Marta Wieteska od ponad roku startuje w zawodach. Choć jako dziecko pływała, to właśnie open water okazało się dla niej największą przeszkodą na początku drogi. Jak poradziła sobie z obawami? Co dał jej triathlon? – Dla mnie wyjście z błędnego koła mówienia „nigdy tego nie zrobię” było bodźcem do wielu zmian w życiu, których dziś nie żałuję. – opowiada.
ZOBACZ TEŻ: Jakie jest idealnie śniadanie przed półmaratonem? Zobacz radę dietetyka
Czasem bariera w głowie potrafi być większa niż ta fizyczna. Można ją jednak pokonać z pomocą trenera, wsparcia mentalnego i otwartego podejście do siebie – mówi Marta Wieteska. W rozmowie z Akademią Triathlonu zawodniczka opowiada o kulisach treningów w IronResorts, o tym, jak triathlon wpłynął na jej życie, a ziarenko dzielenia się sportową pasją w mediach społecznościowych zaczęło kiełkować i inspirować innych.
Grzegorz Banaś: Zadebiutowałaś w 2024 roku startem w JBL Triathlon Sieraków. Wspominałaś później, że było to bardzo pamiętny moment pełen emocji i pojawiła się „bariera w głowie”. Co nią dokładnie było?
Marta Wieteska: Świat triathlonu od samego początku budził we mnie fascynację, ale i lęk przed nieznanym. Zaczęłam biegać w 2021 roku, w 2023 roku kupiłam pierwszą szosę z myślą o triathlonie, a ostatnim aspektem było pływanie. Jako dziecko uczęszczałam do sekcji pływackiej, ale po pewnym czasie basen widział mnie coraz rzadziej. Wróciłam do pływania 10 lat później. Co prawda bardziej świadoma swojego ciała i możliwości, ale też z lękiem przed wodą. Trafiłam wtedy na świetną trenerkę pływania, dzięki której basen był dla mnie coraz przyjemniejszy, ale im bliżej debiutu w Sierakowie, tym bardziej pływanie w wodach otwartych stanowiło dużą barierę. Bo jak to – bez gruntu, bez widoczności, bez ściany po 25 m, a w dodatku… do przepłynięcia ciągiem prawie 500 m?
Tydzień przed zawodami mój trener zorganizował dla teamu konsultacje w Sierakowie, aby zaznajomić się z trasą, przetestować strefę zmian, a przede wszystkim rozpocząć sezon na open water – dla mnie to był debiut w jeziorze. Przed tym pamiętnym dniem dużo rozmawiałam z innymi osobami, pytając się, jak to jest na open water, czy mają jakieś porady i jakie są ich wspomnienia z pierwszego pływania. Skorzystałam również z pomocy psychologa sportowego, z którym rozmawiałam dużo o obawach, sposobach na zmniejszenie stresu czy treningu mentalnym. Te wszystkie składowe pomogły mi przepchnąć tę ogromną barierę, choć jak oglądam relację wideo sprzed wejścia do wody, to widzę, jak bardzo byłam przerażona. Gdy ustawiłam się w kolejce do startu, walczyłam z zaparowanymi okularkami, co było oczywiście spowodowane napływem łez i sinusoidą emocji. Ale z perspektywy czasu było warto!
GB: Dla wielu zawodników debiut to właśnie taka bariera. Co poradziłabyś dzisiaj tym, którzy wahają się i chcieliby spróbować swoich sił w triathlonie?
MW: Żeby przede wszystkim zaufali sobie, bo to najcenniejsze, co mają. Treningi, sprzęt, wsparcie trenera… to wszystko jest ważne, ale sądzę, że NAJważniejszy jest ten promień nadziei i wiary w siebie. Nasze serce potrafi ponieść nas tam, gdzie nawet głowa nie przeniosła się marzeniami. Jeżeli pojawiło się to ziarenko, które mówi “hej, może spróbujemy triathlonu”, to pozwólmy mu wyrosnąć. Moje ziarenko wpadło do mnie 10 lat temu na szkółce pływackiej, podczas której brałam udział w sztafecie triathlonowej. Czekało 10 lat, żeby podlać je odpowiednią myślą i być tutaj, gdzie jestem teraz. A bariery w głowie? Każdą można pokonać, musimy tylko znaleźć do tego odpowiednie narzędzia.

GB: A wszystko zaczęło się rok wcześniej – od roweru. Pisałaś wtedy, że jesteś dalej tą samą Martą i „rower, buty, koszulka”. Co zmieniło się „w środku”?
MW: Czuję, że od tamtego czasu inaczej odbieram życie. Sport dał mi poczucie rozkwitania, większej pewności siebie, umiejętność wyznaczania celów oraz spełniania marzeń. Przez rok zauważyłam, że chcieć to móc. Życie pokazało mi, jak wiele można mieć, jeśli tylko zaufamy sobie i wyciągniemy ręce do przodu. Wiadomo, że czasami wymaga to więcej wysiłku, ale sukcesywna praca poniesie nas daleko.
Jestem też bogatsza o nowe doświadczenia, mam w głowie kolejne marzenia oraz cele do realizacji. W 2024 roku, gdy pisałam ten post, wrzuciłam zdjęcie z 2023 roku. Byłam już po debiucie, po przełamaniu lęku open water, z nowymi znajomościami, wiedzą treningową… Trudno zdać sobie sprawę, jak wiele może zdarzyć się przez rok podążania za swoimi marzeniami.
GB: Najbardziej chyba bałaś się (jeśli można tak powiedzieć) biegania w triathlonie. Skomentowałaś to później „nigdy nie mówcie nigdy”. To chyba całkiem dobre hasło motywacyjne?
MW: Czy bałam się biegania? I tak i nie. Jakby nie patrzeć, w triathlonie największe doświadczenie mam właśnie z biegania, bo zaczęłam w 2021 roku. Ale z drugiej strony… Sieraków! Słyszałam wiele o tamtejszej trasie biegowej, nie wiedziałam czego się spodziewać od lasu i podbiegów – tym bardziej po pływaniu oraz etapie kolarskim. Koniec końców byłam z siebie bardzo zadowolona, bo ani razu się nie zatrzymałam, a w dodatku nie pokonała mnie legendarna serpentyna.
Hasło “nigdy nie mówcie nigdy” z reelsa na Światowy Dzień Biegania, to moja (jak i pewnie wielu osób) historia na faktach. Gdy byłam dzieckiem, bardzo nie lubiłam biegać. Myślę, że wręcz nienawidziłam, bo unikałam, jak tylko mogłam. Gdy zaczęłam trenować w 2021 roku, wiele osób odezwało się do mnie ze zdziwieniem, że cooo?? Ty i bieganie? A no ja i bieganie! Zapnijcie pasy, bo nawet ja i półmaraton, a później… triathlon!
Jeżeli czegoś bardzo chcemy, możemy wyjść ze spirali “nigdy tego nie zrobię” i wkroczyć do świata “ej, kocham biegać!”, żeby dalej przekraczać kolejne bariery. Dla mnie wyjście z tego błędnego koła było bodźcem do wielu zmian w życiu, których teraz nie żałuję i myślę, że wszystko wyszło na plus. Jesteśmy tylko ludźmi i nie musimy być tacy sami cały czas. Eksperymentujmy, próbujmy nowych aktywności, nigdy nie mówmy “nigdy”, bo nie zawsze wiemy, co stoi tuż za zakrętem naszej codzienności.
GB: Wystartowałaś też w Bydgoszczy, gdzie odblokowałaś „kolejną barierę w głowie”. Z punktu widzenia tamtej Marty – jakie były te inne bariery początkującej?
MW: Bydgoszcz była moim trzecim startem, więc w teorii powinno być z górki (tym bardziej po Sierakowie). Polubiłam się już wtedy z open water (dzięki cotygodniowym wizytom na jeziorze + otwartym treningom OW z ramienia IronResorts). W Bydgoszczy było jednak ciut inaczej… Wyprzedały się pakiety na 1/8 IM, więc skusiłam się na dystans Super Sprint. Niby tylko 240 m pływania, ale bez pianki (wyszłam z założenia, że więcej by trwało jej ściąganie niż płynięcie), a w dodatku skok do wody z pomostu.
Trenowałam skoki do wody na basenie, aby przyzwyczaić się do tego uczucia oraz umieć radzić sobie w sytuacji, gdy na przykład spadną mi okularki. Mimo wszystko byłam bardzo przerażona. Do wody skoczyłam, dławiąc się wodą, a po tej sytuacji uspokoiłam się dopiero w połowie etapu rowerowego. Było to wyjątkowe doświadczenie, które pomimo swoich negatywów w tamtym momencie, przyniosło też parę pozytywów. Wiem, nad czym muszę pracować oraz jak reaguje mój organizm w stresujących momentach.

GB: Mam wrażenie, że jednym z takich elementów motywujących w tej drodze początkującej były wspólne treningi – z przyjaciółmi, z ekipą Bizon Coaching Team. Przekaz jest prosty – nie musisz pokonywać trudności sam, możesz to robić z innymi?
MW: Zdecydowanie! Już samo doświadczenie biegowe rozpoczęłam od treningów w grupie Adidas Runners Poznań, by później przejść pod skrzydła obecnego trenera. Chociaż wydaje się, że triathlon to sport indywidualny, to widzę bardzo dużo opcji na trenowanie w grupie – i nie ma się czego bać! Jest lepiej niż samemu, choć wiadomo, że treningi w pojedynkę czasami są potrzebne, aby pobyć chwilę z własnymi myślami.
Bardzo doceniam, że mam możliwość uczestniczyć w konsultacjach teamowych Bizon Coaching Team, jeździć na obozy/konsultacje do IronResorts czy po prostu złapać swoją grupę znajomych w Poznaniu, aby wspólnie odhaczyć trening. Trenowanie w grupie pomaga i napędza do działania. Chociaż coffee ride czy wolne wybiegania dają przestrzeń na nadrobienie życia towarzyskiego i tak zwane “ploteczki”, tak te ciężkie jednostki z innymi osobami są czymś unikatowym. Myślisz, że nie dasz rady, że słońce praży i zaraz się zatrzymasz, ale wtedy zza Twoich pleców wyłania się inna osoba, której też jest ciężko, westchniecie głęboko i działacie dalej. Nim się obejrzysz, trening jest już zrealizowany, a satysfakcja z tej jednostki wychodzi poza normalne granice.
Pamiętam, że na początku wstydziłam się grupowych treningów – bo biegam wolno, bo się ośmieszę, bo czegoś nie będę wiedziała. Magia wspólnego trenowania polega na tym, że “every pace has a place”, a my nie oceniamy nikogo, bo też byliśmy kiedyś na jego miejscu lub będziemy w podobnej sytuacji. To są kolejne mniejsze/większe bariery, które pojawiają się w głowie, ale warto je przekroczyć.
GB: Triathloniści często jeżdżą na dłuższe obozy. Ty, zanim na taki się wybrałaś, uczestniczyłaś w warsztatach i obozach IronResorts. Co najbardziej zaskoczyło Cię po przyjeździe do ośrodka?
MW: Że 20 minut od miejsca zamieszkania mam tak świetne, kompleksowo przygotowane miejsce, do którego chce się wracać. Nigdy wcześniej nie byłam na żadnych obozach sportowych, więc w moim całym życiu to właśnie IronResorts stało się pionierem. Lubię tam wracać. Ośrodek jest po prostu kompleksowy – doskonale wyposażone salki treningowe, miejsce na trenażery, szatnie, pokoje hotelowe, restauracja, strefa SPA, a to wszystko wokół malowniczych tras na rower, bieganie czy pływanie – na basenie, jak i open water.
Dla mnie warsztaty i obozy w IronResorts to również kamienie milowe w treningu. Po konsultacjach pływackich diametralnie zmieniło się moje pływanie (na lepsze). Atmosfera panująca w ośrodku, dopasowanie treningów, opieka trenerska i świetne zaplecze gastronomiczne pomagają głowie oraz naszemu organizmowi iść dalej, osiągając coraz lepsze wyniki.

GB: Czym różni się trenowanie wraz z innymi w IronResorts od „zwykłego” planu treningowego?
MW: Plan treningowy to przede wszystkim codzienna dyscyplina, a nawet pewnego rodzaju rutyna. Poniedziałki wolne, w weekend długie wybieganie i długi rower – na trenażerze lub coffee ride ze znajomymi. Warsztaty czy obozy w IronResorts to zawsze moment, w którym odrywam się od swojej codzienności, zapominam o zawodowych/prywatnych sprawach i cieszę się chwilą. Regularnie odwiedzam ośrodek i za każdym razem poznaję świetnych ludzi, z którymi nawet najintensywniejsze jednostki mijają jakoś szybciej czy przyjemniej. Niektóre kontakty utrzymuję do dziś, a miejscem spotkań są zawody lub właśnie treningi w IronResorts.
GB: Co powiedziałabyś komuś, kto dopiero zaczyna przygodę z triathlonem i zastanawia się, czy taki obóz w IronResorts to nie za duże wyzwanie na początek?
MW: Przede wszystkim, aby odpędzić od siebie wszelkie negatywne myśli i potraktować to jako przygodę w drodze do wyznaczonego celu. Na obozach spotykam osoby na różnym poziomie. Mimo, że jesteśmy grupą, trener podchodzi do każdego indywidualnie. Na przykład wybiegamy razem i realizujemy trening na wyznaczonej ścieżce biegowej, ale każdy w swoim tempie – i to jest klucz do sukcesu, robić wszystko zgodnie ze swoimi możliwościami.
Ja swój pierwszy, czterodniowy obóz triathlonowy zrealizowałam właśnie w IronResorts. Byłam świeżo po przerwie chorobowej, a wiemy jak to jest z organizmem po chorobie – wydolność spada, ciało nie przyswaja od razu intensywnych jednostek i szybko się męczy. Obóz wypadł również w czasie zmiany pracy, co było dodatkowym elementem stresowym w głowie. Mimo tych wszystkich przeciwności spakowałam walizkę i pojechałam do IronResorts. Spędziłam tam świetny czas, zrealizowałam wszystkie jednostki na 100% swoich własnych możliwości i byłam gotowa na ostatnie wyzwanie sezonu 2024 – debiut na 1/4 IM w Malborku.
Obóz to świetne doświadczenie, szczególnie na początek przygody z danym sportem! Można zyskać bardzo dużo jakościowej wiedzy oraz przetestować ją w praktyce pod okiem trenera. Ja nie żałuję, a nawet wspominam z łezką w oku – bo to był świetny czas, podczas którego można zapomnieć o wszystkim i skupić się na tym, co sprawia nam radość.
GB: Wykorzystujesz swoje media społecznościowe, żeby pokazać np. dzień z życia zawodniczki. Pokazujesz, jak łączysz: treningi, pracę, odpoczynek. Masz świadomość, że w pewien sposób możesz też motywować innych, pokazując tę drogę?
MW: Im więcej dodaję tego typu treści (a mój Instagram właściwie ewoluował do triathlonowego contentu), widzę, jaki zbierają odbiór, to tym bardziej się wzruszam i nadal nie zdaje sobie sprawy, ilu osobom podlałam małe ziarenko w głowie. To ogromne wyróżnienie, ale i odpowiedzialność.
W mediach jestem sobą, bo jednak sport to istotny elementem mojego życia. Jeśli coś poszło dobrze, to mówię, że weszło dobrze. Jeśli było trudno, nie boję się o tym powiedzieć. Jestem dla wielu odbiorców tylko obcą osobą trenującą triathlon, ale co jakiś czas dostaję wiadomości z prośbą o podzielenie się doświadczeniem z danych zawodów, z debiutu, pytania o sprzęt czy “jak zacząć biegać”. Nie jestem ekspertem ani trenerem, ale jeżeli mogę chociaż po części pomóc drugiej osobie wkręcić się w aktywność fizyczną, to jestem mega wdzięczna za to, w jakim jestem miejscu i do kogo docieram.
Po opublikowaniu pierwszego (i jak na razie jedynego) reelsa “mój triathlonowy wtorek”, odbiór był niesamowity! To ile było komentarzy, wyświetleń, czasu oglądalności, wiadomości… przerosło moje oczekiwania. Pojawiły się również prośby o prezentację innych dni tygodnia, co na pewno pojawi się w przyszłości. Ja czerpię z tego ogromną radość – jestem trochę entuzjastką życia z zajawką do tworzenia treści, więc dzielę się tym, co sprawia, że jestem szczęśliwa.

GB: Twoje plany popsuła kontuzja. Wspominasz o treningu mentalnym na takie okazje. Powiesz coś więcej?
MW: Na szczęście popsuła tylko (mam nadzieję) te krótkoterminowe plany, czyli około miesiąc treningów, podczas których nie biegałam i uważałam na Achillesy. Nie zmieniamy na ten moment planów startowych – mocno trzymam kciuki, że tak pozostanie!
Kontuzja zaburzyła trochę moje pozytywne podejście do życia i peak treningowy, który czułam w ostatnich miesiącach. Brak biegania, obniżenie samopoczucia, wrażliwe Achillesy, zejście z objętości treningowej i pozytywnych statystyk Garmina… bolało, ale chyba najbardziej właśnie głowę. Ale znalazłam wyjście z tej sytuacji! To właśnie trening mentalny.
Przygotowując się do debiutu w triathlonie, a w szczególności do pierwszego open water, skorzystałam z wizyt u psychologa sportowego. Powiedziałam mu, jakie są moje obawy, z czym się mierzę, a podczas kolejnych spotkań sukcesywnie uczyłam się, jak być swoim własnym przyjacielem, przekraczać kolejne granice czy burzyć mentalne bariery. W tamtym okresie wypracowałam metody, które sprawdzają się w moim przypadku – zarówno w codzienności, jak i w momentach stresowych, podczas chorób, kontuzji czy przed zawodami.
Regularnie prowadzę dziennik. Próbowałam różnych opcji journalingowych, ale najbardziej sprawdziła mi się formuła planera treningowego alixon, którego stałam się również ambasadorką. Zawsze zapisuję tam wrażenia z treningu, a pod koniec każdego tygodnia sporządzam dłuższą notatkę, jak minęło te 7 dni, co było ciężkie/lekkie, z czym się mierzyłam, z czego jestem dumna. Jest tam również miejsce na listę wdzięczności – staram się doceniać każde momenty, nawet te najmniejsze. Stawiam także cele – właśnie te małe, codzienne, które niosą nas do większego wydarzenia. Krok po kroku dochodzimy do miejsca, które mogło wydawać się nierealne.
Przed moim debiutanckim sezonem bardzo często chorowałam – w TrainingPeaksie to była kolorowa wykreślanka. Tydzień zdrowa, tydzień chora, tydzień lekkich objętości, potem znowu chora… Okropnie mnie to frustrowało i czułam się, że życie podkłada mi kłody pod nogi. Pomogło mi właśnie docenianie codzienności, nawet najkrótszych treningów oraz myśl, że odpoczynek też jest ważny. Zrozumiałam również, że gorsze momenty podczas przymusowej przerwy treningowej tylko pokazują, jak ważny jest dla mnie sport.
To taki mój mały statement, że psychologów nie trzeba się bać – w codziennych wyzwaniach, jak i tych sportowych. Jeśli mierzymy się z problemem, warto zasięgnąć rady specjalisty, aby rozkwitnąć na nowo.
GB: Trzymamy kciuki, żebyś wkrótce wróciła na triathlonowe trasy. Czasem piszesz o marzeniach i planach – jakie są Twoje najbliższe cele?
MW: Mam już plan działania na ten sezon, ale jeszcze nie miałam okazji się nim podzielić – wolę nie zapeszać, haha. Ale skoro już okazja przyszła sama… Chociaż, podobnie jak w zeszłym roku, Castle Triathlon w Malborku jest moją główną imprezą (nadal zostaję na dystansie 1/4 IM), tak w połowie sezonu mam dość symboliczny start. W lipcu obchodzę swoje 25 urodziny, więc pojawiła się w głowie myśl, aby wystartować w Bydgoszczy na dystansie 1/4 IM, tworząc z tego “ćwiartkę na ćwierćwiecze”. Nauczona doświadczeniem z zeszłego roku jestem już zapisana i mam nadzieję, że nie pokona mnie nawet pływanie pod prąd. Skoro moim życiem zawładnął sport, to coraz bardziej lubię spędzać w ten sposób urodziny, nadając całemu przedsięwzięciu większą ideę.
A co więcej? To na pewno będę sukcesywnie ogłaszać na swoim Instagramie – tak jak wspomniałam, nie chcę zapeszać, ale lubię też zaskakiwać i czerpać radość z innych startów niż triathlonowych.
GB: Dziękujemy za rozmowę!
* tekst powstał we współpracy z IronResorts

