Jako pierwszy triathlonista z zespołem Downa ma zamiar ukończyć dystans 1/2 Ironmana. Wszystko po to, aby zrealizować największe marzenie – zostać IRONMANEM… albo chociaż pół. Bartek Matusiewicz od czterech lat udowadnia, że triathlon to nie tylko sport, ale sposób na życie. Teraz stanie przed największym wyzwaniem w dotychczasowej drodze.
Bartek Matusiewicz w 2022 roku został pierwszą osobą z zespołem Downa w Polsce, która ukończyła wyścig triathlonowy na dystansie olimpijskim. Dla niego był to jednak dopiero początek drogi. W końcu marzeniem jest zostać „IRONMANEM albo chociaż pół”. Już 8 czerwca stanie na starcie zawodów IRONMAN 70.3 w Warszawie, Ojciec Bartka, Jarek Matusiewicz w rozmowie z Akademią Triathlonu opowiada o przygotowaniach, wyznaczeniu celów i ich realizacji.
Nikodem Klata: W 2023 roku rozmawialiśmy o tym, że „wydłużyliście dystans” do olimpijki. Teraz plany są jeszcze bardziej ambitne…
Jarek Matusiewicz: W 2022 roku zrobiliśmy olimpijkę i nie zmieściliśmy się w limicie czasowym. W 2023 – na styk. W 2024 ukończyliśmy ją 30 minut przed limitem. Ten postęp był bardzo obiecujący. W tym czasie zmieniliśmy też kilka rzeczy – głównie sposób trenowania i kwestie żywieniowe. Bartek jest pod opieką dietetyka sportowego. To sporo zmian, które z pewnością pomogły mu osiągnąć wyższy poziom.
Olimpijkę zrobił jako pierwsza osoba z zespołem Downa w Polsce. Przeszukałem cały internet i nie znalazłem żadnego „zespolaka”, który ukończyłby olimpijkę w Europie… nie mówiąc już o połówce. A właśnie połówka jest kolejnym celem.
NK: Od początku mówił, że chce zostać Ironmanem, albo chociaż „pół”. Ale dlaczego akurat teraz?
JM: Zrobiliśmy trzy razy z rzędu olimpijki. Naturalnym kolejnym dystansem jest połówka. Olimpijka to dobry prognostyk – pływania nie ma jej dużo mniej niż na połówce. A w ostatnich zawodach z wody za Bartkiem wyszło 60 zdrowych facetów. Doszliśmy do takiego poziomu, że uznaliśmy, że trzeba podjąć tę próbę.
Dla Bartka, który ma 27 lat i jest rencistą, wszystko co związane ze sportem to sens życia. Tego „króliczka”, którego goni, trzeba mu co jakiś czas przesuwać, żeby miał motywację. Kolejna olimpijka byłaby już dla niego nudna. Może po udanej połówce spróbujemy przebiec maraton… Potrzebujemy różnych motywacji, żeby ten chłopak miał fajne życie.

NK: W 2023 roku mówił Pan, że bardzo obawialiście się wydłużenia dystansu do olimpijki. Teraz do pokonania jest jeszcze więcej kilometrów. Obawia się Pan również teraz?
JM: O wodę troszkę mniej się martwię. Dystans 2 km pokonuje cztery razy w tygodniu na każdym treningu. O bieganie i rower już bardziej. Nie dzielę się tymi obawami z Bartkiem, ale czuję przed tym dystansem respekt.
Oczywiście to nie jest tak, że wkładamy go w tunel, z którego nie ma wyjścia. Jeśli uznamy, że trzeba przerwać próbę i zejść z trasy – zrobimy to bez wahania. Nie ma presji, że Bartek musi zrobić ten dystans tu i teraz. Wolę mówić o stanięciu na starcie niż o ambicji ukończenia. Jestem w tym bardzo ostrożny.
Ważna jest jeszcze jedna perspektywa – moim zdaniem olimpijka ma bardzo wymagający limit czasowy: 4 godziny. Połówka to już 8,5 godziny. Pływania jest tylko nieco więcej i ten zapas czasowy chcemy wykorzystać.
W rozmowach przed startem zachęcam kolegę, który będzie startował z Bartkiem, żeby mądrze korzystali ze stref zmian. Nie tylko po to, żeby się przebrać, ale żeby złapać oddech, zjeść zgodnie z zaleceniami dietetyka itd. Chcemy, żeby Bartek co jakiś czas zszedł z roweru i rozprostował nogi. Dla zdrowych triathlonistów może to brzmieć jak herezja. A ja chcę, żeby te rzeczy były zaplanowane. Nawet jeśli zajmie nam to kilka minut więcej – czy to ma naprawdę jakieś znaczenie?
NK: A jak podchodzi do tego Bartek? W końcu to będzie kilka godzin wysiłku, którego jeszcze nie zna.
JM: On zna wysiłek z długich, 2–3-godzinnych treningów. Wie, że to dużo. Pewnie pamięta też, ile trwała olimpijka i że było ciężko. Dla niego to bardziej semantyka: długo / krótko, dużo / mało. Więc ma świadomość, że to będzie „długo”. Już teraz pyta, czy da sobie radę. Wie, że to będzie nowy poziom wysiłku. Ale to on sam nakręcił się na to marzenie, a my tylko je podgrzewamy.
Dla niego bardzo ważne jest to, co się dzieje dookoła. Wypytuje, kto będzie na trasie, gdzie będą kibice. Lubi doping, to go motywuje. Ma świadomość, że robi rzeczy nieosiągalne dla wszystkich. Każdy z nas potrzebuje przestrzeni, w której czuje się wyjątkowy. Dla Bartka to właśnie triathlon.

NK: Jesteśmy po Olsztynie – pierwszych zawodach bez asysty. To chyba był duży stres? Bartek chciał udowodnić, że jest pełnoprawnym triathlonistą?
JM: On chciał udowodnić, że jest dorosły. Wszystko, co robi sam, jest dla niego dowodem dorosłości. Niezależnie od tego, czy to triathlon, czy przejazd autobusem do domu. Pokazuje sobie, że jest samodzielny.
NK: W poprzedniej rozmowie powiedział Pan: „To jest dosyć nieodgadnione… wszystko, co się dzieje w tej głowie”. W trakcie krótkich dystansów nie ma czasu na myślenie, ale połówka to inna historia. To również walka w głowie. Bartek ma za sobą półmaraton. Pytał go Pan, o czym myśli podczas wysiłku?
JM: To raczej działa w drugą stronę. Półmaraton robiliśmy w systemie: 4 minuty biegu, minuta marszu. I na każdej „przerwie” coś było zaplanowane: tu żel, tam banan, potem dzwonimy do mamy, później do kolegi. Odwracałem mu uwagę. Na połówce na biegu chcemy zrobić to samo. Na rowerze – jeszcze nie wiem. Sprawnie posługuje się licznikami, więc może będzie sobie coś liczył, analizował.
NK: Jak będzie wyglądał start Bartka? Chris Nikic na pełnym dystansie miał specjalnie dopasowany rower i przewodnika. A Bartek na połówce?
JM: Nie będzie żadnych modyfikacji. Bartek nie będzie wpięty butami w pedały. Ma dostosowany bidon, żeby mógł pić bez odrywania rąk, bo nie jest w stanie oderwać ich od kierownicy. Do tej pory uzgadnialiśmy z organizatorami, by nie dyskwalifikowali nas za to, że podjeżdżamy do Bartka i podpowiadamy, jak zmieniać przerzutki. Teraz robi to samodzielnie – intuicyjnie wyczuwa, co trzeba. Ale czasem nadal musimy podjechać i sprawdzić. Pomoc jest minimalna. I chcemy, żeby tak pozostało.

NK: Starty Bartka to radość, ale nie zawsze. Czasem bywa bardzo ciężko. Jak Bartek reaguje na takie chwile? Czy widzi Pan w nim zniechęcenie?
JM: Najchętniej by zszedł z trasy. Pierwszy samodzielny start odbył się w Olsztynie. Wybraliśmy go dlatego, że jesteśmy stąd i mogłem obstawić 2-kilometrową pętlę czterema osobami, które miały go w zasięgu wzroku. Gdyby się przewrócił i spadłby mu łańcuch to on by się wkurzył i sobie poszedł – a ja musiałbym go szukać.
NK: Czy zauważył Pan, że triathlon wpływa również na psychikę Bartka?
JM: Zdecydowanie tak – i to szerzej. Bartek na Garminie musi przesyłać trenerce treningi, pilnować tętna, tempa – dla takich osób to wcale nie jest takie oczywiste. Dla niego triathlon to także ćwiczenie intelektualne. Dostaje plan na tydzień z góry. Oczywiście planujemy go wspólnie, ale w głównej mierze to jego zadanie. Dla niego to zupełnie inne wyzwanie niż dla zdrowej osoby. Sam mówi, że trenowanie to jego praca. I bardzo chciałem, żeby tak to postrzegał. Oczywiście mógłby siedzieć przy komputerze, byłoby łatwiej. Ale trening to punkt odniesienia. Trzeba wyjść i zrobić.
NK: Mijają 4 lata od pierwszego startu Bartka. Z jakich momentów jest Pan szczególnie dumny?
JM: Jest ich bardzo dużo. Nie mam jednego wielkiego sukcesu – to wiele małych chwil. Choćby ten moment w Olsztynie, gdy wyszedł z wody w połowie stawki. Albo jak zrozumiał, jak działają przerzutki – od dyktowania przeszliśmy do samodzielnych decyzji.
Największym zaskoczeniem ostatnio było to, że dwa tygodnie po bardzo trudnych zawodach pojechał na kolejne. I świetnie się tam bawił. Bawił się triathlonem. A ja byłem w ogromnym szoku. Poprawił się o ponad 20 minut.

NK: Kiedy rozmawialiśmy ostatnim razem pytałem czy IRONMAN staje się coraz bardziej realny. Po 2 latach – staje się coraz bardziej realny?
JM: Odpowiem Panu to samo: „gdybyśmy rozmawiali dwa lata temu, to bym powiedział, że połówka to jest w ogóle jakaś abstrakcja. Dzisiaj moim zdaniem IRONMAN jest bardzo wirtualny, ale nie powiem, że niemożliwy.”
Teraz staniemy na starcie i będziemy się mierzyć z połówką. Ale nie chcemy, by jeden start zniechęcił Bartka do triathlonu. To jego sposób na życie. Musi zebrać wszystkie owoce chwały, ale nie może robić tego na siłę. Jeśli mu się uda – będzie przeszczęśliwy. Zdrowy człowiek nie doceni komplementów tak, jak Bartek. Dla niego pytanie: „Mamo, czy byłaś dumna z synka?” to najważniejsze pytanie świata.
NK: W ostatnich zawodach w Olsztynie Bartek został wyróżniony specjalną nagrodą. A skoro mijają 4 lata od jego ostatniego startu to może to dobry czas na pewne podsumowanie tego, jak zmienia się postrzeganie takich osób jak Bartek.
JM: Takie gesty są bardzo ważne. Bartek faktycznie jest rozpoznawalny. Przechodząc przez strefę Expo na dużych zawodach, spotyka ludzi, którzy go znają. Jest takim „małym celebrytą”. Ale to też szersze pytanie. W moim pokoleniu osoby z zespołem Downa były schowane. Dziś ich pokazujemy. Startujemy w różnych dyscyplinach. Społeczne postrzeganie się zmienia. A Bartek i jego koledzy to udowadniają.

