Czasem trzeba odpuścić, a czasem przycisnąć. Jak Przemysław Gaj przygotowuje się do mistrzostw świata w Nicei?

Przemysław Gaj powrócił na długi dystans. We Frankfurcie ponownie złamał 8 godzin. Mówi, że był to nie tylko sprawdzian formy, lecz także dowód na to, że cierpliwość i zaufanie do procesu przynoszą efekty. Teraz przed nim najważniejszy cel sezonu – mistrzowska impreza w Nicei.

Start w IRONMAN Frankfurt był dla Przemysława Gaja drugim podejściem do pełnego dystansu. Mimo wymagających warunków ten „egzamin kontrolny” został zdany na bardzo dobrą ocenę. W krótkiej rozmowie zawodnik opowiada o zaufaniu do trenera, wnioskach wyciągniętych z wyścigu i nastawieniu przed mistrzostwami świata w Nicei.

ZOBACZ TEŻ: Przemysław Gaj czołowym age-grouperem IRONMAN Frankfurt!

Grzegorz Banaś: Kiedy rozmawialiśmy rok temu po IRONMAN Barcelona, powiedziałeś, że trener Mateusz Kaźmierczak powiedział „no to teraz 8:30”. A co powiedział przed Frankfurtem? Z jakimi założeniami jechałeś na te zawody?

Przemysław Gaj: Start we Frankfurcie miał dla mnie charakter kontrolny. Jego głównym celem było sprawdzenie, w jakim momencie treningowym aktualnie się znajduje oraz przypomnienie sobie intensywności wysiłku na dystansie IRONMAN w kontekście zbliżających się mistrzostw świata w Nicei.

Do tego startu podeszliśmy z Trenerem Mateuszem Kaźmierczakiem nieco inaczej niż zazwyczaj. Zadecydował, że tym razem zrezygnujemy z klasycznego „wyświeżenia” przed zawodami. Zamiast tego, aż do samego startu kontynuowaliśmy pracę na niższej intensywności. Ufam i wierzę w słowa trenera, więc zrobiliśmy tak, jak zaplanował. Dzięki temu zawody we Frankfurcie stały się ważnym elementem przygotowań i jednym z kluczowych sprawdzianów przed głównym celem sezonu.

fot. Przemysław Gaj – archiwum prywatne

Grzegorz Banaś: W zeszłym roku miałeś problemy zdrowotne (złamanie kości śródstopia), które sprawiły, że start na pełnym musiałeś przesunąć. Jak Twoje przygotowania wyglądały w tym roku?

Przemysław Gaj: Tegoroczne przygotowania przebiegają bez większych komplikacji. Oczywiście, jak to w sporcie bywa, zdarzają się drobne mikrourazy, ale dzięki szybkiej reakcji i dobrej współpracy z trenerem, a czasem też chwilowemu odpuszczeniu, udaje się z każdej sytuacji wyjść obronną ręką. Odpukać – na ten moment nic poważnego mi nie doskwiera.

Jak tylko pojawia się wolna chwila w pracy, staram się wykorzystać ją maksymalnie – wtedy często udaje się wyskoczyć na krótkie obozy treningowe kiedy kalendarz w pracy na to pozwala. Te wyjazdy nie tylko pozwalają oderwać się od codzienności, ale przede wszystkim znacząco wspierają przygotowania i realnie wpływają na poprawę formy.

Grzegorz Banaś: W tym roku jednym z największych wyzwań we Frankfurcie było ponad 30 stopni Celsjusza. Jak z Twojej perspektywy przebiegał ten wyścig?

PG: Start we Frankfurcie dostarczył mi dużo cennego feedbacku na temat aktualnej formy oraz elementów, nad którymi warto jeszcze popracować. Był to start kontrolny, którego głównym celem było zebranie informacji do dalszych przygotowań – i ten cel udało się w pełni zrealizować. Pływanie odbywało się bez pianek ze względu na wysoką temperaturę wody. Nie posiadam swimskina, więc musiałem radzić sobie bez dodatkowego wsparcia. Biorąc pod uwagę, że pływać nauczyłem się dopiero, zaczynając przygodę z triathlonem, ten etap zawsze był dla mnie pewną niewiadomą.

Mimo to progres jest zauważalny – udało się wyjść z wody w pierwszej dziesiątce, co daje mi dużą satysfakcję i motywację do dalszej pracy. Na etapie kolarskim miałem troszkę problemów technicznych – wypadające bidony, które na szczęście udało się uratować mimo straty mocowań, które zostały na trasie. Dodatkowo popełniłem kilka błędów, które kosztowały mnie cenne minuty. Pogoda również nie ułatwiała zadania – wysoka temperatura wymagała dużej uwagi w zakresie nawodnienia i chłodzenia. Mimo starań organizm lekko się „zagotował”, co pokazuje, że w tym obszarze jest jeszcze sporo do poprawy – zarówno w kwestii strategii, jak i przygotowania sprzętowego.

fot. Przemysław Gaj – archiwum prywatne

Z wszystkich dyscyplin to bieg był dla mnie największą niewiadomą. Ze względu na lekki uraz nogi, musieliśmy ograniczyć treningi biegowe w ostatnim okresie. Postanowiłem jednak zaryzykować i sprawdzić, jak ciało zareaguje. Do każdego punktu odżywczego podchodziłem z dużą uwagą – chłodzenie, nawodnienie, jedzenie. Pierwszą połowę przebiegłem w okolicach 1:22, jednak od 23. kilometra pojawił się kryzys, z którym walczyłem aż do mety.

Pomimo przygód i niedoskonałości, ten start spełnił swoje zadanie. Może wynik nie jest w pełni satysfakcjonujący, ale zdobyte doświadczenie i obserwacje są bezcenne. Wiemy, nad czym pracować dalej i jakich błędów unikać w przyszłości. A to, że wynik z 8 z przodu znowu pojawił się na zegarze, pokazał, że praca, którą wykonuje, nie idzie na marne.

GB: W Ślesinie na drodze do Twoich przygotowań startowałeś na połówce i na podium stałeś obok Roberta Wilkowieckiego. Można powiedzieć – symboliczne. Dobrze wykonana robota, ale również chyba dodatkowa motywacja?

PG: Start w Ślesinie był dynamiczny i spontaniczny. Był to tydzień, w którym intensywnie pracowaliśmy nad pozbyciem się bólu w nodze. W piątek tuż przed zawodami udało mi się wyjść na spokojne bieganie – noga wreszcie zaczęła funkcjonować na tyle dobrze, że można powoli wracać do większego biegania.

Jako że pochodzę z Konina, czyli tuż obok Ślesina, a w planie treningowym na tę niedzielę miałem rozpisaną zakładkę, postanowiłem zadzwonić do trenera z pytaniem, czy w ramach właśnie tej zakładki moglibyśmy potraktować udział w połówce jako element treningu. Trener się zgodził – i tak właśnie znalazłem się na starcie.

Zawody przebiegły bardzo dobrze, a możliwość stanąć na podium obok takich zawodników jak Robert Wilkowiecki dla mnie jako amatora to fajna sprawa i dodatkowa motywacja do dalszej pracy.

Źródło: Przemysław Gaj – Instagram

GB: Twoim głównym startem w tym roku są mistrzostwa świata w Nicei. Jak w najbliższym czasie będą wyglądały Twoje przygotowania?

PG: Aktualnie korzystam z tygodnia urlopu od pracy. Udało się wyskoczyć na obóz do Szklarskiej Poręby, gdzie mogę solidnie wykonywać treningi rozpisane przez trenera. Za dwa tygodnie czeka mnie kolejny start – tym razem w Ironman 70.3 w Krakowie, który potraktuję jako kolejne przetarcie i ważny element przygotowań.

GB: Nicea może być taką „wisienką na torcie” kolejnych sezonów przygotowań i bardzo solidnej pracy, którą robisz. Nastawiasz się na mocną walkę o wynik, czy też bardziej cenne doświadczenie i nagrodę za wysiłek? Może obie te rzeczy?

PG: Choć najchętniej pokazałbym efekty sumiennej pracy, wiem, że na wynik końcowy wpływa wiele czynników. Niezależnie od tego, dam z siebie wszystko, by zaliczyć jak najbardziej udany start. Każde zawody to nie tylko walka o jak najlepszy rezultat, ale też cenna lekcja – staram się wyciągać wnioski z każdego występu. Mam też nadzieję, że – jak zawsze – będę się dobrze bawił zarówno na trasie, jak i po przekroczeniu mety. Bo właśnie o to w tym wszystkim chodzi.

GB: Dziękuję za rozmowę.

Ty oszczędzasz, my tworzymy!

Akademia Triathlonu działa bez stałych sponsorów – wspierasz nas, używając kodu „akademiatriathlonu”. To dzięki Tobie możemy popularyzować i rozwijać triathlon w Polsce oraz tworzyć kolejne angażujące treści!

Grzegorz Banaś
Grzegorz Banaś
Redaktor. Lubi Lionela Sandersa i nowinki technologiczne. Opisuje ciekawe triathlonowe historie, bo uważa, że triathlon jest wyjątkowo inspirującym sportem, który można uprawiać w każdym wieku. Fan dobrej kawy i książek Jamesa S.A. Corey'a.

Powiązane Artykuły

Śledź nas

0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
53,200SubskrybującySubskrybuj

Polecane