Od startu w kasku z Lidla do srebra w mistrzostwach Polski. Sergiusz Sobczyk o jedenastu latach drogi do podium

Zaczynał, traktując triathlon jako wyzwanie, startując bardziej z ciekawości i trochę na dziko. Dzisiaj Sergiusz Sobczyk mówi, że w drodze do wicemistrzostwa Polski stał się zupełnie innym człowiekiem, który dba o każdy detal przygotowań. Jak pochodzi do rywalizacji na „brutalnym” pełnym dystansie?

Jakie przedstartowe detale uwzględnia w swoich przygotowaniach wicemistrz Polski z Malborka Sergiusz Sobczyk? Czemu stosuje wizualizację? Po starcie w wyścigu rozmawialiśmy o presji, przebiegu rywalizacji i tym, jak zmieniła się impreza.

Akademia Triathlonu: Zanim przejdziemy do wyścigu, chciałbym zapytać o przygotowania. Na kilka dni przed mistrzostwami Polski pisałeś, że „główna praca została wykonana i pozostały detale”. Czym u Ciebie są detale?

Sergiusz Sobczyk: Myślę, że te detale są w sumie najtrudniejsze, bo to jest tapering przedstartowy. Zejście z objętości. Samopoczucie u mnie bywa wtedy różne. Momentami czuję się, jakbym miał przeziębienie. Jest też zadbanie o ładowanie węglowodanami i dobrą regenerację, żeby też nie narzucać sobie więcej obowiązków, bo mam więcej czasu, bo nie mam treningów.

To jest kluczowe. Sen również podstawa. Te ostatnie 6-7 dni to u mnie zadania, co do każdego dnia i nocy: położyć się o tej i tej godzinie, zadbać brak niebieskiego światła i protokoły, ćwiczenia oddechowe, spacer przed snem, aby on był jakościowy. Plus przepracowanie ładowania węglowodanami, omówienie z moją żoną dietetyczką strategii żywieniowych tutaj oraz sprzęt na tip-top.

AT: Pisałeś o wizualizacji. Jedni w nią wierzą, ale inni niekoniecznie. Czy działa u Ciebie i skąd pomysł na jej wykorzystywanie?

SS: Pomysł na wizualizację wziąłem od psychologa sportowego Kamila Damentki. Pracowałem z nim i on mi to polecał. Przerabialiśmy to wspólnie i ten element jest znaczący w tej układance w drodze do sukcesu.

Chodzi o zwizualizowanie tego, co się dzieje podczas wyścigu lub tego, co może pójść nie tak. Chcesz przypomnieć sobie ten start. Często jest tak, że treningi nam wchodzą, ale zapominamy, że to będzie jednak wysiłek. Będzie zadyszka. W wodzie przyjdzie zmęczenie, opijemy się wody, zaczną boleć ramiona. Trzeba to sobie przypomnieć, wiedzieć, że to będzie, zaakceptować to i być przygotowany, aby sobie poradzić. Dochodzi do tego jeszcze kolka i skurcze lub defekt na rowerze.

My jako zawodnicy boimy się często, że zrobiliśmy przygotowania, a start nie wyjdzie. Boimy się np. defektu sprzętu. Prawda jest taka, że zastanawiamy się, co możemy zrobić, jak złapiemy gumę? Zatrzymam się, wymienię dętkę, a jeśli nie potrafię – nauczę się w domu (powinienem). Właśnie to są takie tematy, które dają mi wewnętrzne spokój. Ja już wiem, że są rzeczy, które zrobię, ale również takie, przez które mogę zakończyć wyścig i ich nie przeskoczę. Przed startem jestem spokojny i mogę się skupić. Do tego dążę w tej wizualizacji.

Sergiusz Sobczyk na mecie
fot. Maratomania.pl

AT: Niedawno powiedziałeś, że koncentrujesz się na starcie w Malborku. Czy takie założenia nie nakładają pewnej presji?

SS: Niekoniecznie. Raczej odczuwam to jako obranie jednego celu zamiast rozpraszania się na wielu płaszczyznach. Obserwuję często zawodników, którzy nie mają tego planu. Staram się jednak wzorować na najlepszych. Jak patrzę na Magnusa Ditleva, Kristiana Blummenfelta, Patricka Lange, to są zawodnicy, których na startach rzadko widzimy, ale oni mają ten kalendarz przygotowany wcześniej.

Daje to możliwość lepszego przygotowania i nie ma koncentrowania się na wielu obszarach, co rozprasza, typu „coś zrobię tam, a coś gdzie indziej”. Mnie oczywiście chodziło po głowie podczas wakacji, aby powalczyć w Battle of The Sexes Garmin Triathlon Tour. W Ślesinie zrobiłem czasowo średni wynik i wiedziałem, że to już zaważy na klasyfikacji generalnej, ale z drugiej strony wiedziałem, że mam Malbork. Te przygotowania były dla mnie ważniejsze. Dlatego to nie jest presja, a skupienie się na jednym, większym celu. Takie cele wymagają pewnych wyrzeczeń. To wynika z mojej obserwacji topowych zawodników.

AT: Skąd aż tak duże skupienie na tych zawodach? Pisałeś kiedyś, że na ten start „pracowałeś jedenaście lat”.

SS: Tak, tutaj zaczęła się moja historia. Te jedenaście lat temu debiutowałem tutaj na calaku. Był to mój drugi start w triathlonie. Byłem chłopakiem, który tak po prostu wymyślił sobie ten start, nie mając zaplecza. W tamtym roku miałem tutaj wrócić, ale przeszkodził wypadek na tydzień przed startem. Na treningu kolarskim potrącił mnie samochód i złamałem żebro. Przyjechałem tutaj kibicować.

Jak zobaczyłem to wszystko po latach, wygraną Tomka Brembora, te wszystkie emocje, trasę, mnóstwo kibiców, to bardzo chciałem znaleźć się w tym miejscu. Pomyślałem wtedy, że w tej mojej przygodzie z triathlonem marzy mi się mistrzostwo Polski. To jest coś, czego finalnie dzisiaj nie osiągnąłem, ale zrobiłem do tego krok i jestem dużo bliżej.

AT: Mówiłeś, że wejście na pełny dystans to „nowe nieznane obszary psychofizyczne”. Jaki obszar odkryłeś w tym roku?

SS: Ten rok był w ogóle specyficzny. Wyścig zaczął się dobrze, bo miałem niezłe pływanie. Wyszedłem z Marcinem Ławickim, odpłynęliśmy chłopakom, o których myślałem, że się z nami utrzymają. Po wyjściu z wody złapał mnie skurcz. Na rowerze czułem, że nogi są podatne na skurcze. Mnóstwo razy miałem takie „mentalne wahadła” z tym związane. Nie wiedziałem, czy w ogóle dam radę ukończyć. Nie wiedziałem, czy mnie „nie zmiecie z planszy”, jak pojawi się solidny skurcz. Na biegu czułem, że się rozpędzam, a nie było to dla mnie wcześniej pewne.

Potwierdziło się, że pełny dystans jest dla mnie brutalny. Nawet trenując 23 do 25 godzin w tygodniu, to takie jednorazowe osiem godzin wysiłku jest dla mnie brutalne. Coś, co boli i jest supertrudne.

AT: W Malborku startowałeś już kilka razy, a pierwszy raz właśnie ponad 10 lat temu. Jak w tym czasie zmieniłeś się jako zawodnik?

SS: Kurcze, zmieniłem się o 180 stopni. Ja te dziesięć lat temu startowałem na jakiejś starej szosie, kasku z Lidla ze wbudowaną lampką (śmiech). Przebierałem się w koszulkę kolarską i w niej później biegłem. Robiłem to na dziko. Lubiłem poimprezować i ten start łączyłem z innymi sportami.

W zasadzie po dziesięciu latach się sprofesjonalizowałem. Zmieniłem też bardzo mocno swoje życie, które dostosowałem do sportu. Zrezygnowałem z wielu obszarów, które mi nie pasowały przy tym wszystkim. Ale to były dobre zmiany.

AT: Jak z Twojej perspektywy na przestrzeni lat zmieniły się te zawody?

SS: Na pewno się rozrosła. Miło się patrzy. Organizacja i otoczka zawsze przyciągała. To jest wręcz coś, co przyprawia o ciarki. Bogurodzica rzeczywiście była zawsze, ale flary, race i hymn, rycerzy witający na mecie – naprawdę petarda. To jest niesamowite miejsce i start, który jest powyżej impreza tej „oklepanej” międzynarodowej rangi. Castle Triathlon Malbork to impreza, która jest topem w Polsce.

Warto, aby każdy, który w tym sporcie jest, przyjechał tutaj i wystartował. Masz cztery dystanse do wyboru. Może najlepsza impreza, która nie bez powodu wygrywa plebiscyty na topowy wyścig.

Sergiusz Sobczyk na podium
fot. Maratomania.pl

AT: Na koniec zapytamy jeszcze – widzimy się tutaj za rok, ale z Tobą już jako mistrzem Polski?

SS: (śmiech) Na pewno ciągle o tym marzę. Nie osiągnąłem tego dzisiaj, ale jestem super szczęśliwy. Czy w przyszłym roku? Tego jeszcze nie wiem. Nie wychodziłem myślami poza ten sezon. Celowo, żeby znów się nie rozpraszać, bo my jako zawodnicy mają taką tendencję, że jak coś nie idzie, to myślimy „a za pół roku mamy kolejny start” albo „w przyszłym roku robię coś tam”.

Ja tego nie lubię. Lubię się skupić na tym, co mam. Co będzie w przyszłości, to jeszcze zobaczymy. Mamy na pewno mistrzostwa świata IRONMAN w Marbelli w tym roku. Usiądziemy z trenerem i zobaczymy, jak to rozegrać. W przyszłym roku jest tutaj 25-lecie. Chciałbym się pojawić. Zobaczymy.

AT: W skali 1 do 10 jak bardzo jesteś usatysfakcjonowany z tego wyniku?

SS: 10! Było naprawdę super. Powtórzę, co mówiłem. Ja jedenaście lat temu wymyśliłem, że triathlon miał być takim challengem, który zapamiętam do końca życia. W 2013 roku przejechałem ze znajomym wybrzeże w siedem dni. To było coś fantastycznego. Wcześniej w 2012 roku przebiegłem maraton. Wtedy w życiu miałem takie podejście szukania wyzwań, które zapamiętam do końca życia.

Wystartowałem w 2014 roku tutaj. Tak się to zaczęło. Po kilkunastu latach jestem wicemistrzem Polski. Jak mógłbym nie być zadowolony? Jestem zajarany! Szczególnie że ten start nie był łatwy i przyjemny. Musiałem sięgnąć głęboko po koncentrację, walkę z samym sobą, aby dociągnąć to do samego końca.

AT: Dziękujemy za rozmowę.

Ty oszczędzasz, my tworzymy!

Akademia Triathlonu działa bez stałych sponsorów – wspierasz nas, używając kodu „akademiatriathlonu”. To dzięki Tobie możemy popularyzować i rozwijać triathlon w Polsce oraz tworzyć kolejne angażujące treści!

Grzegorz Banaś
Grzegorz Banaś
Redaktor. Lubi Lionela Sandersa i nowinki technologiczne. Opisuje ciekawe triathlonowe historie, bo uważa, że triathlon jest wyjątkowo inspirującym sportem, który można uprawiać w każdym wieku. Fan dobrej kawy i książek Jamesa S.A. Corey'a.

Powiązane Artykuły

Śledź nas

0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj
53,200SubskrybującySubskrybuj

Polecane