig Wojtka miał jednak miejsce pod koniec roku. Zdecydował się na debiut na pełnym dystansie podczas mistrzostw Europy – Challenge Almere. Przed samymi zawodami zdawał sobie sprawę, że stać go na wysokie miejsce.
W Holandii Kopyciński rywalizował między innymi z Willem Draperem, Tristanem Olijem i Robertem Kallinem. Z pływania wyszedł ze stratą 3:38 do czołówki, około 10. miejsca. Na rowerze zaczął jednak mocno nadrabiać. Podczas biegu przeskoczył Kallina i na mecie zameldował się na 4. miejscu. Maraton pobiegł w 2:46:29. Czas? 7:50:42. Był to najlepszy debiut Polaka na pełnym w historii.
– Powiem szczerze, że mnie ten wynik nie dziwi. Kalkulowałem sobie wcześniej, jaki czas na danej dyscyplinie, da mi jaki czas końcowy. Wiedziałem, że trasa kolarska jest szybka, z pływanie sobie poradzę, a bieg jest płaski. Wychodziło mi, że te 8 godzin jest do zrobienia za pierwszym razem – mówił w podcaście TriGapa.

Zawodnik dodał zresztą, że nie był to start idealny. Na 60 km roweru zgubił żele. Później złapała go kolka na biegu. Ale zdaje sobie sprawę, że trudno o idealny wyścig. W długich dystansach fascynuje go właśnie to, że czasem trzeba reagować na nieprzewidywalne sytuacje.
Białoruska metoda treningu
Co stoi za sukcesem Kopycińskiego? Oczywiście regularna, ciężka praca, którą wykonuje pod okiem Artsioma Bukavetsa, trenera, który stosuje „białoruską metodę pracy”. Wojtek mówi, że zdarzają się bardzo długie i trudne treningi. Nie zawsze też w pełni zgadza się z trenerem, ale wykonuje zalecenia, która nazywa „mądrą szkołą triathlonu”. Trenować mocno? Tak, ale z rozwagą. Jeśli czuje się gorzej, może wziąć wolne. A długie jazdy? Cameron Wurf też przecież robił jazdy po kilkanaście godzin. Trzeba brać przykład z najlepszych.
Zawodnik mówi, że ma za sobą trochę pamiętnych treningów. Jeden z nich był „megaciężki” chociaż z pozoru nie wyglądał ekstremalnie.
– Rok temu byłem na obozie z trenerem w Hiszpanii i po długiej, ciężkiej siłowni miałem 4 km lekkiego rozpływania. Przed treningami zjadłem zbyt mało i pływanie robiłem na ogromnym głodzie, tak, że ledwo podnosiłem ręce. Nie miałem przy sobie jedzenia, a trener kazał pływać, mówił, że na Ironmanie to ważna umiejętność, aby działać dalej, mimo braku paliwa. 8-godzinne treningi kolarskie to były przy tym pikuś – mówi.
Wojtek wie, że to jest dobry kierunek. We wspomnianym wywiadzie u TriGapy mówił, że zdecydowanie woli ciężką pracę, zamiast wrzucania kolejnych instagramowych rolek, które nie mają żadnej wartości. Zresztą to właśnie nie podoba mu się w mediach społecznościowych.
– Na wyścigu jesteś sam. Nie masz wokół siebie komentarzy z Insta. Ty sam musisz zmierzyć się ze swoimi słabościami. Wkurza mnie to, że zamiast merytoryki i solidnych wartości idzie to w takim kierunku: kto podymi, osiągnie większy sukces – zaznacza.
7:50? Niech to będzie minimum
Co Wojtek Kopyciński robi poza triathlonem? Jeszcze do niedawna studiował Automatykę i Robotykę w Toruniu. Studiował, dlatego, że obronił pracę inżynierską. Decyzję o magisterce podejmie w późniejszym czasie. Teraz chce w pełni skupić się na sporcie, aby wynik „7:50 na pełnym dystansie, nie był życiowym wynikiem, ale minimum na każde zawody”.
Mówi, że z ostatniego sezonu wyniósł cenną lekcję: nie tracić energii na rzeczy, na które nie ma się wpływu. Trzeba robić swoje, najlepiej, jak się da. Efekt nie musi być idealny. Chce się cieszyć tą drogą, akceptując przeciwności – wyciągać wnioski z trudnych momentów
Dziś Wojtek ma 23 lata i świadomość, że jest dopiero na początku swojej drogi. Nie mówi o rekordach i świetnych wynika jako czymś, co wydarzy się za chwilę. Chce codziennie wstawać na trening i cieszyć się z perspektywy kilku godzin na rowerze. Jeśli utrzyma tempo rozwoju z ostatnich lat, polski triathlon może jeszcze nieraz o nim usłyszeć.

