Sergiusz Sobczyk mówi wprost – to, co przeżył na mistrzostwach świata IRONMAN 70.3, przeżył po raz pierwszy. Umysł pozwolił mu wyłączyć ból i przekroczyć granice rozsądku. Wszedł w stan, w którym znika wszystko – oprócz walki. Ten stan, może być jednak zgubny.
Na mistrzostwach świata IRONMAN 70.3 Sergiusz Sobczyk zajął 4. miejsce w swojej kategorii i 10. pozycję w klasyfikacji OPEN. Po pływaniu z każdym kilometrem nadrabiał starty. Na metę wbiegł zaledwie 30 sekund za trzecim zawodnikiem.
Nikodem Klata: Zanim przejdziemy do samego wyścigu, Ty jesteś człowiekiem, który bardzo dużo mówi nie tylko o sporcie, ale o tym, co dookoła niego. Ostatnio powiedziałeś o tym, że przeszedłeś od motywacji zewnętrznej do motywacji wewnętrznej. Co sportowiec musi przeżyć, jakie doświadczenie musi zdobyć, żeby móc przejść taką przemianę?
Sergiusz Sobczyk: U mnie to nastąpiło przede wszystkim poprzez ponoszenie porażek – zarówno w okresie treningowym, jak i startowym. Z jednej strony, kiedy widziałem, że nie wszystko idzie tak, jakbym chciał, to przychodził moment frustracji. To z kolei powodowało presję. Z czasem zrozumiałem, że nie jest to dobra droga, to nie jest dobry kierunek.
Z drugiej strony wykonałem przecież dobrą pracę, jestem w lepszym miejscu, niż byłem jeszcze jakiś czas temu. To, że jedna rzecz nie wyszła mi idealnie, nie definiowało całokształtu. Przez brak dobrego wyniku nie miałem więc motywacji zewnętrznej, ale miałem przecież poczucie, że czuję się dobrze, że wykonałem pracę. Zrozumienie tego procesu pozwoliło mi uświadomić sobie, że warto motywować się tym, co mamy na co dzień. Nie tym, co będzie. Tym, co jest. Cieszyć się zrealizowanymi treningami. Jeżeli czuję się na nich sprawniejszy i lepszy, to jest to satysfakcja sama w sobie.
Z czasem moje podejście jeszcze bardziej się rozwinęło. Zacząłem cieszyć się samą możliwością trenowania – że jestem zdrowy i szczęśliwy. Ale paradoksalnie to porażki sprawiły, że zacząłem myśleć o motywacji wewnętrznej.

NK: Opowiedz mi proszę, co działo się na tym wyścigu.
SS: Poranek startowy był spokojny, przygotowany wcześniej. Wszystko szło zgodnie z planem. Na około 45 minut przed startem poszedłem na rozgrzewkę biegową. 30 minut przed skierowałem się na start. 15 minut przed byłem już w strefie. Teraz wiem, że pojawiłem się tam nieco zbyt późno. Było naprawdę tłoczno. Trochę zajęło, zanim przeszedłem do przodu. Nie każdy chciał mnie wpuścić przed siebie. Ostatecznie wystartowałem z 10. fali – prawdopodobnie gdybym wystartował w 4. czy 5., to miałbym okazję złapać „lepsze nogi”. Większość pływania płynąłem jednak solo. Sporo wyprzedzałem. W drugiej części złapałem nogi jednego zawodnika i wymienialiśmy się prowadzeniem aż do T1. Pływanie oceniam jako dobre. Być może dało się urwać kilka sekund, ale postawiłem głównie na trzymanie się własnego rytmu.
T1 – sprawnie, szybko, bez problemów. Na rowerze od początku czułem się dobrze, wchodziłem na wysokie obroty. W całokształcie rower wyszedł naprawdę mocno – powyżej watów, które zakładałem, że jestem w stanie utrzymać. Od początku nie miałem gorszych momentów. Czułem, że to jest mój dzień i starałem się to wykorzystać. Wyprzedzałem, jadąc głównie solo, bez złapania większej grupy. Na samej końcówce troszkę odpuściłem waty, żeby przygotować się do biegania.
W T2 czułem się skoncentrowany, znowu wszystko poszło sprawnie. Na bieganiu rozkręcałem nogi. Początek był na wejście w rytm, na przyzwyczajenie do spionizowanej pozycji ciała, na złapanie oddechu. Później zacząłem wchodzić w dobry rytm. Pierwszą połowę oceniam na taką, gdzie mentalnie nie byłem jeszcze w stanie złapać tego rytmu w pełni. Nie byłem w swoim „flow”. Druga część to już było przełączenie się w tryb walki do samego końca – tryb pewności siebie. Wcześniej pojawiły się myśli, że może warto rozegrać wyścig nieco rozsądniej. Później zniknęły. To dobry stan, w którym znika wszystko to, co dookoła. Jestem tylko ja i moje bieganie. Lubię ten stan.
Wiedząc, że odrabiam do liderów, dociskałem to bieganie na tyle, że na metę wbiegałem sprintem. Zawsze staram się o jakąś interakcję z kibicami na mecie, ale tu wiedziałem, że różnica między mną a podium jest bardzo mała – około 30 sekund na ok. 1,5 km przed metą. Chciałem wycisnąć wszystko, co się da.
NK: Po starcie napisałeś: „Przekroczyłem wszelkie granice zdrowego rozsądku”. Przede wszystkim – gdzie są granice zdrowego rozsądku?
SS: Dziś, na chłodno do tego podchodząc, myślę, że trochę przesadziłem z tym opisem ze względu na zmęczenie i emocje, które towarzyszyły mi w trakcie pisania tego postu. Na pewno był to wyjątkowy start – start, w którym wszedłem w stan, kiedy mój organizm współpracował ze sobą w pełni. Fizyczny koszt tego był spory i odczułem to na kilka godzin po zawodach, kiedy złapała mnie gorączka, dreszcze a oddech był ciężki. Aczkolwiek opis na pewno był podrasowany zmęczeniem i emocjami, które w tamtym momencie mi towarzyszyły.
Wejście w stan “flow” miało miejsce na drugiej pętli biegowej. Na rowerze faktycznie było już bardzo mocno, ale tam słyszałem swój organizm – czułem, że pieką mnie mięśnie, że mam cięższy oddech, pali w płucach. W głowie miałem też myśl, że zostało jeszcze bieganie i to był mój bezpiecznik, który dawał informację, że nie powinienem zbyt mocno przekraczać tego stanu górnego zmęczenia, w którym byłem.
Na drugiej pętli biegu, kiedy wpadłem w to „flow”, o którym mówiłem, sygnały z mojego ciała przestały mnie interesować. One ucichły. Czułem, jakbym odpłynął. Przesunąłem granice i pojawiła się myśl, że jestem w stanie wymagać od siebie jeszcze więcej. Przesunąć kilka procent. Oczywiście odczuwałem to zmęczenie i ból fizycznie, ale w jakiś sposób je odsuwałem. Głowa mi na to pozwalała. Powtarzałem sobie cytat komentatora z walki Conora McGregora i Nate’a Diaza, który powiedział o Diazie: „he will fight until he can’t fight any longer”. Mówiłem to sam do siebie. Dopóki się nie rozpadnę, to będę walczył. Po prostu dociskałem i z każdym metrem starałem się zwiększyć wysiłek.
NK: Zrobiłeś wszystko, co się dało. Podium było 30 sekund od Ciebie. Jest jakaś sportowa złość?
SS: Nie. Miałem sporo wiadomości w mediach społecznościowych, w których ludzie pisali mi, że szkoda tego 3. miejsca. Ja ani razu tego nie poczułem. Może dlatego, że na zawodach IRONMAN to podium obejmuje 5 miejsc. Gdybym był szósty, to wtedy może byłaby inna sytuacja. I chociaż kiedyś sam przed sobą mówiłem, że interesuje mnie TOP3, to nie mam w sobie frustracji. To jest na pewno związane z tym poczuciem, że dałem z siebie maksa. Te drobiazgi jak pływanie to tylko gdybanie. Trudno stwierdzić, czy gdybym się lepiej ustawił, to faktycznie bym lepiej popłynął.
Mam raczej poczucie ogromnej motywacji. Mimo że zajmowałem już 4. miejsce w przeszłości, to teraz wiem, że to był naprawdę dobry wyścig. W klasyfikacji generalnej, gdy nie byłem w TOP10, i to jest przesunięcie. Ja też mam świadomość, że ten świat triathlonu się przesuwa. Rywalizacja jest coraz trudniejsza, więc mam satysfakcję utrzymywania tej pozycji czołówki amatorów ze świata. To nadal nie jest miejsce, o którym marzę, ale jestem zmotywowany, żeby dążyć w tym kierunku.
NK: Sporo refleksji pojawiło się u Ciebie po tych zawodach. Mistrzostwa świata IM 70.3 to taki wyścig, który toczy się dalej w Twojej głowie nawet po jego zakończeniu?
SS: Chyba nie. Myśląc o tym starcie, nieustannie czuję pełną satysfakcję. To się nie zmienia. Na pewno zapada w pamięć, bo to taki start, gdzie faktycznie przeskoczyłem z tej motywacji zewnętrznej do wewnętrznej i zrobiłem wszystko, co mogłem. Takie podejście wynika też na pewno z dojrzałości i faktu, że jestem obecnie na takim, a nie innym etapie życia. Mam rodzinę. Wiem, że bezpośrednio nie utrzymuję się z triathlonu. Nie jestem zawodowcem. Triathlon jest tylko dla mnie i robię to, bo chcę.
NK: Przed startem mówiłeś, że niektóre cele powstają z czasem. A teraz, po mistrzostwach świata, jakiś powstał? Napisałeś w końcu, że chcesz więcej. Gdzie jest miejsce, o którym marzysz?
SS: To jest bardzo aktualne. Ja, przyjeżdżając do Marbelli, nie miałem oczekiwań co do miejsca, które zajmę. Zdawałem sobie sprawę, że ta trasa jest górzysta, a ja nie jestem dobrym kolarzem górskim. Mieszkam na Mazowszu płaskim jak stół, a na takich trasach jak ta mistrzostw świata raczej tracę. Od początku nastawiłem się więc raczej na to, że chcę dobrze zakończyć sezon 2025, który był naprawdę fajnym sezonem. Uważam, że finalnie właśnie to podejście zaprocentowało. Znowu wracamy do satysfakcji – dałem z siebie dużo na trasie, która nie jest moim atutem.
Z czasem stałem się też zwolennikiem trendu „goal free living”. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że zakłada on brak celów. Te cele są – tylko są inaczej określane. To bardziej skupienie się na procesie niż na samym wyniku. Nie tylko miejsce daje satysfakcję, a to, jak się do tego wyniku doszło. Sam proces jest dla mnie satysfakcją. Nie dążę do miejsca, które mógłbym ocenić jako miejsce, które da mi szczęście. Dążę do tego, żebym każdego dnia był szczęśliwy. I to działa zarówno w sporcie, jak i w życiu.
Jasne – zawsze są jakieś oczekiwania. Nie chodzi o to, żeby ich nie mieć. One są drogowskazem. Ale dopiero dzień startu je weryfikuje. Ważniejsze jest to, że w przygotowaniach do niego dałem z siebie 100%. Przecież każdy dzień jest inny, każdego dnia czujemy się inaczej. To fajny kierunek – odejść od cyferek, a więcej słuchać swojego organizmu i na podstawie tego budować poczucie satysfakcji. Cyferki są ryzykowne. Nie można od nich uzależniać swojego szczęścia. To nie wyklucza faktu, że medal zawodów jest czymś satysfakcjonującym. Od tego nie da się uciec. Chodzi po prostu o zachowanie balansu między motywacją zewnętrzną a wewnętrzną.
A co do bezpośrednich celów, które powstały po starcie w Marbelli – chcę jechać do Nicei na mistrzostwa świata IRONMAN 70.3 w 2027. To jest kontynuacja mojej drogi. Drogi, w której miałem gorsze i lepsze momenty. Nicea to dla mnie wiatr w żagle. To miejsce, które bardzo lubię. A po Hiszpanii przekonałem się, że nawet jeśli górzysty etap kolarski nie jest moją mocną stroną, to mogę na nim powalczyć i nieźle pojechać. Lubię takie wyzwania, bo to wyzwania, które podejmuję z przyjemnością. Muszę podjąć pewne kroki, żeby być lepszym. To kroki rozwojowe, które kocham. Chcę spróbować, bo to nie jest nic na siłę – to raczej sprawdzenie się ze swoimi słabościami. To moment, żeby pchnąć siebie w lepszą stronę.

NK: A masz jakiś cel ostateczny? Sufit, który wyznaczy zakończenie triathlonowej kariery?
SS: Nie mam. Jestem dzieckiem sportu, które wychowało się na dworze – na boisku, na rowerze, na drążkach. Sport był naszą atrakcją. On zawsze był mi bliski i będzie bliski. To taka droga, która raczej nie miała jasno określonego startu i nie ma też mety. Dlatego wiem, że nie ucieknę od zewnętrznych celów, bo kocham rywalizację. Ona od zawsze mnie pobudzała. Czułem ją i dalej czuję.
Oczywiście to się nieco zmienia. Inaczej rozkłada się ta motywacja zewnętrzna na rzecz wewnętrznej. Tak jak mówiłem – teraz cieszę się z drogi. Ona mi daje radość. Ja nie potrzebuję zbyt wielu rzeczy materialnych. Dla mnie cenne jest chociażby posiadanie czasu dla samego siebie, który mogę wykorzystać na sport – sport, w którym chcę być jak najdłużej. Na ten moment bardzo mnie jara wizja zawodników z kategorii M70 czy M80. W tym wieku chciałbym być takim człowiekiem – człowiekiem, dla którego pasja jest tak istotna. A może kiedyś uda mi się wystartować z synem? To w ogóle byłoby coś pięknego.

