Od antysportowego dzieciaka do mistrzostw świata. Kamil Strusz o progresie i „kontrolowanym cierpieniu”

Parę lat temu triathlon wydawał się mu odległym światem. Dzisiaj Kamil Strusz jedzie na mistrzostwa świata IRONMAN i trzyma się zasady Koby’ego Bryanta: „Odpoczynek zostaw na metę, nie na połowę trasy”. W rozmowie z Akademią Triathlonu opowiada o progresie, trudnych momentach początkującego i tym, jak w triathlonie znalazł coś więcej niż ściganie.

Kamil Strusz do triathlonu trafił przypadkowo. W 2021 roku oglądał filmy na YouTube – zobaczył rowery TT i „po prostu się w nich zakochał”. Początkowo inspirowali go Lionel Sanders (oraz jego zielony Canyon Speedmax) oraz Alicja Pyszka-Bazan.

Był to okres, w którym miał nadmiar czasu. Za namową rodziny wystartował w triathlonie. Dzisiaj trenuje pod okiem Adriana Zarzeckiego, a w sporcie, jak sam mówi, kręci go „doświadczanie kontrolowanego cierpienia”. W Marbelli będzie najmłodszym polskim uczestnikiem mistrzostw świata. Rozmawiamy o początkach, progresie i tym, co radzi zawodnikom, którzy boją się pływania.

Grzegorz Banaś: W poście, w którym piszesz o pierwszym sezonie, wspomniałeś, że „triathlon to trzy dyscypliny, w których możesz być beznadziejny”. Jak u Ciebie było z tym rozwojem – masz jakąś sportową przeszłość, co ułatwiałoby wejście w tri?

Kamil Strusz: Sportowej przeszłości nie mam. Byłem chudym antysportowym dzieckiem. W podstawówce chwilowo grałem w drużynie Rozwój Katowice, na pozycji bramkarza. Jak dziś pamiętam moją dumę, gdy wszystkim w rodzinie opowiadałem:  „Jestem bramkarzem, bo inni biegają za piłką, a ja stoję, nie muszę się męczyć i pocić”. Podczas nauki w liceum, chodziłem na siłownię próbując budować siłę i mięśnie – nie wliczając mięśni nóg (śmiech).

Wejście do tri umożliwili mi moi rodzice. Mam na myśli wsparcie, jak i względy finansowe. Jestem im za to i wiele innych rzeczy bardzo wdzięczny. W żadnej z trzech dyscyplin nie miałem większego doświadczenia. Rok przed tri kupiłem pierwszą szosę. Jeździłem jedynie w ładną pogodę i gdy miałem chęci.

GB: Dwa lata temu pierwszy raz wystartowałeś w zawodach międzynarodowych i od razu na połówce. Jak wspominasz start w 70.3 Erkner?

KS: Start w Ironman 70.3 Erkner był zwieńczeniem drugiego sezonu mojej zabawy w tri. Miałem wybór: Poznań lub Erkner.  Padło na Niemcy z błahego powodu – chciałem żeby było „ciekawiej”. Wyboru nie żałuję, chociaż od tamtego czasu miałem też okazję startować nie raz w Poznaniu – atmosfera i organizacja nie jest wcale gorsza niż w Niemczech.

GB: W zeszłym roku wystartowałeś na połówce w Warszawie i poprawiłeś swój czas o ponad 34 minuty. Co było kluczowe w tym, aby zrobić taki progres?

KS: Tak, progres był spory. Nie było jednej rzeczy, która go spowodowała, złożyło się na niego sporo poprawek. Schudłem prawie 9 kilogramów. Jakość moich treningów jest lepsza. Szczególnie jeśli chodzi o weekendowe zakładki, z których jestem dumny. Mieszkam w Katowicach. Blisko mnie nie ma płaskich, gładkich i bezpiecznych dróg na czasówkę. W każdą sobotę brałem cały sprzęt do auta i jechałem 30 minut na obrzeża Gliwic.

Dodatkowo zrobiłem fitting roweru u Janisza Borczyka i mam nowy strój Prinzwear. Ważne było też nastawienie, które się zmieniło. Debiut we wrześniu 2022 roku robiłem bez „napinki”. Ale w Warszawie było już prawdziwe ściganie.

fot. Kamil Strusz – archiwum prywatne

GB: Z punktu widzenia młodego zawodnika, który trenuje od kilku lat – jaka jest najcenniejsza lekcja związana z triathlonem, którą otrzymałeś?

KS: Żartobliwie zacytuję słowa Kobyego Bryanta: „Rest at the end, not in the middle”. Tak na poważnie nie kojarzę jednej cennej rady. Od początku współpracy zadałem mojemu trenerowi chyba setki konkretnych pytań dot. sprzętu, żywienia, treningów, startów czy nastawienia do sportu.  

Innych age-gruperów też czasem proszę o porady. Mentalnie, często pomagam sobie filmikami z YouTube. Lubię słuchać wybitnych sportowców. Słowa Koby’ego Bryanta bardzo do mnie trafiają i mnie inspirują. On często mówił o nastawieniu, oddaniu, czy pasji do sportu.

GB: W poprzednim sezonie wywalczyłeś również kwalifikację na mistrzostwa świata w Marbelli. Można powiedzieć, że ta impreza będzie pewnym zwieńczeniem początków Twojej przygody z triathlonem – nagrodą za progres. Jak traktujesz te zawody: nagroda, motywacja, czy nowy początek?

KS: Dokładnie. Jest do dla mnie „wisienka na torcie”. Rozpoczynając zabawę w triathlon, nie śniło mi się nawet, że może kiedyś wywalczę slota.  Traktuję to ogólnie jako ogromne szczęście i nagroda.  A od 13 miesięcy, też motywacyjnie –  jako argument do ciężkiej pracy.

Mam świadomość, że nie liczę się w walce o wysokie miejsca w AG 18-24, mimo to będę robił swoje.  Kolejną ogromną nagrodą na zakończenie sezonu 2024 był udział w gali Polskiego Związku Triathlonu. Zdobyłem 3. miejsce w mojej kategorii w rankingu AG. Poczułem się wtedy naprawdę wyróżniony i dowartościowany. Super było spotkać między innymi Kamila Kulika czy Roksanę Słupek.

fot. Kamil Strusz – archiwu prywatne

GB: Jesteś zadowolony z przygotowań do mistrzostw świata?

KS: Od początku czerwca, po słabym wyniku na mistrzostwach Polski w Sierakowie treningi przestały „wchodzić”. Mentalnie było ciężko, przez co np. często dusiłem się na treningach biegowych.

Najgorszy był dla mnie IRONMAN 70.3 Kraków. Na rowerze doznałem przeciążenia zginaczy bioder. Podczas biegu potwornie cierpiałem przez to z bólu. Było to porównywalne z tym, jakby na każdej nodze siedziała mi osoba ważąca ok. 90 kg. Było to bardzo trudne do przetrawienia, że znów nie wyszło i to na takiej imprezie. Było mi wstyd.

Jak wyglądały przygotowania? Po Krakowie trener dał mi tydzień resetu i potem zaczęliśmy tworzyć formę od nowa. Od końca września wszystkie zadania wchodziły gładko. Samopoczucie było również zaskakująco dobre, pomimo rekordowej dla mnie objętości. Przez 5 tygodni z rzędu trenowałem ponad 14 godzin (6 dni w tygodniu).

GB: Jakie masz założenia na ten start? Jaki wynik będzie dla Ciebie zadowalający?

KS: Nie liczę na konkretny czas ani miejsce w AG 18-24. Wiem, że jestem w najlepszej formie biegowej i mam szansę na życiówkę na dystansie półmaratonu. Będę zadowolony, jeśli organizm pozwoli mi na swobodne ściganie do samej mety. W każdym przypadku dam i tak z siebie 100%. Jednocześnie będę starał się cieszyć tym startem jak dziecko.

GB: Wielu amatorów zniechęca się do pływania, bo postępy przychodzą wolno. Co było u Ciebie decydujące w zrobieniu takiego postępu (Kamil poprawił pływanie na połówce o kilka minut) i co poradziłbyś innym, którzy „walczą z wodą”?

KS: Ja po prostu lubię wodę. Nie byłem pływakiem, a i tak ta dyscyplina od początku jest dla mnie najłatwiejsza i najlepiej mi wychodzi. W ciągu czterech lat miałem chyba pięć treningów z techniki pływania.

Bardzo pomocne było dla mnie, gdy trener nagrał moje pływanie telefonem z brzegu basenu. Kilka wskazówek, ćwiczeń, wizualizacji i pomagało. Moje czasy pływania na połówkach wyglądały tak:

  • 2023 Erkner 36’21”
  • 2024 Warszawa 33’22”
  • 2024 Poznań 33’40
  • 2024 Sieraków 34’10”
  • 2024 Kraków 31’21”

Ja pływam dwa (w okresie startowym trzy) razy w tygodniu po około 2,5 km. Pływam bez zegarka – nigdy na treningu nie miałem zegarka. Wykonuję zadania z karteczki i tyle. Jeśli już musiałbym, to doradziłbym początkującym cierpliwości i pływania bez patrzenia na tempo. Najlepiej poszukać spokoju w wodzie i bawić się tym.

Niestety nie lubię biegać. Spośród trzech dyscyplin proces biegania totalnie nie sprawia mi przyjemności. Moje początki i progres były naprawdę powolne. W debiutanckim sezonie moim „celem” na każde zawody było tempo poniżej 6 minut (co nie zawsze się udawało). Po ponad trzech latach doszedłem do poziomu, gdzie pobiegłem w tym roku półmaraton w 1:49 podczas Wings For Life w Poznaniu.

fot. Kamil Strusz – archiwum prywatne

GB: Czasem w swoich postach zwracasz się do osób, które nie trenują – piszesz w lekki, motywacyjny sposób: „każdy może to zrobić”. Zastanawiam się – zachęciłeś swoich znajomych do triathlonu lub bardziej sportowego życia?

KS: Nie wiem dokładnie jaki mam wpływ na innych. Nie otrzymuję feedbacku o tym, czy zachęciłem kogoś. Niestety jak na swój wiek jestem dosyć samotnym facetem. Pomimo studiowania dziennie licencjatu na Uniwersytecie Ekonomicznym nie nawiązałem wielu znajomości. 

Instagrama prowadzę z czystej „zajawki” jako mój własny album. Lubię wstawiać ładne fotki i dzielić się pokrótce doświadczeniami.  Piszę w ten sposób, ponieważ są to moje szczere przemyślenia, a nie uważam się za wielkiego sportowca. Poza tym moi obserwatorzy to głównie znajomi, ze wszystkich etapów edukacji.

GB: Po kilku latach treningów i startów – masz w głowie jakiś większy cel lub marzenie? Czy triathlon stał się dla Ciebie stylem życia i sposobem, na zachowanie równowagi między rodziną, pracą i sportem?

KS: Cel, marzenie… hmmm. Kwalifikacja do Marbelli jest dla mnie nadal osiągnięciem. O Konie czy nawet o pełnym wcale nie myślę. Prawdziwym celem jest nadal cieszyć się ze sportu. Priorytety w życiu się zmieniają, ale wiem, że sport ze mną zostanie.

Nadal lubię wyzwania. Bardzo dobrze wspominam w tym roku nocny maraton pływacki Otyliada – przepłynąłem 15 km w 8 godzin.

Bardzo mnie kręci również formuła i udział w biegu Backyard Ultra. Niestety do tej pory kolidował ze startami w tri. Zapisałem się na loterię na Berliński maraton 2026. Jako że szczerze nie lubię biegać, to uważam, że z każdego wyniku losowania będę się cieszył (śmiech).

GB: Dziękujemy za rozmowę.

Grzegorz Banaś
Grzegorz Banaś
Redaktor. Lubi Lionela Sandersa i nowinki technologiczne. Opisuje ciekawe triathlonowe historie, bo uważa, że triathlon jest wyjątkowo inspirującym sportem, który można uprawiać w każdym wieku. Fan dobrej kawy i książek Jamesa S.A. Corey'a.

Powiązane Artykuły

Śledź nas

0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
53,200SubskrybującySubskrybuj

Polecane